Przejdź do komentarzyKonstantin Simonow - Przypadek Połynina /10
Tekst 255 z 255 ze zbioru: Tłumaczenia na nasze
Autor
Gatunekobyczajowe
Formaproza
Data dodania2020-01-21
Poprawność językowa
- brak ocen -
Poziom literacki
- brak ocen -
Wyświetleń219

To, że strącili tutaj zaledwie trzech *hansów*, było wprost jak ten uporczywy ból zęba i dla samego majora Collera, i dla jego zastępcy, kapitana Clarka, i nasz pułkownik dobrze rozumiał ich uczucia. Dlatego teraz, kiedy już wszyscy zasiedli przy stole, specjalnie wzniósł szklenicę wódki w toaście przede wszystkim za tego właśnie angielskiego kapitana i za jego rodzimy Londyn, którego chyba bronił w powietrzu równie zażarcie, jak nasi lotnicy - Moskwy.


Malutki kapitan Clark zagarnął swoją krótką rączką rżnięty kryształowy kielich, stuknął się nim z Połyninem i z wysiłkiem wypił wódkę aż do dna, po czym odchylił się na krześle do tyłu i w milczeniu zaczął patrzeć w sufit. Kto wie, o czym myślał - może o swojej żonie i trójce dzieci, może o tym swoim Londynie, a może i o czymś jeszcze, o czym nikt nie miał żadnego pojęcia.


Obaj Bruce`owie - major i kapitan - pochodzący, według słów Hennigera, ze znakomitej arystokratycznej rodziny, pili wódkę malutkimi, nieśpiesznymi łyczkami, uśmiechając się swoją rumianą twarzą z czarnym cienkim wąsikiem, i o czymś rozmawiali. Major Henniger, niestety, przekładał to na rosyjski tak krótko i tak prostymi zdaniami, że Połynin cały czas miał wrażenie, że oszukuje i tłumaczy nie to, co mówili rzeczywiście.


Rudy, łysy major Coller pił metodycznie, po ćwierć szklanki na każdy łyk, co i rusz ocierając swoje rude wąsy - i za każdym kolejnym haustem porządnie zakąszał zagrychą. Nieco już podciętemu Połyninowi zdawało się, że i on, i ten Coller są skazani na ten sam los, i że obaj zawsze pracowali nie mniej, a może nawet więcej niż reszta, ale mało kto to doceniał. Nawet puścił do niego perskie oczko, dając mu znać, że orientuje się co do źródeł jego goryczy i co do tych trzech zbitych przez jego eskadrę Niemców, i uważa, że tak naprawdę to on, major Coller, tak czy siak w niczym nie jest gorszy od majora Bruce`a, choć w tej pierwszej grupie powietrznej już zestrzelono aż 11 *fryców*... W odpowiedzi rudy major Coller też mu posłał oczko, czy to wszystko zrozumiawszy, a może i nie, lecz z pewnością poczuwszy gorącą sympatię, jaką żywił dla niego radziecki lotnik.


Komisarz pułku Liewykin, wielki jak niedźwiedź Gricko i inni piloci kilka razy próbowali z pomocą Hennigera wytłumaczyć Brytyjczykom, co oznacza dla Rosjan ta niebywała demonstracyjna parada na Placu Czerwonym. Byli dumni z tego, co miało miejsce dzisiaj w ich Moskwie, i chcieli, żeby Anglicy zrozumieli sens ich euforii. Jednak, mimo że tamci potakiwali głowami, Połynin podskórnie czuł, że Henniger tłumaczy jakoś nie tak, i dlatego nie pojmują wszystkiego, co chcą im teraz przekazać.


Zaczynając coraz bardziej się wkurzać, pułkownik z ulgą dostrzegł wchodzącego do stołówki kapitana Gawriuszyna, naszego pilota, odkomenerowanego jako tłumacz do eskadry sąsiadów.


- Słuchaj-no, Gawriuszyn, przekaż im wszystko to, o co ja ciebie poproszę, - nie krępując się obecności Hennigera, rzekł Połynin, jak tylko ten usiadł przy nim. - Powiedz im to, to są fajni faceci...

- A co mianowicie? - zapytał tłumacz, jedyny trzeźwy w tym gronie i dlatego jeszcze *nie w kursie* tych międzynarodowych rozmów za stołem.

  Spis treści zbioru
Komentarze (0)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
brak komentarzy
© 2010-2016 by Creative Media
×