Przejdź do komentarzyM. Sałtykow-Ssiedrin - rozdz. VII Bilans - i wypłata/ The end
Tekst 235 z 240 ze zbioru: Tłumaczenia na nasze
Autor
Gatunekobyczajowe
Formaproza
Data dodania2019-07-28
Poprawność językowa
Poziom literacki
Wyświetleń110

- Może pójdziemy? - zwrócił się do Aniusi, powiadamiając ją o swym zamiarze.

- Dobrze... pojedźmy...

- Nie, nie pojedziemy, a... - zaczął Pijawka i raptem urwał, jakby do niego dotarło, że toż ona może mu tam przeszkodzić.


*A przecież ja wobec nieboszczki mamuni mam... przecież to ja ją zamęczyłem... ja!* - tłukło się tymczasem w jego myślach, i pragnienie, by *pożegnać się*, z każdą chwilą coraz silniej rozpalało się w jego sercu. Lecz *pożegnać się* nie tak, jak wszyscy, a paść na mogiłę i już tam zastygnąć na zawsze.


- To mówisz, że Liubusia sama po śmierć sięgnęła? - ni stąd, ni zowąd zapytał, widocznie, by dodać sobie otuchy.


Z początku Aniusia jakby pytania nie dosłyszała, ale chyba dotarło jednak do niej, bo po kilku chwilach sama odczuła nieokreśloną potrzebę powrócenia raz jeszcze do tamtej śmierci, umęczenia siebie jej obrazem.


- Tak powiedziała: pij... podła? - spytał znowu, kiedy dokładnie wszystko powtórzyła.

- Tak... tak powiedziała.

- A tyś została? nie wypiła?

- Tak... i żyję...


Wstał zza stołu i z wyraźnym wzruszeniem przeszedł się tam i z powrotem po jadalni. W końcu podszedł do Aniusi i pogładził ją po głowie.


- Biedna! biedna moja! - powiedział cicho.


Pod tym dotknięciem zaszło w niej coś nieoczekiwanego. Wpierw zdumiona uchyliła się, lecz po chwili twarz jej zaczęła się do płaczu wykrzywiać, wykrzywiać, i nagle cały potok rozdzierających szlochów wyrwał się z jej piersi.


- Wujku, wy jesteście dobrzy? powiedzcie! dobry? - prawie krzycząc, pytała.


Rwącym się głosem, wśród łez i szlochów, powtarzała to swoje pytanie, takie samo, jakie zadała jeszcze tego dnia, kiedy po *włóczędze* ostatecznie powróciła, by zamieszkać w Gołowliowie, i na jakie wtedy dał tak bezsensowną odpowiedź.


- Jesteście dobrzy? powiedzcie! odpowiedzcie! dobrzy?



- Słyszałaś, co czytano dzisiaj podczas nocnego nabożeństwa? - spytał, kiedy wreszcie ucichła. - Ach, jakież to były męki! Przecież tylko takimi cierpieniami można... I wybaczył! przecież na zawsze wybaczył!


Znowu zaczął krążyć wielkimi krokami, w udręce, cierpiąc i nie czując, jak twarz pokrywają mu krople potu.


- Wszystkim przebaczył! - mówił głośno sam do siebie. - Nie tylko tym, co WTEDY napoili go octem i żółcią, ale i tym, którzy również później, teraz i w przyszłości i na wieki wieków będą podnosić do jego ust ocet zmieszany z żółcią... To straszne! ach, to straszne!


I raptem zatrzymując się przed nią, zapytał:


- A tyś... przebaczyła?


Zamiast odpowiedzi rzuciła się ku niemu i kurczowo go objęła.


- Trzeba mi wybaczyć! - ciągnął. - Za wszystkich... I za siebie... i za tych, których już nie ma... Cóż to! co się stało?! - nieledwie jak w pomieszaniu wołał, rozglądając się dookoła. - Gdzie są... WSZYSCY?!



........................................................................................................................................................................



Udręczeni, głęboko wstrząśnięci rozeszli się do swoich pokojów. Ale Porfiry Władimirycz nie mógł spać. Przewracał się z boku na bok w pościeli i wciąż próbował sobie przypomnieć, jaki to jeszcze obowiązek na nim spoczywa. I nagle w jego pamięci całkiem wyraźnie odtworzyły się słowa, jakie ze dwie godziny temu przypadkiem przemknęły mu przez głowę: *Trzeba zajść do nieboszczki mamuni na mogiłkę pożegnać się...* Przy tym całą jego istotę ogarnął przerażający, ssący niepokój... W końcu nie wytrzymał, wstał z łóżka i wdział szlafrok.


Na dworze było wciąż ciemno, i znikąd nie dochodził najmniejszy szelest. Krwiopijca czas jakiś chodził po sypialni, zatrzymywał się przed oświetloną kagankiem ikoną Odkupiciela w wieńcu cierniowym i weń wpatrywał. Wreszcie się zdecydował.


Trudno powiedzieć, na ile był świadomy swego postanowienia, lecz po kilku minutach, przyczaiwszy się, już dotarł do sieni i szczęknął skoblem, zapierającym drzwi wyjściowe. Na dworze wył wiatr i kręciła się marcowa mokra zamieć, sypiąc w oczy całe strugi tającego śniegu. Judaszek szedł drogą, idąc w kapciach po kałużach, nie czując ni mokrej zadymki, ni wichury i tylko instynktownie otulając się połami szlafroka.


Następnego dnia wczesnym rankiem z Woplina, sąsiadującego z wiejskim cmentarzem, gdzie pochowano Arinę Pietrowną, wierzchem przygalopował jakiś wieśniak z wieścią, że kilka kroków od drogi znaleziono zesztywniały trup gołowliowskiego pana. Wszyscy rzucili się do Aniusi, lecz ta leżała w pościeli w malignie z wszelkimi oznakami ostrej gorączki. Wówczas wyprawiono kolejnego umyślnego do Goriuszkina, do *siostrzyczki* Nadieżdy Iwanowny Gałkiny (córeczki ciotuni Warwary Michajłowny), która już od przeszłej jesieni bacznie śledziła wszystko, co działo się w Gołowliowie.



K  O  N  I  E  C

  Spis treści zbioru
Komentarze (4)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
avatar
Przeczytałem „Ród Gołowliowych” dwa razy. Za pierwszym razem, przyznam, że niektóre fragmenty mnie nużyły. Za drugim razem, kiedy tłumaczenie pojawiło się na portalu, przeczytałem od deski do deski. Moim zdaniem Ssieriedin nie wykorzystał kilku wątków, popełnił błąd opowiadając, a nie przedstawiając. To dotyczy przede wszystkim wątku Anusi. Powieść jest dzisiaj bardzo ciekawym źródłem informacji na temat stosunków wewnętrznych i kondycji moralnej warstwy drobnych posiadaczy ziemskich w dziewiętnastowiecznej Rosji. Należy tu docenić zdolność autora, który sam był człowiekiem inteligentnym i energicznym, do wiarygodnego przedstawienia charakterów prymitywnych i zdegenerowanych. Dla polskiego czytelnika niebagatelna jest umiejętność tłumacza takiego przełożenia rosyjskiego tekstu, żeby oddać rosyjskiego ducha oryginału, nie popadając w rusycyzm językowy. I to się w pełni udało. Moja ocena dotyczy pracy tłumacza a nie samego dzieła.
Mam pytanie odnośnie zastosowanej przez Ciebie ortografii. Piszesz: >SsiedrinСседрин Михаи́л Евгра́фович Салтыко́в-Щедри́н<. Wg dat i twórczości chodzi o tę samą osobę. Powinno być więc w wersji polskiej: Michaił Jewgrafowicz Sałtykow-Szczedrin (Chroń nas, Panie, przed transkrypcją anglosaską). Skąd taka transkrypcja tego nazwiska?
Pozdrawiam
avatar
Fonetycznie nazwisko Autora "Rodu Gołowliowych" BRZMI po rosyjsku dokładnie i w punkt tak: Sał/ltykow-Ssiedrin, gdzie

1. głoska ł/l przez większość Polaków wymawiana jest jako przedniojęzykowe "ł", i tylko tzw. ściana wschodnia, Kresowiacy oraz nasi aktorzy potrafią wyartykułować ROSYJSKIE tylnojęzykowe "l". Żeby ułatwić nam czytanie 1. części tego nazwiska, wybrałam zapis SAŁTYKOW;

2. rosyjskie "III," (z haczykiem na końcu) - to ZAWSZE spółgłoska miękka, brzmiąca jak długie "śśś" lub "ssi". Jaki czort sprawia, że my-Polacy ignorujemy tę piękną miękkość i od zawsze tłuczemy w tym miejscu nasze twarde "szcz", nie mam pojęcia! Polskie "szczypce" i "szczaw" po rosyjsku brzmią MIĘKKO: "śśipcy" i "śsiawiel`"! 2. składowa nazwiska Pisarza musi MUSI mieć zapis "SSIEDRIN" - nigdy Szczedrin
avatar
Myślę, że NIE DA SIĘ czytać twórczości Sałtykowa-Ssiedrina w oderwaniu od dzisiejszości. Ja przynajmniej tego nie potrafię. Jego świat powieściowy, osadzony w realiach XIX-wiecznej Rosji, mówi przecież tak naprawdę O NAS wszędzie i zawsze. To świat uniwersalny, taki sam WTEDY jak TU i TERAZ, czy to w Meksyku, w Chinach, czy w innych naszych Prokowskich Chrustach, gdziekolwiek bądź byśmy nie żyli.

Wszędzie są biedni i bogaci, wszędzie człowiek boryka się z odtrąceniem, z brakiem miłości, z rodzinnym wykluczeniem, z nałogami, z pustką we własnej głowie i pustką w sercu
avatar
Dzięki za wyjaśnienie. Fonetycznie się zgadza. Niestety, w polskich encyklopediach jest >Szczedrin< i nic na to nie poradzimy. Pozdrawiam
© 2010-2016 by Creative Media
×