Przejdź do komentarzyLicho - Morderstwo Sołtysa
Tekst 2 z 9 ze zbioru: Licho
Autor
Gatunekhorror / thriller
Formaproza
Data dodania2013-05-19
Poprawność językowa
Poziom literacki
Wyświetleń1766

Tej nocy zbierało się na deszcz. Przemierzający rozległe połacie lasów wiatr szarpał koronami drzew. Nisko wiszące na niebie chmury, raz po raz, przysłaniały księżyc, który prócz dwóch niewielkich lampek na werandzie, był jedynym źródłem światła na podwórzu domu Sołtysa. Ptaki dawno już przestały spiewać a panująca wokół cisza zdawała się wręcz przerażać swymi niemymi odgłosami.

Drzwi otworzyły się i na drewnianą werandę wytoczył się na pół pijany Sołtys ściskając w jednej dłoni butelkę rumu a w drugiej zmiętego, ledwie tlącego się Camela. Z wnętrza domu dobiegały krzyki Haliny, która powoli miała już dość ciągle pijanego małżonka.

- A mnie to gówno obchodzi co masz do powiedzenia. – wrzasnął poprawiając opadające spodnie. – Jeśli będę chciał to... – poczuł jak treść żółądka podchodzi mu do gardła. -... to całą noc bedę pił.

Kopnął w drzwi, które z głośnym hukiem trzasnęły o framugę po czym usiadł na wielkim, drewnianym krześle pod oknem.

- Zdechniesz od tej wódy! – krzyczała z kuchni Halina.

Uśmiechnął sie pociagajac kolejny łyk.

- Głupia pizda.

Pizda, pizda, pizda... Milcz kurwo!

- Taaa... właśnie. – uśmiechnął się pociagając kolejny łyk. – Słyszałaś?! Milcz kurwo!

Nagle uśmiech zniknął z jego twarzy. Zerwał się na nogi rozglądając się wokoło.

- Kto to powiedział? – szepnął odkładając butelkę na stół. – Jest tu kto?!

Halina nie przestawała biadolić.

- Do kogo tam gadasz? Już ci się we łbie miętoli.

- Zamknij się! – warknął.

Zrobił dwa kroki w stronę nieoswietlonej części werandy kiedy nagle, za swoimi plecami usłyszał dźwięk. Serce podeszło mu do gardła. Odwrócił się tak szybko, iz o mały włos nie runął twarzą na deski. Przytrzymujac się ręką barierki spojrzał na przypiete do daszku dzwoneczki, poruszające się delikatnie pod wpływem wiatru. Szybkim ruchem zerwał ozdobę i cisnął ją w wysokie trawy. Usiadł z powrotem na krześle zastanawiając się jak rozegrać jutrzejszą partię z tymi gryzipiórkami od wojewody. Po kilku minutach butelka była już pusta. Spróbował wstać, lecz nogi wyraźnie nie miały już ochoty na współprace. Z hukiem opadł na siedzenie.

- A się nawaliłem. – chichoczał po nosem.

Jeszcze kilka chwil siedział starając się zebrać resztki mocy. Drugie podejście do tak skomplikowanej czynności jaką było uniesienie wielkiego cielska z mahoniowego siedziska wypadło o wiele lepiej i po chwili bujania już za trzecim razem udało mu się wstać. Chwiejnym krokiem zszedł po drewnianych schodkach i skierował się ku stodole. Zaświecił światło omiatając wzrokiem wnętrze obory. Służby komunalne, które zamówił by wywiozły resztki wypatroszonych zwierząt, spisały się całkiem nieźle, lecz nawet, pomimo całodniowego wietrzenia, smród z wciąz zalegającej na ziemi i ścianach zakrzepłej krwi mocno drażnił nozdrza. Nie spodobał mu sie ten zapach i nim się zorientował, stał zgięty wpół wyrzygując wypity przed kilkoma chwilami alkohol i resztki gównianej kolacji Haliny.

Przejechał dłonia po obsmarowanych rzygowinami ustach, która nastepnie wytarł o spodnie. Wyprostował się chcac zaczerpnąć powietrza gdy nagle cały świat zaczął wokół niego wirować. Machając na oslep rekami szukał czegoś, na czym mógłby się wesprzeć, lecz gdy nic takiego nie znalazł, runął na ziemię mijając zaledwie o centymetry ustawione pod ścianą ostrza kombajnu.

- Psia dupa. - Warknął, czując na plecach lepką maź, która jeszcze przed momentem znajdowała się w jego żołądku.

Przetoczył sie na bok próbując wstać gdy usłyszał kolejny dziwny dźwiek dobiegający z zewnątrz.

Dzyń, dzyń listonoszu... Krążę wokół domu... Jest tam kto?

Podniósł się czując jak ubranie na plecach i tyłku, z każdym ruchem, odlepia sie od ciała. Wyszedł na dwór starając się zlokalizować źródło tego dźwięku. Słyszał metal uderzający o metal i po chwili zdał sobie sprawę, iż jest to furtka kołysząca sie na wietrze.

Otrzepując spodnie z resztek rzygowin i słomy podszedł do bramki obijającej sie o słupek. Gałęzie drzew uginały sie pod naporem wiatru zwiastując rychłe nadejście burzy.Na pulchnej twarzy poczuł pierwsze krople deszczu. Spojrzał w niebo. Wiszące nisko nad ziemią, ciemne chmury, zasłoniły księżyc pogrążając rosnący tuż obok las w ciemnościach.

Gdzieś w oddali usłyszał wycie.

- Pierdolone wilki. – mruknął pod nosem domykając zardzewiałą bramkę, która przy każdym ruchu wydawała z siebie drażniące ucho odgłosy.

Gdyby nie jego spryt, inteligencja i umiejętność skutecznego manipulowania ludźmi te przeklęte zwierzęta mogłyby popsuć cały jutrzejszy festyn. Gdyby tak się stało, koło nosa, przeszłaby mu spora ilość gotówki a tego nigdy nie mógłby sobie wybaczyć. Dobrze, że ma na tego ćwoka Kowalczyka haka bo w przeciwnym razie Debil mógłby faktycznie odwołać całą imprezę a wtedy, zostałby wyruchany w dupę i przez wilki i przez psa.

Wiatr wzmagał sie i kapiące wcześniej pionowo krople deszczu atakowały teraz jego twarz z flanki. Ciężkim gumiakiem kopnął w dolną część furtki, która ze zgrzytem wskoczyła z powrotem na swoje miejsce. Drzewa wokół szumiały sprawiając wrażenie jakby cały las stał sie jednym, wilkim żyjącym organizmem.

Odwrócił się z zamiarem powrotu do domu, gdy za plecami usłyszał trzask łamanej gałęzi. Omiótł wzrokiem ciemnośc spowijająca las. Przez chwile wydawało mu się, że pomiędzy drzewami coś się porusza. Wytężył wzrok starając się cokolwiek dostrzec. Coś tam jest. – pomyślał.

- Kto tam jest?! – krzyknął starając się z całych sił by jego głos brzmiał groźnie i stanowczo. – Jeśli to ty Szymek to przysięgam, że urwę ci jaja zanim...

Chmury rozstąpiły się pozwalając by blade światło księżyca, na ułamek sekundy, rozświetliło skrawek lasu.

Sołtys zadrżał. Poczuł na nodze intensywne ciepło rozchodzące sie po jednej z nogawek spodni. Stał jak sparalizowany wpatrując się w skrywająca sie w mroku postać, która z każdym, kolejnym uderzeniem serca, coraz śmielej wychylała sie zza drzewa. Widział gorejące czerwienią oczy, których wzrok przenikał teraz każdą komórke jego ciała. Lekko schylona, powykrzywiana sylwetka przechylała głowe na prawo i lewo niczym pies przyglądający się z zainteresowaniem swojemu panu. Najgorszy był jednak język. Wielki purpurowy miesień omiatał oblicze kryjącej się w mroku postaci.

- Dobry Boże. – jęknął gdy jaskrawy piorun przeciął brunatne niebo.

Ścierwo!

Przerażony mężczyzna nie zauważył kiedy lekki deszcz przerodził sie w ulewę maskując perlące się na jego czole krople potu i ogromną, śmierdzącą moczem plamę na spodniach.

Zrobił krok do tyłu gdy czający się w ciemności lasu myśliwy ruszył w jego stronę.

Zerwał się do biegu, lecz ogromna tusza i błoto, które utworzyło sie za sprawą intensywnie padającego deszczu nie pozwalały mu rozwinąć wystarczającej predkości by uratować skórę. Gumiaki ślizgały się na przesączonej wodą ziemi. Spojrzał za siebie. Nienaturalnie wykrzywiona postać zbliżała się do bramki i Stanisław mógłby przysiąc, że pomimo szumu drzew i grzmotów rozlegających się na niebie, słyszał cichy, przeraźliwy chichot. Przyspieszył. Jego nieprzemakalne gumiaki grzęzły w czarnej brei. Skąd tu kurwa tyle błota?!

Śliskie podłoże i butelka czeskiego rumu działały na jego niekorzyść i po kilku kolejnych krokach poczuł jak traci równowagę. Runął w kałużę rozpryskując na boki litry brudnej wody. Białka jego oczu kontrastowały z ciemną ziemią pokrywającą teraz całą jego twarz.

- Halina! – wrzasnął na pół krztuszac się grudkami gliny zalegającej w ustach, lecz tej nocy natura nie była jego sojusznikiem i w chwili krzyku rozległ sie potężny grzmot towarzyszący padającemu z nieba słupowi białego światła.

Usłyszał zgrzyt. Odwrócił sie widząc jak to „coś”, pomimo koślawego chodu, z łatwościa przeskakuje przez bramkę.

Wbił dłonie w ziemie i ślizgając sie na błocie po raz drugi zerwał sie do ucieczki. Krążąca w organiźmie adrenalina znacząco zniwelowała działanie alkoholu co, choć przez moment, pozwoliło mu trzeźwo ocenic sytuację. Od domu dzieliło go około stu metrów grząskiego podłoża, lecz nawet w piękny, upalny dzień, trzeźwy i wypoczęty nie zdołałby dobiec tam pierwszy.

Spojrzał na stodołe z uchylonymi drzwiami i wciąż palącym sie w środku światłem.Tam da radę, musi tam dobiec.

Wiatr wiał coraz mocniej i wiszące nad daszkiem werandy lampki obijały sie o drewniane belki. Oparta o mały traktor – kosiarkę łopata przewróciła się i niebieska plandeka, która miała za zadanie chronić urządzenie przed deszczem, zerwała się do lotu unosząc sie daleko w stronę pastwiska gdzie do wczoraj wypuszczał swoje jeszcze żyjace bydło.

Wio, tłusta świnio!

Słaniał się na nogach. Przemoczone ubranie utrudniało bieg. Już blisko, już prawie jest na miejscu. Drzwi obory były na wyciagniecie reki kiedy poczuł pod nogami przeszkodę. Potknął sie o leżącą na ziemi łopatę. Padając z wielkim hukiem usłyszał trzask a po chwili ogromny ból zaczął promieniować od lewego kolana. Wrzasnął spoglądając na krawiącą nogę i kość przebijającą nogawke spodni. Brodząc w kałużach wczołgał się do wnętrza stodoły zamykając za sobą drzwi i blokujac je od środka drewnianym kołkiem. Po chwili usłyszał jak coś z wielką siłą odbiło się od nich. Przerażony rozglądał się w poszukiwaniu jakiejś drogi ucieczki, lecz gdyby nawet takową odnalazł, nie byłby w stanie do niej dotrzeć. Stojąca na zewnątrz postać raz po raz uderzała w wielkie drzwi. Drewno trzeszczało z trudem utrzymując skrzydło w zawiasach.

- Czego chcesz?! – wrzasnął Stanisław krzywiąc się z bólu. - Zostaw mnie!

Cisza.

Łomotanie ustało i jedyne co Sołtys słyszał był odgłos deszczu spadającego na pokryty papą dach stodoły. Odczekał kilka chwil i podczołgał się do drzwi przystawiając twarz do otworu pomiędzy deskami. Świecąca wewnątrz jaskrawym światłem żarówka i przenikliwa ciemność na zewnątrz uniemożliwiły mu dostrzeżenie czegokolwiek. Trwał tak w bezruchu kilka sekund łapiąc chałsty powietrza i uspokajając oddech. Noga bolała go jak diabli jednak nie zwracał na nią uwagi. Czekał. Wytężył wzrok aż oko przyzwyczai się do ciemności. Wtedy to poczuł. Coś niesamowicie ostrego wsunęło sie w szczelinę z impetem natrafiając na delikatną gałke oka. Wrzasnął.

Dzik ma bardzo ostre kły świnio!

Przyłożył dłoń do twarzy. Oko, a przynajmniej to co z niego zostało, powoli przepływało mu przez palce cieknąc po rece wprost do rękawa. Drewno po raz kolejny zaczęły się uginać pod wpływem uderzeń. Nagle drewniany kołek wsunięty pomiędzy skrzydła złamał sie i drzwi otworzyły się na oscież.

Leżący na plecach Sołtys odczołgał się do tyłu. Stojąca w deszczu, koślawa i przemoczona postać z przerażająco wykrzywionym uśmiechem i purpurowym językiem omiatającym sine wargi uniosła się ukazując całą swoją doskonałość przerażonemu mężczyźnie.

- Ty?! – wymamrotał wybałuszając oczy ze zdumienia.

Delikatna klinga z końcówką ostrza umazaną krwią błyszczała. Stanisław uniósł prawą ręke zasłaniając twarz, lecz szybkie ciecie pozbawiło go trzech z pieciu palców. Czerwony strumień trysnął mieszając sie z zakrzepłą krwią na ziemi. Mieszanka grzmotów, panicznych krzyków i histerycznego śmiechu wypełniała pomieszczenie. Dźwięk przebijającego skóre ostrza zdawał się odbijać echem zarówno w głowie kata jak i ofiary tworząc przy tym zupełnie sprzeczne emocje. Dla jednych dobrze znane, dla drugich kompletnie obce.

  Spis treści zbioru
Komentarze (4)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
avatar
Piękna, barwna i mrożąca krew w żyłach opowieść. Doskonała ilustracja sposobu postępowaniu w stanie upojenia alkoholowego, a szczególnie pojawiających się urojeń.
Dlatego z przykrością konstatuję, że z tak wspaniałym tekstem niezbyt konweniuje poprawność językowa.
a) Najsłabszą jej stroną jest interpunkcja. Z uwagi na ogrom potknięć w tej kategorii wymienię tylko te, które kończą się przed słowami: "Dzyń, dzyń". Brakuje przecinków przed: a panująca, ściskając, a w drugiej, co masz, poprawiając, to, po czym, pociągając, pociągając, rozglądając, odkładając butelkę (raczej odstawiając), kiedy, spojrzał, zastanawiając, jak wygrać, starając, omiatając, by, wyrzygując, chcąc, gdy, szukał, ubijając, próbując, gdy;
zbędne są przecinki przed: ze swoimi, poruszająca;
b) dwa błędy ortograficzne w jednym słowie "chałst" . Należało napisać "haust";
c) powszechny brak znaków diakrytycznych, co utrudnia zrozumienie wielu słów;
d) stodoła ma wierzeje, a nie drzwi;
e) błędy przy zapisie dialogu:
- niepotrzebne są kropki przed myślnikami poprzedzającymi narrację;
- narrację po myślniku należy rozpoczynać małą literą.
Mimo tych potknięć oceniam poprawność językową na bardzo dobrze.
avatar
Bardzo dziękuję janko za tak wnikliwy i profesjonalny komentarz. Twoje uwagi na pewno będą mi towarzyszyły w trakcie pisania reszty powieści. Pozdrawiam.
avatar
Całkiem, całkiem.
avatar
Nie wiem,dlaczego dziwia mnie takie teksty,ale niestety pozostaje niesmak i niechęć do takiej rzeczywistości,i tolerancja,wiem,jak wygląda takie życie,w zasadzie niekt się nie przejmuje.Ale kolacja musiała być niestrawna i wódka tym bardziej szkodzi.
© 2010-2016 by Creative Media
×