Przejdź do komentarzySmutny piątek 13-go
Tekst 46 z 49 ze zbioru: Niezwykłe przygody i przeżycia
Autor
Gatunekbiografia / pamiętnik
Formaproza
Data dodania2020-03-12
Poprawność językowa
- brak ocen -
Poziom literacki
- brak ocen -
Wyświetleń185

Smutny piątek 13-go


Nigdy nie wierzyłam w zabobony. Nigdy nie byłam przesądna. Nigdy też nie zwracam uwagi, kiedy 13-go przypada w piątek. Gdy z kolei ktoś próbuje mnie nim straszyć, wtedy mam w zwyczaju zaśpiewać dla żartu fragment piosenki Kasi Sobczyk: „Trzynastego nawet w grudniu jest wiosna”.

Wczoraj to nawet przez pół dnia nie wiedziałam, że jest 13-go. Dopiero wieczorem uświadomiła mi to moja starsza wnuczka. I chociaż nadal wierzyć nie będę, że piątek 13-go to jakiś szczególny, pechowy dzień, to jednak wczoraj taki dzień miałam.



 


Kiedy rano wstałam i jak każdego piątku przygotowywałam się do wyjścia do lasu, coś mi kazało w międzyczasie odpalić komputer. Przed wyjściem staram się najczęściej tego nie robić, aby mnie jakaś wiadomość nie zatrzymała w domu. Jednak tym razem zrobiłam to. No i okazało się, że czeka na mnie e-mail od mojej przyjaciółki z Polski, a w nim smutna wiadomość, że o 5-tej rano zmarł Wiesiek, nasz dobry kolega, z którym przez wiele lat pracowałyśmy w szkole. Dodatkowo to mąż naszej koleżanki. Ona także z nami pracowała. Bardzo smutno mi się zrobiło. Przecież Wiesiek miał dopiero 58 lat. Bardzo żal mi jego żony. Bardzo żal mi jego córki i jego małego wnuczka.

Do lasu oczywiście już nie poszłam. Pewnie bieganie po lesie dobrze by mi zrobiło na mój smutek, ale jakoś straciłam ochotę na wyjście z domu.

Przypomniało mi się także, że muszę wcześniej odebrać mojego wnuczka z przedszkola. W piątki odbieram go zawsze o 13-tej, tym razem jednak musiałam wcześniej, ponieważ byłam umówiona z córką, że i ją odbiorę z warsztatu samochodowego. Córka o godz. 13-tej miała oddać swoje auto do przeglądu i z warsztatu trzeba było ją zawieźć do domu. A właściwie to ona miała mnie i wnuczka zawieźć do mojego domu, bo potrzebowała mojego auta, by zawieźć starszą wnuczkę na balet i po dwóch godzinach odebrać. Warsztat naszego znajomego mieści się w innej dzielnicy miasta, jakieś 8 km dalej, musiałam więc tym bardziej się pośpieszyć. Wyjechałam pół godziny wcześniej. Kiedy dojeżdżałam do przedszkola, musiałam przejechać jeszcze przez wiadukt kolejowy. Wjechałam na niego zupełnie spokojnie... i nagle, w połowie wiaduktu, jakaś mała dziewczynka (może 5-letnia) wtargnęła na jezdnię tuż przed maską mojego auta. Hamowałam jak szalona... i wyhamowałam. Niestety, jadąca z przeciwka kobieta nie wyhamowała i uderzyła w nią. Dziewczynka poleciała kilka metrów w powietrzu i spadła na jezdnię. Trudno opisać, co się potem działo. Potworny wrzask, płacz, lament.

Nie wiem, jak to się stało, że matka tego dziecka ze starszą córką oraz znajomą znajdowały się na chodniku po lewej stronie wiaduktu, a jej młodsza córka sama została na przeciwległym. Biedne dziecko, pewnie chciało jak najszybciej dobiec do matki i zupełnie nie zwracało uwagi na jadące w obydwu kierunkach auta.

Potworny to był widok. Wyskoczyłam natychmiast z auta. Nie bacząc, że tamuję ruch, pobiegłam do tego tragicznego miejsca. Zaczęłam uspokajać klęczącą nad swoją córeczką matkę i radziłam, aby nie ruszała jej z jezdni, bo ona może mieć uszkodzony kręgosłup. Potem podeszłam do jej starszej córki. Siedziała blada jak papier na krawężniku chodnika i krzyczała wniebogłosy. Pogłaskałam ją po główce i łagodnym głosem prosiłam, żeby tak nie krzyczała, bo jeszcze bardziej wystraszy swoją siostrzyczkę. Pocieszałam ją, że karetka pogotowia już jedzie i pan doktor zaraz jej pomoże.

Śladów krwi nie było widać, ale z pewnością dziewczynka miała obrażenia wewnętrzne. Była przytomna. Jęczała cichutko.

Na szczęście kartka pogotowia przyjechała bardzo szybko. Kiedy tylko zobaczyłam, że się zbliża do wiaduktu, wskoczyłam do auta i odjechałam. Musiałam zrobić jej miejsce.

Pojechałam już prosto do przedszkola. Odebrałam wnuczka i razem jechaliśmy odebrać córkę. Byłam trochę roztrzęsiona, ale starałam się panować nad emocjami. Tym bardziej, że wnuczka już miałam pod opieką. Dojeżdżając do wiaduktu, zobaczyłam, że ratownicy wnoszą dziewczynkę na noszach do karetki. W międzyczasie dojechała policja i przejazd przez wiadukt był już zamknięty. Przed wiaduktem zrobił się korek. Z obydwu stron. Niewiele myśląc, wymanewrowałam auto z tego korka i pojechałam uliczką należącą do jednej z pobliskich firm. Przecież córka na mnie czeka.

Kiedy pod warsztatem opowiedziałam córce co się stało, była bardzo przejęta. A gdy nagle nad naszymi głowami przeleciał helikopter z czerwonym krzyżem, kierując się w stronę szpitala, aż pobladła. Widząc ją w takim stanie, postanowiłam, że sama będę prowadzić auto i wszystko za nią załatwię. Na początku trochę oponowała, ale gdy jej powiedziałam, że nic mi nie jest, że czuję się dobrze, oponować przestała. Córka zna mnie dobrze i wie, że w dramatycznych sytuacjach może mi zaufać.

Odwiozłam ją do domu, wzięłam ze sobą jeszcze starszą wnuczkę i we trójkę pojechaliśmy do mnie. Wiedziałam, że córka ma jeszcze jakąś pracę do wykonania w swoim biurze. Chciałam, żeby miała spokój.

Wnuczki w domu nakarmiłam i zanim wsiedliśmy do auta, by odwieźć naszą baletnicę na balet, jeszcze raz, już nawet nie wiem który, oboje pouczałam dlaczego dzieci same nie mogą przechodzić przez ulicę. Przez żadną ulicę i w żadnym przypadku. Wnuczka już dobrze pamiętała. Wnuczkowi na wszelki wypadek jeszcze praktycznie zademonstrowałam. Kazałam mu popatrzeć na jezdnię pomiędzy zaparkowanymi autami przy chodniku, potem wzięłam go na ręce i jeszcze raz kazałam mu popatrzyć na jezdnię. Wtedy brzdąc zrozumiał, że dziecko tylko z dorosłym może przechodzić przez ulicę, bo dorosły ma wyżej oczy i lepiej widzi, czy z którejś strony jakiś pojazd nie nadjeżdża. Mam nadzieję, że wiedzę tę sobie utrwalił na zawsze.

Pod wieczór, kiedy już wszystko było załatwione i wróciłam do domu, wreszcie mogłam spuścić powietrze. Nie powiem, wtedy się trochę rozkleiłam. Ciągle przed oczyma miałam przerażający widok tej biednej dziewczynki i w uszach brzmiał mi rozpaczliwy płacz jej matki i siostrzyczki. Wiesiek też mi się ciągle przypominał.

Długo jednak nie trwałam w takim stanie rozklejenia, bo wnet zadzwoniła do mnie córka, aby mi raz jeszcze podziękować za pomoc. Powiedziała też, że mnie podziwia, że zawsze potrafię zachować zimną krew w dramatycznych sytuacjach.

Sama nie wiem, skąd ta zdolność się u mnie wzięła. Pewnie to moja cecha wrodzona. W trudnych sytuacjach nigdy się nie rozklejam, nie panikuję. Staram się trzymać emocje na wodzy... i działać. Wtedy wręcz czuję, że dostaję przysłowiowego kopa do działania. Zwłaszcza w takich chwilach, w których chodzi o skrzywdzone dzieci.

Jeśli zaś chodzi o moje dzieci, zawsze im pomagam. Jestem opiekuńcza. Ale nie nadopiekuńcza. I już zawsze tak będzie. Już zawsze będę rozkładać nad nimi swoje matczyne ramiona. Do końca swoich dni. Wprawdzie zdaję sobie sprawę, że moje możliwości będą się starzeć wraz ze mną, ale jestem pewna, że tak długo, jak będę mogła, będę im pomocna... A potem...? A potem, to już tylko one mnie.



13 sierpnia 2010 roku



  Spis treści zbioru
Komentarze (0)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
brak komentarzy
© 2010-2016 by Creative Media
×