Przejdź do komentarzy10 sekund
Tekst 1 z 6 ze zbioru: Widzę coraz mniej
Autor
Gatunekobyczajowe
Formaproza
Data dodania2019-12-07
Poprawność językowa
Poziom literacki
Wyświetleń263

Była ósma trzydzieści, kiedy wyszedł przez duże drzwi starej kamienicy, wprost na ulicę. Właściwie był to deptak wokół ratusza, z zakazem wjazdu dla wszelkich pojazdów. Pierwsze, co go uderzyło to jasność. Automatycznie zmrużył oczy i musiał na chwilę stanąć, by oczy przywykły do słońca.

Wykorzystał ten czas, by wyciągnąć z kieszeni papierosy, wyjął jednego z paczki i zapalił.

Dym w płucach to było to, czego potrzebował ale przydałaby się też zimna woda, najlepiej z cytryną, albo chociaż oranżada. Przeszukał kieszenie i znalazł tylko 2 złote. Jak zwykle, zawsze to samo. Po kilku chwilach, które spędził na tych prostych czynnościach, odczuł dotkliwie, jak bardzo boli go głowa. Wszystko wirowało a nacisk na czoło stawał się nie do zniesienia. Do tego jeszcze mdliło go, co raczej rzadko mu się zdarzało. Cóż, nie był to chyba najgorszy kac jakiego doświadczył, ale nie pomogło to w żaden sposób poczuć się lepiej.


Zaciągnął się i ruszył, odczuwając dotkliwie w głowie każdy krok. „Jak i kiedy ja się tu znalazłem?” - pomyślał. Pamiętał, że spotkał się ze znajomymi w klubie, był koncert, skakali, krzyczeli, śmiali się. Było naprawdę fajnie. Oczywiście nie obyło się bez dużej ilości piwa, ale potem niespodziewanie pojawiła się wódka, która mogła stać się powodem tego bólu głowy.

A właściwie jej spora ilość, zmieszana z piwem i pewnie z jeszcze czymś innym. Wiadomo; pijak zawsze znajdzie jakieś racjonalne wytłumaczenie na swój stan. Tak już ma.

Kompletnie natomiast nie pamiętał chwili, kiedy wyszli z lokalu i udali się na stancję do kumpla.

Była taka propozycja, to pamiętał, ale był jej przeciwny i nie był w tym osamotniony. Reszta, najwidoczniej, musiała rozegrać się na urwanym filmie. Nie pierwszy raz zresztą. Dalszej części nocy nie było mu dane już pamiętać i miał tylko nadzieję, że odbył się bez kontrowersji, czy jak kto woli „wiochy”, z jego strony. A nawet gdyby, to wkrótce się o tym dowie. Gdy obudził się rano, na pół leżąc, pół siedząc połową tułowia na kanapie, a drugą na stoliku, obraz, który ujrzał skłonił go do natychmiastowej ewakuacji. Syf dookoła, nie był wielokrotnie widzianym już przez niego bajzlem po imprezowym. Ten był wyjątkowy. Puste butelki walały się wszędzie, również między śpiącymi ludźmi. Niestety, z niektórych powylewał się alkohol na dywan, meble, a nawet jego towarzyszy. Pomyślał o marnotrawstwie, ale odruch wymiotny szybko przywołał go do porządku. Puszka z petami była pełna, a to co się nie zmieściło do środka, rozsypywało się na stole, dywanie i innych meblach, niestety krajobraz uzupełniało też kilka wypalonych papierosami dziur w kanapie, fotelu i dywanie. Smród był okropny i niemożliwy do zdefiniowania. Prawdopodobnie była to mieszanina zapachu wszystkiego, co się wylało, spaliło i niestety zostało wydalone z ludzkiego ciała, bo ślady takiego działania również dostrzegł. Resztę uzupełniały porozrzucane wszędzie ubrania, buty, skarpety, książki, gazety, płyty i resztki jedzenia. Całość wyglądała jakby przed chwilą przeszło jakieś tornado. Śpiący w tym krajobrazie ludzie wyglądali prawie niewinnie.

A przecież to właśnie oni byli sprawcami tego krajobrazu (może nawet on osobiście się również przyczynił, ale tego nie pamiętał).

W każdym razie poczuł, że musi natychmiast stamtąd spadać. Mijając kuchnię, przemył tylko twarz i zrobił kilka szybkich łyków zimnej wody i wyszedł.


I stał właśnie teraz paląc papierosa, a łeb chciało mu rozsadzić. Ten papieros to chyba niezbyt dobry pomysł. Wrzucił go do ścieku i ruszył przed siebie. Im szybciej dojdzie do domu, tym szybciej doprowadzi się do porządku. Znaczy zje coś ciepłego, wykąpie się, może nawet znajdzie jakąś cytrynę a potem może się jeszcze położy. Na szczęście jest sobota i nigdzie nie trzeba iść.

Szybko przeszukał kieszenie; klucze, dokumenty, papierosy, 2 złote – niczego więcej się nie spodziewał. Od mieszkania dzielił go spory kawałek, ale nie zamierzał forsować tempa, tym bardziej, że po kilkunastu metrach wiedział, że to nie jest dobry pomysł. Głowa, pod czaszką pulsowała z każdym krokiem, w klatce piersiowej czuł ucisk, a mięśnie nóg zachowywały się jakby chodzenie było dla nich czymś nowym. Co chwila odczuwał też odruch wymiotny, ale to powinno niedługo przejść, kiedy płuca przyjmą więcej świeżego powietrza. Choć oczywiście ilość przyjętego przez ostatnią dobę alkoholu, również nie była bez znaczenia.

Mimo to, obmyślał technikę posuwania się do przodu, przy minimalnym użyciu energii całego organizmu. Jego stan był w tym raczej pomocny. Szedł bardzo powoli, bardziej powłócząc nogami, niż je podnosząc. Wzrok wlepił przed siebie, w chodnik, ręce włożył do kieszeni. Na szczęście, na ulicy nie było wiele osób i nie musiał nikogo wymijać. W sobotę ludzie mogli pospać sobie dłużej, a to akurat działało na jego korzyść. Choć, nie dałby sobie uciąć głowy, że jest sobota.


Próbował zająć myśli przypomnieniem sobie wczorajszej imprezy. Wiedział, że pod koniec się nie popisał, a świadczył o tym urwany film. Kolejny, w ciągu ostatniego okresu. Czuł dyskomfort z tym związany i za każdym razem obiecywał sobie, że więcej się to nie powtórzy. Ale niestety. Kilka bardzo ważnych dla siebie rzeczy już stracił przez picie, również ludzi. Wiedział, że jest to już prawdopodobnie moment, w którym powinien zwrócić się do specjalisty. Ale wciąż nie mógł się zdecydować, by podjąć ten krok. Teraz znów czuł, że byłoby dobrze zacząć z tym coś robić, zanim będzie za późno. Oczywiście zabawa jest fajna, alkohol jest dla ludzi i jak ktoś nie przesadza, nie ma problemu. On jednak czuł, że od jakiegoś czasu traci kontrolę i zaczyna mu to przeszkadzać.


Poczuł się z tym bardzo źle, było mu nawet wstyd, że po raz kolejny stało się coś, poza jego kontrolą. Nie miał pojęcia dlaczego tak się dzieje. Kiedyś przecież było inaczej, bezproblemowo.

Mdliło go, a ból głowy nie odpuszczał. Powłóczył nogami, ciężko szurając po chodniku, a mięśnie cholernie bolały. „Przecież jestem inteligentnym, wrażliwym, normalnym facetem. Mam swoje marzenia, priorytety, cele. Co się dzieje, że nie mogę tego opanować?! Przecież nie muszę doprowadzać się do takiego stanu, do zgonu...Co jest, kurwa mać?!” Znał kilka osób, które widywał co jakiś czas a potem dowiedział się, że odeszły z powodu picia i narkotyków. Wtedy nie mógł uwierzyć, jakie to proste i szybkie, by stoczyć się na dno. A dziś sam stoi na tej drodze i nie może zejść?! „Stary weź się za siebie! Weź się w garść i nie rób sobie krzywdy!” - ganił się w myślach. Wcale nie czuł się przez to lepiej, choć czasem przechodziła go taka fala optymizmu, że wszystko można osiągnąć, kiedy naprawdę się chce. Przynajmniej w takiej atmosferze był wychowany i wielokrotnie potrafił udowodnić te regułę. „A tu co?! A tu nie możesz?! Bo co?! Nawet, jeśli już przekroczyłeś jakiś próg, to zawsze można znaleźć jakiegoś specjalistę, który pomoże ci się poukładać!” Zdarzało mu się, mówić do siebie w trzeciej osobie i nawet już nie wydawało mu się to dziwne.

- Stary, musisz się tak drzeć od rana? Weź na wstrzymanie, nie wszyscy muszą cię słuchać! - powiedział mijający go koleś, na jednym wdechu. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że ostatnie myśli wykrzyczał na głos, nie tylko w głowie. „Chyba faktycznie mi odwala albo ciągle nawalony jestem”. Tak się czuł w każdym razie. Zresztą sam nie wiedział, chciało mu się pić. „Znaleźć jakiś sklep i kupić wodę” - pomyślał. „Dobra, skup się na działaniu, a nie na samopoczuciu”. Rozejrzał się, przeszedł jakieś dwieście, może trochę więcej, metrów i stał po drugiej stronie placu ratuszowego. Przez ten cały czas, który dłużył się jak cholera, przeszedł tylko ten kawałek. „Bez pieprzenia!Do przodu!Będzie dobrze” - jego wewnętrzny optymista przejął stery. Ruszył z animuszem z miejsca, wiedział, gdzie jest najbliższy sklep.



Zrobił pierwsze trzy kroki i stanął jak wryty. Znajdował się tuż przy barierce, okalającej ratuszowy klomb z kwiatami, przy jej prawym rogu, patrząc od wejścia do ratusza. Jakieś dwa metry przed nim, na deptaku i tuż przed brukowaną uliczką, rozlana była plama. Plama, nic takiego niby, ale ta była czarna jak smoła, tej samej grubości na całej powierzchni i gładka, jakby ktoś przed chwilą ją wyprasował. Nie wiadomo dlaczego, przykuła całą jego uwagę. Podszedł bliżej, wpatrując się w nią. Idealnie czarna i gładka. „Co to jest? I co tu robi w biały dzień?” - rozejrzał się. Ludzie, choć nie było ich dużo, przechodzili, jak gdyby w ogóle jej nie dostrzegali. A on coraz bardziej nie mógł się nadziwić, jaka jest idealnie gładka i idealnie czarna. Jej powierzchnia błyszczała, od czasu do czasu, jakby przeskakiwał tam elektryczny impuls. Ale tylko czasami. Była idealnie czarna, nieprzenikniona, jakby była w stanie pochłonąć wszystko. Nie mógł oderwać oczu. Było to dziwne , niespotykane, ale przez swą odmienność takie idealnie piękne. „Zaraz, naprawdę tylko ja to widzę? Może to jakiś zwid, aż tak mi zaszkodził ten wczorajszy melanż? Mam majaki? Co jest do cholery?!” Przechodziły mu przez myśl coraz to nowe pomysły, wytłumaczenia, ale nie mógł oderwać oczu. Błyski pojawiały się co jakiś czas, jakby ktoś przeczesywał powierzchnię grzebieniem z błyskawicy. I Czerń. Wpatrywał się w nią, jakby chciał coś dojrzeć. Wytężał wzrok, marszcząc czoło, a głowa bolała go jeszcze bardziej, w żołądku ściskało niewidzialne imadło. Stopy przykleiły się w jednym miejscu i za nic nie chciały drgnąć.

I nagle zaczął widzieć.

Najpierw w dużych odstępach czasu, rozmazane i niewyraźne. Pojawiły się postaci. Wizerunki różnych osób. Niektóre wydawały mu się znajome. Pojawiały się, jakby niesione wichurą z lewej strony i znikały za prawą krawędzią. Przetarł oczy, tak dla zasady bardziej. „Co się ze mną dzieje? Zatrułem się, pijany jeszcze jestem, czy co?! Obudź się, chłopie!” Tymczasem obrazy zaczęły tańczyć, nie jakiś konkretny taniec, po prostu przetaczały się wymachując rękoma, wyszczerzając zęby, robiąc makabryczne miny. Niektóre krzyczały, ale nic nie słyszał. Niektóre twarze wykrzywione były strasznym bólem, udręką, umieraniem. Wpatrywał się jak zaczarowany, nie mogąc oderwać wzroku. Zaczął odczuwać ten ból, ich ból. Poczuł, że łączy go z tymi ludźmi jakaś milcząca więź. Wiedział, że to tylko ułuda, zwid , jakiś omam zatrutego umysłu, ale ból odczuwał naprawdę. Nie tylko ten swój; głowy, żołądka, gardła, ewidentnie oznak kaca. Ale ten, na który patrzył, w tym niemym, chorym spektaklu. W końcu, ludzie zaczęli przewalać się, z jednej strony na drugą, czasem pokazując wykrzywione grymasem twarze. Niektórzy ślinili się, innym leciała krew z nosa, co niektórzy rzucali się na sąsiadów. Wszystkich jednak łączył ból, nieopisany, odczuwalny cholerny ból. W głowie mu wirowało i dudniło, nie mógł się ruszyć. Gapił się i współczuł, czuł razem z nimi to, co ich rozdzierało, maltretowało, niszczyło! „O co chodzi, czemu to widzę?! Z jakiego powodu tam jesteście?!Co się dzieje?!” W oczach zebrały mu się łzy, ale nie zdołały jeszcze utorować sobie drogi w dół. Poruszył dłonią, chyba nawet ją wyciągnął w stronę emanującej bólem i strachem plamy. W stronę tych zatraconych, skazanych na ból ludzi. Pomyślał, że chciałby im pomóc, ale nie wiedział jak mógłby to zrobić. Wiedział za to, że to nieprawda, jakiś chory wymysł jego mózgu. Nie ruszał się, lecz w środku nim trzęsło...


I wtedy kątem oka coś dostrzegł. Podniósł głowę, pierwszy raz od kilku minut i przyniosło mu to dużą ulgę. Musiał rękawem przetrzeć oczy. Na skraju plamy zatrzymał się wózek dziecięcy, pchany przez młodą kobietę. Mogła być jego rówieśniczką. Ładna, wysoka blondynka, o bardzo zmęczonej twarzy. Lewą ręką trzymała wózek, w drugiej małą rączkę swej kilkuletniej córki, stojącej tuż obok.

Kobieta stanęła i zaintrygowana przyglądała mu się. Nie dostrzegała tego, co przez ostatnie kilka chwil stało się źródłem jego kompletnego zaangażowania, niemocy i bólu. Patrzyła z zaciekawieniem wprost w jego oczy. Przez chwilę, kilka chwil. Potem z wyrazem litości i dezaprobaty zmarszczyła prawą brew, pokiwała głową i podjęła dalej swoją ekspedycję, wprawiając wózek w ruch. Dziewczynka szybko przebierała nóżkami, by dotrzymać kroku mamie.


Ta chwila przyniosła mu chwilę ulgi. Nie chciał tego, ale okazało się silniejsze od niego; z niechęcią wrócił do wcześniejszego zajęcia. Spuścił wzrok, choć resztki rozumu podpowiadały mu, by przestał, odszedł, uciekał. Ale ciekawość, a może poczucie przynależności, oddała go w ramiona porzuconego wcześniej zajęcia. Niestety nic się nie zmieniło. Tylko obraz był jakby wyraźniejszy, bardziej realny, dotkliwszy. Ludzie z jego obłędu, w swoim obłędzie zaczęli wyciągać ręce w jego stronę, krzycząc niemym krzykiem. Ból przeszył go dotkliwie, aż musiał chwycić się za żołądek...


Kilkadziesiąt metrów dalej, blondynka energicznie wytoczyła przednie koła wózka na ulicę.W tym momencie z piskiem opon, który odbił się echem od pobliskich kamienic, wyjechał zza rogu, szary, błyszczący samochód. Jechał szybko, za szybko, jak na teren zabudowany. Nie zdążyła zareagować, nic nie zdążyła zrobić. Kierowca, w sobie tylko wiadomy sposób, wyminął wózek przednimi kołami, ale tył wozu zahaczył o tył wózka i zniknął za najbliższym skrzyżowaniem. Kobieta wciągnęła go, najszybciej jak umiała, z powrotem na chodnik. Dziecko wewnątrz wciąż spało słodkim snem.


Gdy tylko była w stanie otrząsnąć się z szoku i ruszyć, pomyślała, że przechodząc kilka sekund wcześniej, prawdopodobnie by nie żyła, razem ze swoimi dziećmi. Myśląc to, szybko odwróciła głowę, wspominając chłopaka, którego mijała przed chwilą.

Nie było go tam. Ostatnie okręgi ginęły na krawędzi, czarnej, oleistej plamy na chodniku.





  Spis treści zbioru
Komentarze (2)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
avatar
Nie po raz pierwszy już zalany w zimnego trupa upojną nocą bohater tej historii rano ewakuuje się z imprezy na ostrym kacu i w drodze do chaty...

Ciekawa autocharakterystyka, niebanalne rozważania, ostry jak u Felliniego zwrot akcji i piękne - mimo tej tak po...anej dookoła pokracznej rzeczywistości - szczęśliwe zakończenie.

Niestety, nie dla wszystkich szczęśliwe
avatar
Tytułowe 10 sekund jednym wywraca, innym skraca często życie na amen
© 2010-2016 by Creative Media
×