Przejdź do komentarzyIndajka
Tekst 10 z 11 ze zbioru: Przyjaciele z dzieciństwa
Autor
Gatunekobyczajowe
Formaproza
Data dodania2011-03-10
Poprawność językowa
Poziom literacki
Wyświetleń3135

Indajka



Była to chyba połowa maja 1953 roku. Moja siostra Marysia, wówczas 

piątoklasistka, ambitna aktywistka Organizacji Harcerskiej i kandydatka do 

Związku Młodzieży Polskiej, od kilku dni po powrocie ze szkoły 

popisywała się przed młodszą od niej o trzy lata Wandzią swoją wiedzą o 

osiągnięciach nauki radzieckiej. Ja też przy okazji nasłuchałem się 

opowieści, jak to radzieccy uczeni zmieniają kierunek biegu rzek, budują 

urządzenia, o jakich zachodni kapitaliści nie mogli nawet śnić, a szczytem 

ich sukcesów były odkrycia w dziedzinie rolnictwa, sadownictwa i hodowli 

zwierząt. Dużo słyszałem o Łysence, a Iwan Miczurin był chyba 

największym geniuszem świata, pomijając oczywiście nieosiągalny geniusz 

zmarłego przed kilkoma miesiącami nieodżałowanego Stalina. Tak mi to 

zaimponowało, że zapragnąłem być takim polskim Miczurinem. A w 

przekonaniu tym utwierdził mnie Kazik Wróblak, który kiedyś z 

uśmiechem na ustach powiedział Marysi, że Miczurin to nawet skrzyżował 

jeża z wężem i otrzymał drut kolczasty. Nie bardzo mogłem to zrozumieć, 

ale skoro powiedział to Kazik, to musiało być prawdą. Bo trzeba wiedzieć, 

że Kazik od kilku miesięcy był uczniem u samego mistrza Sikory 

mieszkającego w Warszawie przy Alejach Jerozolimskich, ponoć 

najsłynniejszego szewca stolicy. Kazik też zamierzał zostać słynnym 

szewcem. I wtedy przy okazji zrozumiałem, o czym myślała ciocia 

Kamieniecka, kiedy w sekrecie mówiła do mojej mamusi, że Kazik smali 

cholewki do naszej Marysi. Musiało to mieć przecież związek z szewstwem 

i wówczas pomyślałem nawet, że skoro smali do niej cholewki, to z 

pewnością kiedyś zrobi jej piękne warszawskie czółenka. 

Z niecierpliwością oczekiwałem na pójście do szkoły, ale że czas 

dłużył się niemiłosiernie, postanowiłem działać samodzielnie. Nie to, że 

chciałbym od razu zmienić kierunek biegu Bugu, lecz na razie tylko 

strumyka płynącego tuż za naszym domem w kierunku lasu. Czekałem 

tylko do rana następnego dnia, kiedy Marysia i Wandzia pójdą do szkoły, a 

mamusia z Kazikiem pojadą furmanką na bindugę. Do samego południa 

budowałem zapory i śluzy, lecz strumyk wciąż był nieposłuszny i nadal 

płynął w kierunku lasu. 

A skoro to się nie udało, uznałem, że większy sukces odniosę w 

poszukiwaniu rudy żelaza na bagnistych pastwiskach pod górami. Musiała 

być na pewno, bo woda była tam rdzawa i dziwnie cuchnąca. Już oczami 

wyobraźni widziałem na obrzeżach naszej wsi kopalnie, huty i walcownie. 

Pomyślałem też, że może przy okazji zbudują tu piece martenowskie, 

którymi tak zachwycała się Marysia. Po obiedzie założyłem na nogi 

kalosze, wziąłem zaostrzony metalowy pręt i ruszyłem na poszukiwanie. 

Całe popołudnie kłułem trzęsącą się murawę, wystraszając stada czajek, a 

pręt wciąż nie chciał trafić na cokolwiek twardego. Zrezygnowany 

ruszyłem pod wieczór w kierunku domu i omal nie rozdeptałem jajeczka 

leżącego w kępiastej trawie. Było nieco większe od jaja gołębiego, 

mniejsze od kurzego i pstrokate jak indycze. Musiało to więc być jajko 

czajki. Wziąłem je do ręki i zacząłem szukać gniazda, by je tam zostawić, 

lecz nagle doznałem olśnienia. Bo skoro krzyżówki udawały się 

Miczurinowi, to dlaczego mnie miałyby się nie udać. Postanowiłem więc, 

że zrobię krzyżówkę czajki i indyka. Po drodze wymyśliłem nawet nazwę 

dla tego nowego, nieistniejącego jeszcze gatunku. Miała to więc być 

indajka. A dopóki będzie sama, będzie to też jej imię. 

Po powrocie cicho zakradłem się do kurnika, w którym indyczka od 

kilku dni wysiadywała jaja. Delikatnie włożyłem jajeczko czajki do 

gniazda między jaja indycze tak, żeby nie było widoczne i jakby nigdy nic 

poszedłem do mieszkania. Po kilkunastu dniach zaczęły się wykluwać 

indycze pisklęta, a z nimi również moja Indajka. Dyskretnie usunąłem 

czajcze skorupki i czekałem na reakcję mamusi. Długo nie musiałem 

czekać, bo Indajka mocno różniła się od indyczek. Była mniejsza i bardziej 

krępa. Wszyscy zachodzili w głowę, cóż to za dziwoląg się urodził. Żeby 

eksperyment się nie wydał, dziwiłem się i ja, ale byłem jednocześnie 

dumny nie tylko z nowego przyjaciela, bo takim miała ona zostać, ale 

również z pierwszego naukowego sukcesu. 

Indajka karmiona była razem z pozostałymi pisklętami; z początku 

jajkiem gotowanym na twardo, pokrojonym z krwawnikiem na drobne 

kawałeczki, a po paru dniach również kaszą jaglaną, jęczmienną, 

pęczakiem i ryżem. Razem też wychodziła z całym ptasim stadkiem na 

spacery. Zawsze jednak próbowała odłączyć się od grupy, czemu 

stanowczo zapobiegałem. Była coraz bardziej inna od pozostałych piskląt, a 

szczególnie wtedy, gdy zaczynały nabierać upierzenia. Inaczej też się 

zachowywała, była jakaś ruchliwa i niespokojna. Wszyscy ze zdumieniem 

patrzyli na to dziwactwo, snuli też różne teorie na temat jej wyglądu i 

pochodzenia, a ja po cichu triumfowałem, bowiem sukces był oczywisty. 

Indajka była właśnie tym, o czym marzyłem. Myślałem już nawet o tym, 

jaki to będę ważny, kiedy we wrześniu pójdę do pierwszej klasy. 

Któregoś dnia indycze stadko wróciło z łączki bez mojej Indajki. 

Długo szukałem jej na podwórku, w krzewach porzeczek i w olszynach, a 

nawet w strumyku, któremu kiedyś chciałem zmienić bieg. Nigdzie jej 

jednak nie było. Poszedłem wtedy na parowy, gdzie niedawno znalazłem 

czajcze jajeczko. I tam, o dziwo, spotkałem kilka stadek małych czajek. 

Wszystkie wyglądały tak samo jak moja Indajka. Być może była ona wśród 

nich. Do domu wracałem trochę smutny. Z nadzieją spoglądałem na stadko 

piskląt, ale wciąż były w nim tylko indyczki.

  Spis treści zbioru
Komentarze (2)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
avatar
Uroczy opis. Spojrzenie oczami dziecka, które na swój sposób tłumaczy sobie świat wierząc, że ma moc sprawczą zmieniania go.
avatar
Cudna, wzruszająca opowieść!
© 2010-2016 by Creative Media
×