Przejdź do komentarzyHongkong w Żukowie /3
Tekst 45 z 46 ze zbioru: Zapiski z pogranicza
Autor
Gatunekbiografia / pamiętnik
Formaproza
Data dodania2021-03-28
Poprawność językowa
Poziom literacki
Wyświetleń103

Wyobraźmy sobie trzypiętrowy blok z balkonami typu promenada na każdym piętrze: żeby wzajemnie się odwiedzać w pokojach, nie musisz wychodzić na korytarz, gdzie zawsze przez 24h na dobę czuwał jakiś twój Anioł Stróż-wychowawca dyżurny. Wychodziłeś po prostu sobie na ten balkon i, tak idąc nim, docierałeś w ten sposób nawet do męskiej, oddzielonej części budynku. Liceum żukowskie było koedukacyjne; kiedy wygaszano profil nauczycielski, stara buda i jej internat nadal tętniły bujnym życiem; każdego roku równolegle wciąż rekrutowano kolejny nowy nabór chłopców i dziewcząt do nowo otwartych szkół ponadpodstawowych: do budowlanki, do technikum dentystycznego i do ZSZ *)


Już w czasie pierwszych dni epidemii 1968 r. teoretycznie (na oko) zdrowych uczniów wypuszczono *profilaktycznie* do domu - cała pozakażana reszta jednak pozostała. Nie było wówczas żadnych testów, nie było maseczek - były za to sprawdzone przez stulecia wojny z zarazkami metody takie jak mierzenie temperatury czy właśnie izolacja... i rozproszenie.


Dzisiaj myślę, że dla rozwoju żukowskiej grypy z Hongkongu to te nasze balkony miały wprost kluczową rolę. W kwarantannie co prawda kategorycznie zabroniono nam wszelkich kontaktów: wszędzie mimo jesieni /na Kaszubach zawsze zimnej/ lufciki we wszystkich oknach były obowiązkowo non-stop uchylone, pokoje cały czas na okrągło wietrzono, herbatę i kawę zbożową roznosili dyżurni, po czym natychmiast się wycofywali. Mimo tych restrykcji zaraza jednak pochłaniała kolejne swe ofiary pewnie dlatego, że na balkonach wrzało życie towarzyskie nawet nocami.


A ja byłam ostatnią z zakażonych. Nie wiem, dlaczego trzymałam się taka bezobjawowa aż do samego końca epidemii. I to ja - już na odchodnem i na *do widzenia* - byłam tą jedyną dyżurną, która obsługiwała z tymi dzbankami herbaty i kawy moje piętro. Dziewczyny całymi dniami leżały bez życia w swoich pokojach, co jakiś czas pojawiały się jakieś medyczne grupy sanitarne, i robiono obchód, ale nie przypominam sobie, żeby czymkolwiek kogokolwiek wtedy leczyli - no, chyba że to do tej herbaty czy kawy coś nam jednak dosypywano...



......................................................


*) ZSZ - Zasadnicza Szkoła Zawodowa - 3-letnia po 8-letniej podstawówce szkoła zawodu dla fryzjerów, kucharzy, tokarzy, ślusarzy, rachmistrzów, rolników, murarzy, rybaków itd., itd.

  Spis treści zbioru
Komentarze (3)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
avatar
Musiałaś mieć większą odporność. Ale ofiar śmiertelnych chyba nie było, co?
Internat przy naszej szkole natomiast nie był koedukacyjny. Mieszkały w nim same dziewczyny. Chłopcy musieli wędrować do odległego internatu przy Technikum Mechanicznym.
avatar
Bardzo ciekawe wspomnienia, a warunków zamieszkania w internacie mogę tylko pozazdrościć. Wasz internat to superluksusy hotelik, przy których mój jawi się wyjątkowo siermiężnie. Dziewczyny miały internat na poddaszu sąsiadującej tzw. szkoły ćwiczeń, zamykanej przed kolegami na cztery spusty. Zresztą mieszkali tam też nauczyciele. Warunki socjalne miały jednak dość przyzwoite, bowiem obok sali gimnastycznej była łaźnia, a pokoje czteroosobowe. Natomiast internat męski mieścił się częściowo w budynku szkoły, częściowo przez ścianę od szkoły. W obydwóch budynkach były po dwie sale kilkunastoosobowe i w każdym mieszkał nauczyciel, w moim przypadku wychowawca klasy. Udręką były nie tylko tzw. odrabianki, czyli nauka własna w sali lekcyjnej pod nadzorem nauczyciela dyżurnego od 16.00 do 21.00 z przerwą na kolację. Przy stoliku siedział przewodniczący rady klasowej ze specjalnym dzienniczkiem obecności, a na tablicy zapisane było rozliczenie obecności uczniów. Natomiast w soboty i niedziele nauki własnej po kolacji nie było i zazwyczaj w tych dniach odbywały się wieczorki taneczne.Tak zwane wyjazdówki miały podobny charakter, ale w moim liceum musieliśmy też przywozić bieliznę pościelową na wymianę, zaś na wakacje z internatu wywoziliśmy do domów kołdry i poduszki, gdyż szkoła ich nie zapewniała i nie przechowywała. To był niezwykle uciążliwy problem, bowiem trzeba było zabierać cały swój dobytek, w tym skrzypce lub akordeon, bo na takich instrumentach uczono nas grać.
Po likwidacji mojego LP powstało przejściowo liceum dla wychowawczyń przedszkoli, a następnie zespół szkół.
Czy moje liceum nawiedziła epidemia? Nie wiem, nic o tym nie słyszałem, bowiem jesienią 1968 roku byłem poza Pułtuskiem już ponad trzy lata. Pracowałem wówczas w Sieradzu, ale tam epidemia chyba nie dota
avatar
Ominęło mnie mieszkanie w internacie.
Za to dużo później przez wiele lat miałem pod sobą internat... ;) Będzie co opisywać w swoim czasie ;)
© 2010-2016 by Creative Media
×