Przejdź do komentarzylist osiemnasty
Tekst 18 z 19 ze zbioru: Listy do siebie
Autor
Gatunekbiografia / pamiętnik
Formaproza
Data dodania2019-08-13
Poprawność językowa
- brak ocen -
Poziom literacki
- brak ocen -
Wyświetleń214

To jest we mnie od dzieciństwa, no może od młodości, ale wczesnej. Bo tak mi się zdaje, że młodość to już jest, gdy się ma naście lat. Kiedy przesiadywałam w szaro-burej bibliotece przyklejonej do klubu - tak po prostu klubu takiego pod hasłem „prasa, książka, ruch” (ostatni wyraz nigdy mi jakoś tu nie pasował, że niby ruszyć się trzeba, żeby kupić gazetę czy wypożyczyć książkę; no, jakaś w tym logika jest, ale do mnie nie przemawia.) Biblioteka była szaro-bura dosłownie. Stały w niej stare, drewniane regały, które wewnątrz zawierały setki książek obłożonych w szary papier. Najczęściej na grzbietach wypisano tytuł i autora, ale i tak poszukiwanie jakieś konkretnej książki było trudne. Dlatego czasem udzielałam się jako pomoc biblioteczna i układałam książki według alfabetu. Było to pewne wyróżnienie, nikt poza bibliotekarką i kierowniczką klubu jednocześnie tam nie mógł wchodzić. Czytelnicy – jeśli już się pojawili – mogli co najwyżej zapytać o jakiś tytuł i tak najczęściej odchodzili z niczym, bo oferta biblioteczna była dość skromna i raczej oscylowała wokół dzieł ubranych w peerelowskie szaty. A ludzie tej rzeczywistości mieli dość na co dzień. Dość, że jakiś uczeń zainteresował się czasem zasobami ze względu na lektury; tych też było niewiele. No to po co właściwie tam bywałam? Nie wiem, może odurzał mnie zapach wilgoci i papieru przemieszany z dymem papierosów wydobywającym się spod drzwi klubu. To chyba też, ale najbardziej lubiłam patrzeć na te podstarzałe woluminy i szukać wśród nich czegoś dla siebie.

Ale to nie będzie opowieść o tym, jak urodziła się we mnie pasja bibliofilska, bo tak się nie stało. Zostałam co najwyżej wierną czytelniczką książek wszelakich, począwszy od lektur, które omawiałam z uczniami w szkole a skończywszy na przewodnikach po ciekawych miejscach czy poradnikach z zakresu psychologii (te ostatnie lubię do tej pory). To co to będzie? Nie wiem, chciałam o tym napisać w sobotę rano, zanim jeszcze zacznę sprzątać i odkurzać podręczną biblioteczkę, która ledwie dyszy po ciężarem moich książkowych nabytków. Czy mogłabym bez nich żyć? Pewnie tak!

W dzieciństwie wtłaczano mi do głowy, że tylko ciężka praca i to najlepiej w polu stanowi o wartości człowieka. Nigdy nie opuściło mnie to przekonanie, powodując jeszcze długo, długo wyrzuty sumienia, gdy siadałam na kilka minut do czytania. Nawet dzisiaj, trzydzieści lat od opuszczenia domu rodzinnego słyszę słowa mamy: „Tylko nie czytaj znowu, bo zgłupiejesz!”. Mimo takiego stanowiska moich rodziców udało mi się przeczytać niejedno i to były najczęściej wielkie tomiska. W siódmej klasie przeczytałam Faraona Prusa i wszystkie komedie Fredry (no może nie wszystkie, tylko te ważniejsze). Miałam czas mimo wielu obowiązków, jakie musiałam wypełniać w związku z byciem córką rolnika i to małorolnego. Kiedyś z początkiem wakacji zaczęłam czytać jakąś książkę o antropologii. Pełno w niej było trudnych terminów i pojęć, ale wiedza z niej płynąca pochłaniała mnie bez reszty. Tak, że prawie spadłabym z wozu wypełnionego sianem. Potem przeczytałam kilka powieści J.I.Kraszewskiego, a te jak wiadomo szczupłością nie grzeszą. Myślę, że trochę mnie kręciło to czytanie. Na pewno było odskocznią od codzienności, ale dawało mi poczucie wolności i osobności mojego świata od tego, co pospolite i byle jakie. To pewnie dla wielu truizm, nawet i dla mnie, która piszę te słowa do siebie, ale tak jest.

A teraz czas na zieloną herbatę. Niesmaczna, ale zdrowa. No i podobno odchudza. Ale musiałabym chyba tylko ją pić, to na pewno dałoby to widoczny skutek.

Muszę nadrobić braki w czytaniu. Na biurku leży pięć rozpoczętych pozycji i dwie na kindlu (którego zakupiłam niedawno za namową syna, wierząc głupio, że i on zafascynowany technologią zacznie czytać). Szczerze mówiąc uważam, że czytnik to super sprawa. Można czytać bez przytrzymywania uparcie przewracających się kartek w trakcie jedzenia, przykuwa bardziej uwagę niż włączony telewizor czy rozmowa o niczym ze stetryczałą teściową. Nie wiem kiedy, przeczytałam Pamiętnik księgarza Bythella Shauna (jeśli tak mogę spolszczyć odmianę nazwiska). Stąd te refleksje o czytaniu, bo oto znów dzięki tej książce znalazłam się się w pomieszczeniu źle ogrzewanym, wypełnionym wonią papieru już nie nowego, który nosi na sobie ślady różnych użytkowników. Książki, które są właściwie pierwszym bohaterem tej lektury, pochodzą z drugiego, trzeciego i następnego obiegu i w pewnym momencie przestały być potrzebne, bo umarł ich właściciel a kolejny nie miał już dla nich ani czasu ani serca, więc wezwał księgarza – antykwariusza, który wycenił je i kupił czasem cała bibliotekę, czasem jej część, czasem pojedyncze egzemplarze.

Książka o książkach wcale nie jest nudna. Trzeba się przy niej napocić. Dobrze byłoby znać język angielski nie tylko dla prawidłowego odczytania tytułów i autorów, ale też dla zapisanych nazw miejsc, obyczajów czy osób. Mądrze byłoby też poczytać coś więcej o kulturze czytania i historii literatury angielskiej, ale oczywiści na to nie miałam czasu i przystąpiłam do czytania Pamiętnika księgarza bez żadnego przygotowania. Były miejsca, których oczywiście nie zrozumiałam do końca, ale wcale się tym nie zrażam, bo to oznacza, że jeszcze mam coś do odkrycia.

Najfajniejsze w książce są obserwacje klientów antykwariatu i jego pracowników. Właściwie wszyscy są jacyś. Nie ma tu ludzi nieciekawych. Większość to dziwacy i indywidualiści, drobiazgowi, o wyrafinowanej wyobraźni i przekonaniu o swej bibliofilskiej wielkości. Są też tacy, którzy trzymają się ziemi - wręcz dosłownie jak Nicky - sezonowa pomocnica księgarza, która częstuje go przysmakami z kontenera wystawionego obok jakiegoś wielkopowierzchniowego sklepu, nazywając ten proceder „piątkowym łasuchowaniem”. Ale najśmieszniejsze są riposty, jakimi obdarza księgarz swoich klientów, którzy za pół darmo chcieliby kupić jakąś książkę. Trzeba naprawdę mnóstwo finezji i językowego obycia, żeby tak żonglować słowem. Podobało mi się... Naprawdę!

Może ja tez miałam być księgarzem. Lubiłam księgarnie, może nawet bardziej niż biblioteki. Nie miałam wiele pieniędzy, żeby przeznaczać na książki, ale zawsze kiedy jakaś trafiała w moje ręce, sprawiała mi wielką frajdę. Dzisiaj, kiedy jestem na zakupach w Biedronce albo w innym Lidlu, kupuję coś z ich stoiska z książkami albo kiedy czekam na pizzę, to obok w kiosku - już dziś nie pod szyldem „Ruchu” - wśród różności wybieram jedną pozycję i pochłaniam pierwszy rozdział, jak najsmaczniejszy kąsek.

Tak, kupuję książki przypadkowe, ale to chyba nie grzech. Wiem, że to nieprofesjonalne, ale chcę być zaskakiwana. Zawsze coś wtedy odkrywam i mogę poczuć, że nie siedzę w miejscu, przeciwnie do miejsca pobytu czy czytania, które mam stałe. I póki co niech tak będzie!



  Spis treści zbioru
Komentarze (0)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
brak komentarzy
© 2010-2016 by Creative Media
×