Przejdź do komentarzySzaro szary świat
Tekst 1 z 27 ze zbioru: Miejska etnografia
Autor
Gatunekpublicystyka i reportaż
Formaartykuł / esej
Data dodania2021-03-21
Poprawność językowa
Poziom literacki
Wyświetleń710

SZARO SZARY ŚWIAT.( KIELCE LAT ’80 , JAKIE PAMIĘTAM)

POSTACIE. Idąc tymi smutnymi szarymi ulicami Kielc w latach ’80 spotykało się intrygujące postacie. Takich ludzi z zupełnie innego świata. Takich napotykanych stochastycznie było wielu, ale takich, którzy notorycznie wystawali z tłumu było kilkoro. Charakterystycznych i upartych w swym odróżnieniu od reszty. Gigantów pamiętam czworo – taki miałem ogląd wtedy i to mi się wyryło w pamięci, a inne pory aktywności ( moje i tych potencjalnie wartych odnotowania) mogły sprawić, że kogoś nie zapamiętałem.

Jose, Crow, Władek i Bogumił Wtorkiewicz – kiedy wspominam tamte lata, to ich pamięć mi podsuwa. Każde inne, wszyscy odróżniający się od reszty wyraziście.

Bogumił Wtorkiewicz  to lokalny poeta, znany z tego, że był znany jako poeta. Zauważało się go, bo zawsze ubrany był w garnitury w wyrazistą kratę, miał dłuższe włosy, wąsy i brodę. On już wtedy wyczuł to, co teraz się dzieje . Celebrytyzm. Poetą był – pewnie tak, jak wielu wokoło – ale on znany był światowo. Potem zarzucono mu, że ta światowa sława brała się z tego, że publikował w zagranicznych antologiach – i to podkreślał – które za pieniądze autora, a nie w uznaniu walorów twórczości, emitują wiersze – a ten aspekt przemilczał. No dobra, żeby przesłać kasiorkę na drugi koniec świata w celu emisji wiersza swego, to trzeba mieć pieniądze prawdziwe, a nie peerelowskie złotówki, które jak te banknoty z „monopoly” wtedy były traktowane, i zgodę państwa ówczesnego na dokonanie tego transferu. On to robił – to mu się suponuje dziś, więc…

Pan poeta wyglądał jak zapodziany z epoki hippisów w późnym prylu, malowniczo. Osobiście spotkałem go w 88 roku, wiedząc kim jest w tym mieście ( czyli: to pan poeta). Takie eventy całe szczęście odchodzą już w zapomnienie, ale wtedy stężenie socjalnej makabry było w atmosferze spore: rejestracja przedpoborowych.  Ocena stanu fizycznego, skategoryzowanie przydatności, darcie mordy na tych zdezorientowanych nastolatków, felczerzy udający lekarzy, pielęgniarka oglądająca fiuty – cała ta długotrwająca procedura, a przy okazji grupa młodych Romów, którzy wchodzą i po chwili wychodzą bez przechodzenia tego wszystkiego. Lepsi mieszkańcy prylu. A jako bonus poeta Bogumił z wykładem: wojsko jest fajne, idźcie tam bez grymaszenia, super wspomnienia, męska przygoda. Ci, którzy tam byli mówili o zbydlęceniu, fali, syfie, głodzie, makabrze ogólnej – i ten przekaz dociera do nas z relacji bezpośrednich. Dysonans poznawczy. Bogumił propagandzista.

On tu jest, spotkałem go niedawno w autobusie, żyje i poznałem go dlatego, że nie zmienił stylu, a jedynie go postarzył.


Josego spotkałem kilka lat temu na osiedlu i to jest ten sam człowiek, co 3 dekady temu, choć już tak nie daje po oczach. Wtedy metal, crossower to były ożywcze fluidy muzyczne. Jose w czarnej motocyklowej skórze z białymi wstawkami, z falą rudych loków wystających spod czapki, wyglądał tak, że ja pierdolę! I na rękawie naszywka  Slayer z pentagramem. Jaki ładny, ale zarazem pewnie bardzo niegrzeczny – takie się nasuwało pierwsze wrażenie, gdy przechodził ulicą. Wiem, że tego chciał – wyglądać tak jak nasi rówieśnicy po tamtej stronie cywilizacyjnej granicy, i to się udało. Z takim wyglądem na tych szarych ulicach był ostatnią osobą, którą chciało się zapytać o drogę czy godzinę. A kiedy obok stał Benek z rogami wytatuowanymi na czole to większość ludzi udawała raczej, że tych panów nie ma, omijamy ich wzrokiem i żeby tylko oni nie popatrzyli na nas i nic od nas nie chcieli, że też milicja pozwala na to, by tacy chodzili po ulicach… Nie wiadomo w jakiej kolejności, ale dzisiejszy elektorat rządzącej partii spodziewał się po takich jak oni kradzieży, gwałtu, zabicia i zjedzenia psa/kota. A Jose ( i tak jest do dziś) od tych ludzi oczekuje uczciwości. Mimo takiego czy innego wyglądu.

Pijam z nim piwo. Słuchamy często tego samego, a często czegoś zupełnie innego. On jest otwarty na muzykę, ja też jestem ciekaw, więc …


{ Tak wylosowałem – ABBA – czyli  A to aładna, bardzo ładna i bardzo ładna, i aładna. }


Crow to wtedy zjawisko. Na Sienkiewicza taka kobieta? Tapirowane włosy, platynowe z czarnymi końcówkami – jak jeżozwierz, do tego frak, leginsy. Frak srebrny. A innym razem taki zielono szmaragdowy. A w to wszystko opakowana ładna kobietka. Bo ona taka niewielka, ale ładna bestia. Dla niej przyjeżdżali tu w połowie lat ‘80 goście z trójmiejskiego DDT, bo jeden z nich się zakochał, ale nieskuteczne to było. Wybrała kogoś innego.

Żałuję, że nie byłem świadkiem tych dogadywań się wtedy, jak skład zespołu się tworzył, ale byłem na ich koncercie w „papierni” . Crow z mikrofonem, jak dla mnie wtedy napierdalanka – hardcore punk, a byli suportem DEKRETU. Muzyka fajna, ale nazwa taka mało twórcza: MASAKRA. Dziś zastanawiam się, czy każdy powiat miał wtedy u siebie taką swoją lokalną odmianę SIEKIERY.85 to był rok, tak to pamiętam.

I ona żyje do dziś, dość intensywnie jak słyszałem. Kiedy jeden ze wspólnych znajomych wspomniał jej o tym, że ja pamiętam ten koncert, ucieszyła się. Nie wypiera tego etapu swojego życia z pamięci i to mi się podoba. Takie działania, ta wyrazistość to w końcu jeden z etapów wykształcenia nas takich, jakimi dziś jesteśmy.


Władek to najbrzydsza z tych postaci. Lekko opóźniony intelektualnie , stylistyczny abnegat. Gumofilce, nawet przy upalnej pogodzie płaszcz ortalionowy, a potem garnitur przewiązany sznurkiem. Masywny facet z wyraźnym brzuszkiem. No i kocia choroba, czyli wstręt do wody i związany z tym intensywny zapach.

Jego opóźnienie intelektualne wykorzystywano. W jednej z piekarni Władek dostawał dwa bochenki chleba za rozładunek samochodu z worków mąki. Takie dwa 50 – kilowe brał pod pachy i nie był to dlań znaczny wysiłek.

Ja u niego tego defektu intelektualnego nie zauważałem, myślał inaczej, ale wcale sprytnie. Pamiętam go spacerującego po Sienkiewicza z torbą „jamnikiem” i mruczącego do przechodniów: wina, wina proste, wina. Ciężko było wtedy nabyć alkohol w sklepach i on podjął się handlu obnośnego.

A te jego dowcipy autobusowe? Dość niskich lotów, ale malownicze. Wsiada do autobusu z ręką na temblaku i mówi do jednej z pasażerek: sięgnij mi dziecko do kieszeni spodni po bilet.  Pani wkłada rękę do kieszeni, a tam nie ma biletu, nie ma kieszeni, Władek nie ma też majtek, ale ma za to potężny wzwód. Innym razem wsiada do zatłoczonego autobusu, wyraźnie jest mu za ciasno. Ludzie ( kocia choroba) odsuwają się od woniejącego, ale że tłok to niewiele miejsca mu robią. Widząc to Władek mówi: chyba sobie rzygnę …

Już w połowie lat ’90 spotkałem go na przystanku. Usiadł w rozkroku i zwrócił się do  kobiety w średnim wieku: idź mi dziecko zobacz, o której mam 25, bo mnie nogi od walenia na stojaka bolą. A trzeba się było położyć. Pani poszła do rozkładu, a takie instrumentalne wykorzystanie kobiety oburzyło faceta stojącego obok, który zwrócił Władkowi uwagę: spodnie się panu w kroku rozpruły… Władek odpowiedział:  a bo to takie damskie spodnie, z pojemnika ( czyli: ze śmietnika) wyjąłem, poszczałem się w nie kiedyś, nitka po szczynie puściła, takie delikatne te spodnie. Pan już nie dogadywał, bo Władek sprawiał wrażenie bardzo elokwentnego.

Władek był lubiany przez kieleckich cinkciarzy wystających przed kantorami. Maskotka. Zabrali go kiedyś do salonu odzieżowego i tam kupili mu garnitur i koszulę. Potem chodził w tym garniturze, oczywiście przewiązany sznurkiem. Latem ’93 odbywał się w Kielcach festiwal country i organizator postanowił  wykorzystać jego zdjęcie na plakacie – dead or alive i to zdjęcie. Władek był przerażony, myślał, że to list gończy za nim. Jeden z kieleckich adwokatów, Mirosław Czech, startujący w zbliżających się wyborach parlamentarnych myśląc, że w ten sposób wyrobi sobie gębę wrażliwca społecznego ogłosił, że za darmo będzie reprezentował interesy Władka w sądzie. Do sejmu się nie dostał, a czy z Władkiem zrobił dil nie wiem, bo sprawa ucichła.

Władek mieszkał u siostry. W połowie lat ’90  zmarła i Władek przestał się lansować na kieleckich ulicach, bo jeśli żyl jeszcze to pewnie wylądował w zamkniętym DPS -ie.


NAPIS. W 1986 roku na kamienicy, w której w 1946 roku miał miejsce pogrom Żydów, pojawił się napis: „Pogrom pamiętamy”.  Wydarzenie z 1946 było wypierane przez władze prylu i przypomnienie o tym nie było przez nie mile widziane. To nie był czas graficiarzy i napisy na ścianach pojawiały się incydentalnie. A jeśli już, to zarządca kamienicy, administracja bloku była przez milicję dopingowana do ich natychmiastowego usunięcia. Ze względu na technologię wykonywania napisów – nie ma sprajów, więc pojemnik z farbą i pędzel – pracochłonna, napisiarze dodali jeden element do tej układanki. Do najlepiej widocznej czarnej farby wystarczy dodać sadzy, by po zamalowaniu napisu i wyschnięciu pokrywającej go warstwy farby, napis znów był widoczny, bo prześwitywał spod.

Ten napis był legendarny. Związana z nim legenda głosiła, że jego wykonawcy zostali szybko schwytani, solidnie przez milicję obici, a potem dotkliwie ukarani. W prylu organa wykonawcze i sądownicze stosowały takie technologie, w dupie mając prawo.

Zapytałem o ten napis któregoś dnia Maćka Wijasa, jednego z wykonawców. Maciek zmarł w październiku 2019. Opowiedziałem mu tą legendę. Rozbawiłem go.

To było po 16.00. O tej porze pracujący wrócili już do domów. Przechodniów było niewielu w centrum miasta, bo kto szedł do knajpy, to nie tędy, a w sklepach – nieprawda, że tylko ocet, bo i bryndza, serki topione ( czasem tak długo leżące w ladach chłodniczych, że pękały), a także parę innych, niechodliwych produktów, buty i ubrania zrobione tak, że nikt nie chciał ich kupić – nic ciekawego. Na ulicy pusto i 3 typów – jeden z jednej, drugi z drugiej, a trzeci z pędzlem wykonujący napis. Kilka minut i po sprawie.

Nie chodziło o miłośników Żydów, ale o to, że Polacy stąd zostali wykorzystani do zrobienia czegoś tak okropnego. I taką nam władza prylu gębę dorobiła. Kiedy w rocznice tego wydarzenia, na początku lat ’90 organizowałem marsze protestacyjne przeciw takim ostracyzmom narodowościowym tak to widziałem: można kogoś nie lubić – to nam wolno – ale nie można nielubianym robić takich rzeczy. I pozwalać, by władza organizowała takie zdarzenia jak pogromy.


KNAJPY.  Nie bywałem na dancingach, nie chodziłem na stiptizy. Ale piwo było czasem tylko w knajpach, a dla zadania szyku zaglądaliśmy do lokali, by pokazać, że i punki chcą z nich korzystać.

„Gdzie knajpy świecące jak morskie latarnie/ gdzie spełnia się każde z najskrytszych marzeń/ gdzie płyną w powietrzu dźwięki ckliwej muzyki/ gdzie nie ma didżejów ani elektroniki.” Tyle Analogs. Ale tak, różnica w wystroju i zasadach funkcjonowania w stosunku do dzisiejszych jest kolosalna. Dziś już nikt nie wymaga od ciebie kupna zakąski, gdy chcesz wypić piwo. „Szaszłyki” na Małej/ Kilińskiego sprzedawały po dwa piwa, ale do tego – obowiązkowo -  kanapka, szaszłyk i nie wiem, co jeszcze mieli w menu. Potem, w barach, w 87, 88 już dali sobie z tym spokój. Raz, kupując piwo, dostaliśmy kostki sera żółtego do przegryzania -  gdzieś pod Warszawą.

Byliśmy dzieleni na kategorie – my, konsumenci. Do tych punktów gastronomicznych dla plebsu, czyli dla wszystkich, trafiały piwa z browarów w Jędrzejowie, Warce, albo… W milicyjnych „konsumach” na Kopernika sprzedawano „Okocim”. Cieć na bramce krzyczał na nas – macie panowie legitymacje pracowników resortu?! Więc wchodziliśmy, pomijając go, przez kuchnię. Barmanka, widząc w ręku klienta kopernika, wystawiała butelki z kratki na ladę.

Raz byłem w „Jodłowej”. Chcieliśmy się z Dziadzią Walkiewiczem napić wódki, ale kelner obsługiwał nas tak opieszale, że ta knajpiana się skończyła, więc kupiliśmy taką od przesiadującego tam pana zajmującego się handlem obnośnym, z torby spod stolika.

W „Świntuchu” jak potocznie nazywano  „Świętokrzyską” byłem ze 3 razy – to tam do wina podano mi kiedyś śledzia z dżemem, czyli powidłami.

Jednak nasz, mój i znajomych, habitat to bary. To w „Zajeździe” na Ściegiennego nabyliśmy kiedyś  najbardziej zadziwiające i tajemnicze piwo. Butelkowane w granaty, na które przyklejana była kartka papieru opieczątkowana – piwo jasne pełne, zawartość ekstraktu, zawartość alkoholu, termin przydatności do spożycia ( te nacinane na dole etykietki pod datami) i już, koniec informacji. Który browar to uwarzył? Tam można było nabyć kratę piwa, wyjść z baru, usiąść na trawie pod drzewem i piknikować i nikomu to nie przeszkadzało, nikogo to w oczy nie gryzło.

A potem – rok to chyba był 87 – otworzono w dawnym warsztacie samochodowym na Barwinku pijalnię piwa „Panorama”. Jak zawsze wtedy piwa było dość, ale brakowało kufli, więc klient stał w kolejce, bo barman by lał, ale nie było w co. Wtedy jeszcze w obiegu były litrowe szklane butelki na mleko i część klientów proponowała je jako opakowania zastępcze. Niektórzy mieli ze sobą też słoiki o poj. 900 ml. Analogiczna sytuacja, ale już gdzieś w Polsce – widziałem gości, którzy przyszli po piwo z dwukomorowym zlewem. Ściśnij człowieka, ogranicz go, a on i tak wycieknie ci z tej zaciśniętej pięści miedzy palcami. Oj, turlaliśmy się pod tą „Panoramą” wielokrotnie. Z którego browaru piwo tam lali? Może IPN to wie…

W „Osiedlowej” na Szydłówku nigdy nie byłem, ale kolega ją wspominał. Zapracowani rodzice wykupili mu tam obiady, bo to na trasie szkoła dom. Kiedy Waldi pojawił się tam z kuponem w dłoni, zatroskana kelnerka zapytała: a czego, chłopczyku, ty tu szukasz? Lepiej stąd idź… Znajomi metalowcy ciepło wspominają ten lokal, bo piwo tam było, a poza tym mogli tam zbić pijanych rówieśników  swych ojców, zbulwersowanych ich wyglądem.


ORGANIZACJE. Jestem w IV klasie podstawówki. Od tego roku mamy lekcje rosyjskiego. W czasie jednej z lekcji nauczycielka, pani Szarek, oznajmia nam, że istnieje taka organizacja – Towarzystwo Przyjaźni Polsko Radzieckiej – a my jesteśmy w takim wieku, że ona gotowa jest nas przyjąć. Uczestnictwo w niej jest obowiązkowe. Na trzydzieści kilka osób zapisuje się 4. Zastraszenie o obowiązkowości nie działa. Jest koniec lat ’70.

Czas zatarł mi w pamięci ten szczegół, ale musiało to być krótko potem: jedziemy na jakąś wycieczkę, ale żeby na nią wyruszyć, trzeba być członkiem Ligi Ochrony Przyrody. To dość neutralna ideowo organizacja, wycieczka jest dość atrakcyjna, składka organizacyjna niska, więc pojawia się wielu chętnych. Ja też zostaję przy okazji członkiem.

Tak, ten czy tamta zapisują się do harcerstwa, ale to wciąż tylko z całej klasy tylko tylu, że na palcach jednej ręki da się ich zliczyć. Tak, był całkiem fajny nauczyciel prowadzący u nas harcerstwo, ideowo do tego podchodzący. Z relacji znajomych wiem, że w wielu innych podstawówkach harcówka służyły temu, by organizować w nich balangi i w drugiej połowie lat ’80 osuwało się to ku granicom patologii.

W szkole średniej, a to już połowa lat ’80, wszyscy stoją z boku i nikt nie chce się angażować. Nawet jeśli znajduje się jakiś koniunkturalista i zapisuje się do ZSMP, to się tym nie chwali. Nie wiemy o takich. Jest chyba paru takich zarażonych wcześniej harcerstwem, ale też jakoś nie pamiętam ich w szkole w mundurkach. Nikt już nie ufa organizacjom, nikt nie chce topić w nich swojego czasu i energii. Są tylko organizacje balang.

W 1986 pojawiają się nielegalne wydawnictwa – gazety i kasety. Gazetka TZN Xenny jest ładna, ale uboga w treść, za to „Szajba” Ziggiego otwiera nam dojścia do RSA. Lektura „ A capelli” i często pojawiającego się przy okazji „Homka” otwierają zupełnie nową perspektywę patrzenia na rzeczywistość. W rozmowach pojawia się myśl, by się zorganizować, oddolnie, i zacząć działalność. Tym bardziej, że ekipy te oferują zupełnie nowy format aktywności – tu nie ma członków ( a słowo to nabiera wyraźnie pejoratywnego znaczenia), są za to uczestnicy. Tak działa Wolność i Pokój, tak działa potem Międzymiastówka Anarchistyczna. Na początku jest nas kilku, potem kilkanaście, kilkadziesiąt osób. Im bardziej jesteśmy znani i widoczni, tym więcej takich, którym otaczająca nas rzeczywistość nie pasuje, lgnie do nas. To jak efekt śniegowej kuli. A skoro jest nas sporo to stajemy się rozpoznawalni i spotykamy innych, którzy też grupują się w  opozycji do tego, co teraz i tu. W wyniku asocjacji towarzyskich dowiadujemy się o sobie, nawiązujemy znajomości, a wreszcie koalicje – mimo sporych różnic, bo wróg ten sam dla wszystkich.

Są liberałowie z NZS, prawi patrioci z Federacji Młodzieży Walczącej ( w dużej części to ci sami ludzie, tyle, że mnożący szyldy). Jest też ekipa Niezależne Zrzeszenie Młodzieży – oni jako jedyni noszą wykonane seryjnie znaczki ze swym logo -  próbująca prowokować resztę do nie końca sensownych i przemyślanych działa[H1] ń. Może sterowani przez SB, może nie. Kilka lat potem wielu z nich zostaje skinami[H2] – kojarzę te twarze. WiP pączkuje i wyłaniają się z niego różne inicjatywy. Jedną z nich jest Partia Republikańska, wolnościowa ekipa, wbrew nazwie. Poznaję jej przedstawiciela, Artura Rogalę z Chmielnika ( w latach ’90 rzecznika prasowego Ligi Republikańskiej Mariusza Kamińskiego).

Demonstracje, rozdawanie ulotek, akcje graficiarskie – czasem razem z innymi, czasem tylko my jako WiP/ MA. Jest w Kielcach też dość spora ekipa, również używająca zamiennie szyldów – raz jako KPN, a raz jako Konfederacja Solidarności Walczącej[H3] . Oni są na o wiele wyższym poziomie rozwoju, tam jest podział obowiązków, specjalizacje – są drukarze, kolporterzy, ale mają też ekipę do działań bezpośrednich, a nawet wywiad/kontrwywiad. Robią zdjęcia esbekom, co tych szokuje – wydawało im się, że tylko oni mogą. Patrzą czujnie wokoło i potrafią zrobić wjazd do lokalu i rozwalić drukarnię, której przynależności nie da się ustalić.

Artur „Seksiu” prosi mnie o kontakt z nimi, a ja prowadzę go do Wojtka Kurzątkowskiego. „Seksiu” to liberał na pierwszy kontakt: demonstracje i pikiety, ulotki… Wojtek mówi: nie, to za delikatne, my zbieramy broń, by przyjebać czerwonemu na poważnie. Wtedy myślę, że chciał zadać szoku. Artur ( ten pokojowy) miał metr siedemdziesiąt. Wojtek miał metr dziewięćdziesiąt pięć, więc patrzy na „Seksia” z góry.  Kilka lat temu jednak czytam w „Twierdzy” I. Janke, że prototyp MP5 został wykonany w jednej z kieleckich fabryk dla SoWy.

To słodki czas: w czasie demonstracji, tych wspólnych – jak 3 maja – nad tłumem powiewają flagi biało – czerwone, a obok nich nasze czarne, i idziemy razem.

Potem nadchodzą lata ’90 i organizacje albo znikają, albo stają się trampoliną do kariery. Szaro szary świat się kończy, robi się kolorowo.

[H1]

[H2]

[H3]


  Spis treści zbioru
Komentarze (2)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
avatar
Bardzo dyskusyjna teza.

Szaroszary świat

(patrz bohater wspomnień, Kielce)

wbrew natrętnie powtarzanej znanej wszystkim frazie

NIE JEST wynalazkiem przez dziesięciolecia podnoszącego się z gruzowisk PRL-u,
lat 50-tych,
60-tych,
70-tych,
80-tych
czy innych jeszcze 90-tych.

Szaroszary świat istnieje u nas od zawsze na zawsze poza wszelką Czasoprzestrzenią.

Żeby się o tym naocznie przekonać, wstarczy zejść z utartych miejskich dreptaków JEDNĄ przecznicę dalej -

i mamy to!

Skala szaroszarego świata może powalać na łopatki D Z I S I A J,

kiedy to

od blisko już 20 lat

jesteśmy dotowani potężnym unijnym wsparciem,

a mimo to Odrą czy innym Nerem nadal (jak za PRL-u ?!) płynie wciąż ta sama szaroszara siermiężna niewytłumaczalna rzeczywistość
avatar
Malowniczy, barwni, nieszablonowi ludzie byli, są - i będą -niezależnie od odwiecznej wszechwładnej /także w unijnej Polsce/ kolorystyki szaroszarych zaułków, placów, ulic.

W Meksyku czy na Filipinach /gdzie bida na oko jakby taka sama i bez dofinansowań/ jest bajecznie kolorowo, każda nawet najnędzniejsza chałupka aż krzyczy tęczą żarówiastych barw,

co w niczym NIE ZMIENIA faktu, że czas, Polacy, Filipińczycy i inni Meksykanie wciąż stoją

w tym samym

miejscu.

Stary jak ludzkość postulat tęczowości i kolorowości życia, niestety, musi pozostać wyłącznie postulatem
© 2010-2016 by Creative Media
×