Przejdź do komentarzyKonstantin Simonow - Przypadek Połynina /53
Tekst 255 z 255 ze zbioru: Tłumaczenia na nasze
Autor
Gatunekobyczajowe
Formaproza
Data dodania2020-03-02
Poprawność językowa
- brak ocen -
Poziom literacki
- brak ocen -
Wyświetleń177

- A... Galina, wróciliście już... A myśmy właśnie niedawno panią wspominali, - powiedziała Olga Fiodorowna. - Witieńki nie ma, jest w teatrze; teraz spektakle z powodu nocnych bombardowań zaczynają się już o drugiej po południu, zaraz po próbach, i dlatego może będzie w domu dopiero koło 8:00 wieczór.

- A jak się tam dodzwonić do tego teatru?

- Nie wiem, kochana, może niech pani tam do niego podjedzie, na pewno się ucieszy... - I w odpowiedzi na pytanie Galiny dokładnie objaśniła, gdzie jest ich nowa siedziba.


Ten cierpliwie-łaskawy ton, z jakim Olga Fiodorowna z nią rozmawiała, przypomniał jej wcześniejsze wizyty w domu Bałakiriewów, a zwłaszcza te śniadania, kiedy po nocy w sypialni Witieńki, piła poranną herbatę wraz z kochankiem i jego matką, która zwracała się do niej ni to jak do synowej, ni to jak do obcej, tolerowanej w ich mieszkaniu wyłącznie z racji synowskich fanaberii, i wcale nikomu niepotrzebnej, jak tylko przestanie go to urządzać.


Od tych wspomnień poczuła się tak nieznośnie, że aż zrobiło się jej niedobrze, ale zaraz poskromiła tę słabość i zagryzła wargi, postanawiając natychmiast pójść do teatru i za wszelką cenę właśnie tam zobaczyć się z Witieńką. Próbowała samą siebie przekonać - czego tak do końca nie była wcale pewna - że po prostu tam do niego tylko zwyczajnie ot, tak przyjdzie, a on zrobi dokładnie to wszystko, co jej w swoim liście tak solennie przecież obiecał. I nic więcej z tego, co między nimi dawniej było, już nie będzie - i być nie powinno.


Zawahawszy się przez sekundę, co zrobić z drzwiami, skoro dodatkowego klucza do nowego zamku sąsiadka jej jednak nie zostawiła, Galina Pietrowna machnęła w końcu na wszystko ręką: też mi wiele skarbów znajdzie w jej pustym pokoju złodziej! - zatrzasnęła je w końcu na angielski zamek i zbiegła schodami na dół.




12



Do teatru dotarła już w ciemnościach. Jeszcze w odległości może stu kroków od paradnego wejścia po obu stronach mrocznej ulicy stały wojskowe ciężarówki. Kończył się już ostatni akt. Bileterka w płaszczu i w walonkach, stojąca przy drzwiach na widownię, kiedy Galina Pietrowna powiedziała jej, że jest aktorką i przyszła do towarzysza Bałakiriewa, odparła, że dyrektor personalny siedzi teraz na sali, i, ostrożnie uchyliwszy drzwi, przepuściła ją, wsunąwszy za nią dodatkowe krzesło.


Na widowni było zimno - może nie tak, jak w foyer, ale mimo wszystko zimno. Publiczność, prawie wszyscy wojskowi, siedziała bez czapek, ale w płaszczach i półkożuszkach; nad rzędami unosiło się kłębami pary wydychane powietrze. Na scenie szła sztuka *Bez posagu*, i, patrząc na Larysę w białej koronkowej sukni z tiulowymi rękawami, przez które przeświecały gołe ręce, Galina Pietrowna cała aż się skuliła i objęła za ramiona. Na scenie panował mróz taki jak na ulicy. I czym są takie prawie gołe ręce, i te czerwone zgrabiałe palce, i konieczność grania bez względu na to, jak sama jesteś skostniała -  w dodatku grać tak, zmuszając zlodowaciałą w tych płaszczach i półkożuszkach widownię, by o tym wszystkim zapomniała - ocenić to mogła tylko aktorka.

  Spis treści zbioru
Komentarze (4)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
avatar
Aż mi się zimno zrobiło i współczuję aktorce.
Czy spektakl " Bez posagu " był oparty na jakiejś znanej powieści.
avatar
Prawdopodobnie chodzi o dramat Aleksandra Nikołajewicza Ostrowskiego (XIX-wiecznego twórcy rosyjskiego teatru realistycznego) "Panna bez posagu" z 1876 r., w którym główną rolę kobiecą gra Łarisa/Larysa - biedna, nieszczęśliwa dziewczyna, ofiara zemsty bogatego i odtrąconego narzeczonego; w ostatnim akcie ginie zastrzelona przez niego z pistoletu.

Ale... to są jedynie moje domysły. Nie znam żadnych szczegółów, bo - jak już wcześniej pisałam - w wydaniu, z którego powieść tłumaczę, nie ma żadnych odsyłaczy :(
avatar
Wiemy już, że aktorzy, o których mowa w powieści, MOGLI wyjechać z Moskwy i wraz z innymi udać się na ewakuację w głąb Rosji.

Zostali jednak w bombardowanej stolicy (mowa o kolejnych miesiącach zimy 1941/42 r.) i jak wszyscy pozostali moskwianie - mimo ograniczeń w dostawach wody, ciepła, elektryczności, chleba, lekarstw etc., etc. - próbowali żyć tak, jakby wojny nie było.

Mimo okupacyjnego terroru w walczącej powstańczej Warszawie - pamiętamy - działało radio, wydawano prasę podziemną, chodziły riksze, studenci na tajnych kompletach studiowali, zespoły podwórkowe dawały swoje pieśniarskie i kabaretowe występy itd., itd.

Na całym świecie wojna to śmierć i zniszczenia - ale i codzienny heroizm zwykłego szarego anonimowego Kowalskiego, o którym Historia milczy, gazety go nie wspominają, i nikt mu żadnego medalu nie wręcza
avatar
Po raz drugi dwukrotny komentarz. Ale, gdy na plecach siedzi prawnuczka i robi ze mną,co chce, to tracę nad sobą kontrolę. Proszę o wyrzucenie jednego komentarza.
Dziękuję za obszerne wyjaśnienia i dodam, że w wojnę może się toczyć, ale zawsze jest namiastka normalnego życia. Podobnie było i u nas. Czynny teatr, kawiarnie, tajne komplety itd.
© 2010-2016 by Creative Media
×