Przejdź do komentarzyM. Sałtykow-Ssiedrin - rozdz. VII Bilans - i wypłata/ The end
Tekst 235 z 238 ze zbioru: Tłumaczenia na nasze
Autor
Gatunekobyczajowe
Formaproza
Data dodania2019-07-28
Poprawność językowa
- brak ocen -
Poziom literacki
- brak ocen -
Wyświetleń42

- Może pójdziemy? - zwrócił się do Aniusi, powiadamiając ją o swym zamiarze.

- Dobrze... pojedźmy...

- Nie, nie pojedziemy, a... - zaczął Pijawka i raptem urwał, jakby do niego dotarło, że toż ona może mu tam przeszkodzić.


*A przecież ja wobec nieboszczki mamuni mam... przecież to ja ją zamęczyłem... ja!* - tłukło się tymczasem w jego myślach, i pragnienie, by *pożegnać się*, z każdą chwilą coraz silniej rozpalało się w jego sercu. Lecz *pożegnać się* nie tak, jak wszyscy, a paść na mogiłę i już tam zastygnąć na zawsze.


- To mówisz, że Liubusia sama po śmierć sięgnęła? - ni stąd, ni zowąd zapytał, widocznie, by dodać sobie otuchy.


Z początku Aniusia jakby pytania nie dosłyszała, ale chyba dotarło jednak do niej, bo po kilku chwilach sama odczuła nieokreśloną potrzebę powrócenia raz jeszcze do tamtej śmierci, umęczenia siebie jej obrazem.


- Tak powiedziała: pij... podła? - spytał znowu, kiedy dokładnie wszystko powtórzyła.

- Tak... tak powiedziała.

- A tyś została? nie wypiła?

- Tak... i żyję...


Wstał zza stołu i z wyraźnym wzruszeniem przeszedł się tam i z powrotem po jadalni. W końcu podszedł do Aniusi i pogładził ją po głowie.


- Biedna! biedna moja! - powiedział cicho.


Pod tym dotknięciem zaszło w niej coś nieoczekiwanego. Wpierw zdumiona uchyliła się, lecz po chwili twarz jej zaczęła się do płaczu wykrzywiać, wykrzywiać, i nagle cały potok rozdzierających szlochów wyrwał się z jej piersi.


- Wujku, wy jesteście dobrzy? powiedzcie! dobry? - prawie krzycząc, pytała.


Rwącym się głosem, wśród łez i szlochów, powtarzała to swoje pytanie, takie samo, jakie zadała jeszcze tego dnia, kiedy po *włóczędze* ostatecznie powróciła, by zamieszkać w Gołowliowie, i na jakie wtedy dał tak bezsensowną odpowiedź.


- Jesteście dobrzy? powiedzcie! odpowiedzcie! dobrzy?



- Słyszałaś, co czytano dzisiaj podczas nocnego nabożeństwa? - spytał, kiedy wreszcie ucichła. - Ach, jakież to były męki! Przecież tylko takimi cierpieniami można... I wybaczył! przecież na zawsze wybaczył!


Znowu zaczął krążyć wielkimi krokami, w udręce, cierpiąc i nie czując, jak twarz pokrywają mu krople potu.


- Wszystkim przebaczył! - mówił głośno sam do siebie. - Nie tylko tym, co WTEDY napoili go octem i żółcią, ale i tym, którzy również później, teraz i w przyszłości i na wieki wieków będą podnosić do jego ust ocet zmieszany z żółcią... To straszne! ach, to straszne!


I raptem zatrzymując się przed nią, zapytał:


- A tyś... przebaczyła?


Zamiast odpowiedzi rzuciła się ku niemu i kurczowo go objęła.


- Trzeba mi wybaczyć! - ciągnął. - Za wszystkich... I za siebie... i za tych, których już nie ma... Cóż to! co się stało?! - nieledwie jak w pomieszaniu wołał, rozglądając się dookoła. - Gdzie są... WSZYSCY?!



........................................................................................................................................................................



Udręczeni, głęboko wstrząśnięci rozeszli się do swoich pokojów. Ale Porfiry Władimirycz nie mógł spać. Przewracał się z boku na bok w pościeli i wciąż próbował sobie przypomnieć, jaki to jeszcze obowiązek na nim spoczywa. I nagle w jego pamięci całkiem wyraźnie odtworzyły się słowa, jakie ze dwie godziny temu przypadkiem przemknęły mu przez głowę: *Trzeba zajść do nieboszczki mamuni na mogiłkę pożegnać się...* Przy tym całą jego istotę ogarnął przerażający, ssący niepokój... W końcu nie wytrzymał, wstał z łóżka i wdział szlafrok.


Na dworze było wciąż ciemno, i znikąd nie dochodził najmniejszy szelest. Krwiopijca czas jakiś chodził po sypialni, zatrzymywał się przed oświetloną kagankiem ikoną Odkupiciela w wieńcu cierniowym i weń wpatrywał. Wreszcie się zdecydował.


Trudno powiedzieć, na ile był świadomy swego postanowienia, lecz po kilku minutach, przyczaiwszy się, już dotarł do sieni i szczęknął skoblem, zapierającym drzwi wyjściowe. Na dworze wył wiatr i kręciła się marcowa mokra zamieć, sypiąc w oczy całe strugi tającego śniegu. Judaszek szedł drogą, idąc w kapciach po kałużach, nie czując ni mokrej zadymki, ni wichury i tylko instynktownie otulając się połami szlafroka.


Następnego dnia wczesnym rankiem z Woplina, sąsiadującego z wiejskim cmentarzem, gdzie pochowano Arinę Pietrowną, wierzchem przygalopował jakiś wieśniak z wieścią, że kilka kroków od drogi znaleziono zesztywniały trup gołowliowskiego pana. Wszyscy rzucili się do Aniusi, lecz ta leżała w pościeli w malignie z wszelkimi oznakami ostrej gorączki. Wówczas wyprawiono kolejnego umyślnego do Goriuszkina, do *siostrzyczki* Nadieżdy Iwanowny Gałkiny (córeczki ciotuni Warwary Michajłowny), która już od przeszłej jesieni bacznie śledziła wszystko, co działo się w Gołowliowie.



K  O  N  I  E  C

  Spis treści zbioru
Komentarze (0)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
brak komentarzy
© 2010-2016 by Creative Media
×