Przejdź do komentarzyFragmenty jesieni w cieniu Ben Ladena
Tekst 1 z 29 ze zbioru: Podpatrzone w Starej Hucie
Autor
Gatunekpublicystyka i reportaż
Formaproza
Data dodania2011-01-09
Poprawność językowa
Poziom literacki
Wyświetleń3141

Alfons Soczyński Alf FRAGMENTY  JESIENI W CIENIU BEN LADENA


Popisy sikorki


W ostatnią wrześniową sobotę, od rana miałem kilka razy szczęście zauważyć coś nowego w naszym otoczeniu. Tuż po moim wyjściu na dwór z domku, po wielogodzinnej nocnej wędrówce po pełnych bajkowych obrazów i wydarzeń  zaświatach, zdominowanych przez legendarną krainę Soczyń,  przeniosłem się jakby „ z marszu” w nową bajkę. Najpierw w kierunku stawu pofrunęła z głośnym furkotem, wypłoszona przeze mnie z kryjówki w snopku trzcin tuż za płotem, kuropatwa. Po chwili w drodze nad staw, gdzie przy sprzyjającej pogodzie zazwyczaj zaczynam dzień od obserwacji wschodzącego słońca, zmieniających się układów chmur na niebie, znaków przelatujących ptaków, sygnałów różnych  zjawisk dochodzących z dalekiego horyzontu, śladów na polu i łące, a kończę pobyt nad stawem chwilą medytacji, wypłoszyłem sarnę, która zrobiła sobie legowisko wśród sitowia i krzewów, w odległości zaledwie dwudziestu metrów od płotu. Do tej pory, a minęło już dziesięć lat od początków naszej tutejszej epopei, - przepraszam za wzniosły ton tej części zdania - sarny ani kuropatwy tak blisko do nas nie podchodziły, a zwłaszcza nie zakładały tuż w pobliżu naszego siedliska swoich legowisk. Gdy po zakończeniu rytuałów nad stawem wróciłem na podwórze, na moich oczach zaczęła dawać popisy sikorka.

Wielokrotnie siadała na lusterku samochodu i z wielką determinacją dziobała swoją, ukazującą się w zwierciadle podobiznę. Popisy te przerywała dziobaniem skórki ze słoniną, którą zawiesiliśmy jej pod daszkiem altanki. Następnie, nad wyraz śmiało, wleciała kilka razy poprzez otwarte drzwi do kuchennego baraczku i wydziobywała z patelni tłuszcz oraz resztki skwarek, po czym znów wracała do akrobacji przy bocznym lusterku samochodu. Od tej pory mieliśmy tej jesieni dla siebie i naszych gości nową atrakcję – cyrk sikorek.

Z Ben Ladenem w las


W południe zaś nadjechał Ben Laden. / Tak miejscowi przezwali mojego kolegę- oryginała i artystę-malarza z Wrocławia/. W kapeluszu, dżinsowym uniformie i w długich skórzanych butach, z przewieszoną u pasa podwójną pochwą, zawierającą dwie sztuki broni białej w postaci małego sztyletu i nietypowej szabli, a raczej maczety,  zajechał pod bramę naszego leśnego ustronia, powożąc piękną bryczką w dwa konie maści kasztanowej, zbliżone urodą do czystej rasy arabskiej. Pojazd lśnił od mosiężnych okuć, którymi ozdobiona była również uprząż. Drapieżnie uwodzicielski z powodu lekko złowrogiego błysku zębów, triumfalny uśmiech zajaśniał na jego orientalnie śniadej twarzy i harmonizował z błyskami metalowych rekwizytów.  Na tylnym siedzeniu siedzieli gospodarze i właściciele pojazdu oraz zaprzęgu - Ala i Henryk Mensfeldowie, zaproszeni wraz z nim na ognisko.

Przed czekającymi nas licznymi obrzędami przy ogniu, na życzenie naszych gości, dołączyliśmy z Wiesią do nich na pokład pojazdu i wszyscy razem ruszyliśmy w las na dwuipółgodzinną przejażdżkę. Po drodze zdradzaliśmy gościom sekrety geografii najbliższych okolic, owianej naszymi osobistymi przygodami i legendami i wystrzeliliśmy na wiwat jedną butelkę szampana. Zatoczyliśmy razem cały nasz magiczny krąg, w którym przebywanie łączy nas z duchem tego miejsca i może unosić nieraz aż w pobliże tajemnic Kosmosu. Krąg przebiega koło Górki Bolka, Dzikich Rowów, Stawu Zajęczego na którym jest Zajęcza Wyspa, Żmijowej Drogi, Górki Zaskrońców, Sarniego Rowu, Psich i Króliczych Nor, Wariackich Ruin, wokół Wielkiego Lasu Podgrzybków, Alei Dębowej i Dębu Jana, Prawdziwkowej Alei, Drogi Czerwonych Kozaków oraz coraz bardziej niszczejących wśród wiekowej dębowiny, pozostałości cmentarza z XIX wieku, w pobliżu Wielgich Milickich, gdzie aktualnie można zidentyfikować już tylko jeden nagrobek. Jedyny czytelny napis na płycie nagrobnej, informuje nas – Hier ruht in Gott Liebe Mutter Johanna Neldner geb. Kluge  * 9.10.1848 + 6.09.1915. Przez chwilę przystanęliśmy i przeżegnawszy się, każdy z nas zmówił nad grobem modlitwę za duszę zidentyfikowanej nieznajomej i dusze Jej bezimiennych dla nas, leżących tu pod kamiennymi strzępami zniszczonych nagrobków Jej sąsiadów, po których pamięci nie pozostał nawet ślad w postaci identyfikującego napisu.

Przypomniał mi się mój dziadek Ado, leżący na Wołyniu, w zboczu porośniętej lasem, niegdyś swojej góry, nadanej mu przez cara Rosji. Jego bezimienny grób, także pokrywa już wieloletni las i cisza, niosąca zapomnienie nie tylko Jego obecności w tym miejscu, ale nawet o istnieniu w tym miejscu kiedyś polskiej wsi, o nazwie Kamienna Góra, gdzie żyło kilka rodzin noszących Jego i moje nazwisko.  Na Jego pamiątkę, górkę we Wrocławiu u zbiegu ulic Nowowiejskiej i Wyszyńskiego, w okolicach kościoła imienia Michała Archanioła, nazywam w swoich myślach górką dziadka Ado i często tam spacerując, przywołuję Go w to miejsce, a czasami próbuję z Nim rozmawiać, ponad wciąż rosnącymi górami czasu.

Pod koniec tej przejażdżki, doznałem nagle olśnienia i poczułem, że nasz dotąd bezimienny staw, będzie nosił nazwę związaną z moim najnowszym, trzynastym imieniem, stanowiącym wyraz mojego kolejnego duchowego wcielenia i będzie się nazywał Oko Alfeusza. Przypomniało mi się także, że brat mojego dziadka, owiany wieloma legendami stryjaszek Marian, hodował w okolicach Kamiennej Góry konie Achałtekińskie – najstarszą i jedną z najbardziej eleganckich ras koni wierzchowych, pochodzącą z Mongolii i Kaukazu, wyhodowaną na pustynnych obszarach Turkmenistanu, o lśniącej metalicznie maści gniadej i bułanej, w różowo-złotych, urzekających odcieniach.

Po drodze w lesie znaleźliśmy niewielkie ilości podgrzybków, koźlarzy i maślaków, nieco borówek i resztki czernic oraz kilka interesujących okazów korzeni drzew, które wzbogaciły naszą powiększającą się z roku na rok, kolekcję leśnych osobliwości. Stwierdziliśmy także, że rodzina bezpańskich psów, typowych wiejskich czy może nawet miejskich kundli, które zamieszkały w lesie w skarpie pełnej króliczych nor, zaobserwowana przez nas po raz pierwszy pod koniec wiosny tego roku, powiększyła się. Wtedy widzieliśmy tylko dwa psy, teraz było ich już cztery. Obserwowały nas czujnie, wystawiwszy z nor łby, a gdy próbowaliśmy zbliżyć się do nich, zaczynały groźnie warczeć, wreszcie szczekaniem odganiały nas na bezpieczny dystans. Zastanawialiśmy się, czy są to psy, które same wybrały wolność i uciekły od swoich, może złych gospodarzy, czy też są to zwierzęta wywiezione i porzucone w lesie przez właścicieli, a może nawet jest tam też już ich potomstwo. Wydawało mi się, że rozpoznawałem wśród nich nawet „Łatkę”- nieco zdziczałą suczkę, która kilka lat temu na jakiś czas przyplątała się w pobliże nas, jednak po jednym sezonie wiosenno-letnim i wydaniu potomstwa, gdy jesienią przestaliśmy przyjeżdżać do Starej Huty, w końcu gdzieś uciekła i już więcej nie pojawiła się w pobliżu naszego domku.

Postawcie mi wódkę i zakopcie


Przy ognisku, które stanowiło okazję do ciągnących się do późna w noc opowieści, mających także za zadanie wzajemne, bliższe poznanie się, Henryk opowiedział nam historię pewnego miejscowego oryginała z czasów tuż po drugiej wojnie światowej. Człowiek ten nie miał po co wracać do swojej ojczyzny za Bugiem, gdy zajęli ją bolszewicy. Został więc tutaj, owiany sławą bohatera i nie rozstawał się ze zdobytymi w boju z hitlerowcami medalami, lecz nosił je na piersiach przy każdej okazji, co stawało się, zwłaszcza przy wódce od której nie stronił, powodem wielu zaczepek i konfliktów. Swoje liczne wojenne przygody zaczynał opowiadać niejednokrotnie dopiero wtedy, gdy ktoś postawił mu butelkę.  Po jakimś czasie nasz pomysłowy bohater wymyślił sporo sposobów, prowadzących do wypicia na koszt innych, a także do wzbudzania wokół siebie klimatu sensacji oraz wyróżnienia się spośród tłumu. Dość szybko jego wojenna legenda zaczęła obrastać nową legendą, zataczającą coraz szersze kręgi. Zakochało się w nim sporo miejscowych dziewcząt. Każdą jakby prowokowała chęć ujarzmienia młodzieńca, nieposkromionego dotąd, niczym dziki koń. Przez jakiś czas zdawało się, że trafił na swoją dziewczynę, gdyż jak mówiono, zaczął prowadzać się tylko z Hanką i trwało to dość długo. Po jakimś czasie jednak, gdy nawet rozeszła się wiadomość o ich rychłym ślubie, zaczęło się coś psuć w ich związku i jakkolwiek nadal najczęściej widywano go z nią, to jednak czasami także w dwuznacznych okolicznościach z innymi dziewczynami, co stawało się powodem licznych scen zazdrości, wywoływanych przez Hankę.

Jego popisowym niemal numerem, wnoszącym do zabaw przy alkoholu pewien klimat grozy i niesamowitości, bliski atmosferze opowieści Edgara Alana Poe, był nieomal ceremoniał, podczas którego nasz bohater pozwalał się jakby pogrzebać. Sceny te gromadziły największą liczbę gapiów, zwłaszcza przed zabawami. Nasz bohater, ubrany w wojskowy mundur z medalami na piersi, wypijał sam litr wódki i wpadał jakby w głęboki sen. W tym czasie jego podchmieleni koledzy wykopywali na polu lub w ogrodzie, gdzie miała miejsce libacja, podłużny dół o rozmiarach dwa na pół metra i głębokości metra lub niewiele ponad metr. Następnie układali go w drewnianej skrzynce wielkości trumny, zabijali gwoździami wieko i spuszczali skrzynię na dno dołu, po czym przysypywali ziemią i wracali do alkoholowej uczty. Kiedy po kilkudziesięciu minutach zakopany zaczynał stukać w wieko skrzyni, był to znak, że się obudził i należy delikwenta odkopać i dać mu się znowu napić. Wielu przypuszcza, że w scenariusz ostatniego seansu, który miał miejsce w dniu corocznego odpustu w kościele parafialnym w czerwcową niedzielę, najbliższą dniu Świętego Jana, został wpleciony jakiś spisek lub zemsta Hanki, od której ostatecznie nasz bohater wtedy podobno odszedł. Podobno spiła ona wszystkich uczestników imprezy, sama poszła do domu, zaś oni nie usłyszeli dobijania się zakopanego. Gdy go wreszcie odkopali, nie żył. Po prostu się udusił. Wielomiesięczne dochodzenie nie doprowadziło do ustalenia winnych.

Pałacyk Mensfeldów


Tego lata i jesieni Ben Laden pracował przy artystycznej aranżacji ogrodu otaczającego niemal już gotowy pałacyk rodziny Mensfeldów. Wraz z pomocnikami, pracował przy obudowywaniu kamieniami koryta przyszłej strugi czy strumyka, wodotrysku, mostku, wodospadu i oczka wodnego oraz sadzeniu krzewów, które będą stanowić wodno-przyrodnicze tło i otoczenie siedziby. Niemal klasycznie piękna, wkomponowana w tutejszą przyrodę, nowa siedziba rodziny Mensfeldów, wznoszona w odległości kilometra od Starej Huty po prawej stronie drogi do Janisławic, którą opisywałem w odcinku „Droga z Sośni”, powstaje prawie naprzeciwko starej siedziby rodziny, leżącej po lewej stronie drogi, którą po kilku latach prowadzenia i rozwijania firmy transportowej i produkcyjnej, otoczyły i zdominowały  hale produkcyjne oraz wielkie auta, wożące przede wszystkim drewno. Przez to miejsce i dom, gdzie od wieku a nawet dłużej żyje rodzina Mensfeldów, stały się niemal niewidoczne. Nowa budowla i jej otoczenie, jest jakby wyrazem podjętej próby oddechu od kieratu przyziemnych zajęć i artystycznej odskoczni na jakże piękną chwilę, a może na dłużej, od produkcyjnych i handlowych, często trudnych, a nawet brutalnych realiów, zdominowanych  przez prozaiczne problemy i zajęcia, stanowiące materialne podstawy bytu rodziny. Stanowi widomy wyraz chęci oderwania się rodziny w inny niż codzienność, piękniejszy świat, wyraz ambicji oraz podkreślenia wyższych ponad przeciętne, nie tylko materialnych aspiracji. Pan Henryk i Ben Laden, planują uczynić to miejsce azylem dla spotkań artystów malarzy, poetów i pisarzy.

Pani Fryda


Pani Fryda Mensfeld, nieco, a może nawet mocno speszona tym, że syn Henryk ją trochę strofuje i pogania, a mający nie najlepszą pamięć „pan pisarz” chce na gorąco  notować jej słowa, podczas spotkania następnego dnia w jej starym domu przy kawie, wydobywa z trudem z pamięci niektóre epizody ze swego bogatego życia, którego bogactwo i powikłania, zawdzięcza materii i duchowi tego miejsca, rozrywanego wręcz przez wiele lat przez dwa języki,  dwie kultury, dwa państwa, dwa światy, odmienne nie tyle  duchowo ile raczej instrumentalnie i interesownie szarpane przez wieki historii, a poprzez procesy integracji i dezintegracji, w końcu tak kiedyś porozrywane, jakby leżały nie w jednej chrześcijańskiej Europie, ale na dwóch różnych kontynentach. Tereny te przez stulecia były miejscem rywalizacji i mieszania się, zwłaszcza dwóch narodów i kultur .

Tuż za starą siedzibą Mensfeldów, w odległości pięciu metrów od ogrodzenia, stały do końca drugiej wojny światowej, słupy graniczne pomiędzy Polską a Niemcami, wbite po odzyskaniu przez Polskę niepodległości po pierwszej wojnie światowej. Rodzina i jej dom, znalazły się nagle po pierwszej wojnie na terenie Polski, gdyż tak wytyczona została granica, a krewni i przyjaciele znaleźli się po obydwu stronach granicy, większość z nich jednak po stronie Niemiec. Wielu mieszkańców tych okolic żyło niemal tak, jakby granica państwowa była tylko linią umowną, a w ich życiu w istocie niewiele się zmieniło. W spokojnych czasach, kto czuł się bliższy korzeni niemieckich, wiele spraw załatwiał po stronie niemieckiej, a zwłaszcza bez przeszkód odwiedzał swoich krewnych. Podobnie było z rodzinami polskimi, rozdzielonymi granicą. Po stronie polskiej, w Sośniach, był kościół ewangelicki. Z kolei po stronie niemieckiej, w Kuźnicy Czeszyckiej, był kościół rzymsko-katolicki. Nie musiała więc Pani Fryda przechodzić do kościoła ewangelickiego za granicę na stronę niemiecką, jednak chodząc do szkoły, niemal codziennie przekraczała granicę państwową.  Mieszkając w Polsce, w Janisławicach, Pani Fryda chodziła do szkoły niemieckiej, znajdującej się w  Starej Hucie po drugiej stronę granicy i tam bawiła się ze swoimi koleżankami z ówczesnych Niemiec, a dzisiaj jest jednym z najstarszych świadków ostatnich kilkudziesięciu, zarówno tamtych ongiś burzliwych, jak i dzisiejszych, bardziej spokojnych lat w tych stronach.

  Spis treści zbioru
Komentarze (1)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
avatar
Życie nie polega na składaniu w doskonały obraz puzzli otrzymanych przy urodzeniu. Każdego dnia rysujemy nowy fragment układanki, której obrazu nie znamy, który tworzy się na bieżąco. Niefrasobliwie rozrzucamy kawałki i brniemy w nich idąc przez życie. Aż nadchodzi jesień. Spowalniamy bieg. Przysiadamy. Przesypujemy w dłoniach kartoniki zdarzeń i próbujemy dopasować je do siebie. Niektórym się udaje... Inni biegną dalej a wzbudzony tupotem nóg podmuch unosi je na zawsze w niebyt zabierając ze sobą także ich samych.
T. Kotarbiński powiedział: "Przeszłość zachowana w pamięci jest częścią teraźniejszości"
K.
© 2010-2016 by Creative Media
×