Przejdź do komentarzyFelek
Tekst 11 z 11 ze zbioru: Przyjaciele z dzieciństwa
Autor
Gatunekobyczajowe
Formaproza
Data dodania2011-03-14
Poprawność językowa
Poziom literacki
Wyświetleń3439

Felek


Było to chyba około połowy września. Od kilkunastu dni byłem już 

dumnym drugoklasistą. W klasie było aż osiemnaścioro uczniów, czyli o 

troje więcej niż w roku poprzednim, gdyż dołączyło do nas kilku tak 

zwanych niezdaluchów, w tym mój stryjeczny brat Tadek. 

Wychowawczynią nadal pozostawała Janina Jędrakówna, czyli Siekiera, bo 

tak na nią wszyscy mówili. Nie wiedziałem, dlaczego tak ją nazywali i co 

ma ona wspólnego z siekierą, ktora służy do rąbania drewna i brukwi, a 

czasami zimą również do wyrąbywania przerębli w lodzie, a nie do 

uczenia. No i wiedziałem jeszcze, że siekiera może być albo ostra, albo 

tępa. A o naszej wychowawczyni mówili, że jest i ostra, i tępa, czego w 

żaden sposób nie mogłem zrozumieć. 

I właśnie tego dnia, czyli w sobotę, podczas przerwy przed ostatnią 

lekcją biegaliśmy z Tadkiem po przyszkolnym parku, gdy nagle na ścieżce 

pojawił się niewielki jeż. Mógł mieć najwyżej kilka miesięcy, bo do 

dorosłości było mu jeszcze daleko. Uradowani wzięliśmy go ze sobą do 

klasy, bo w parku mógł się zawieruszyć, i ukryliśmy za książkami pod 

ławką. Po dzwonku weszła wychowawczyni i zaczęła sprawdzać obecność, 

tajemniczo się uśmiechając. Po wyczytaniu Janka, Jurka, Staśka i Tadka 

Jeżów zrobiła króciutką przerwę i niespodziewanie zapytała – a Felek Jeż 

jest obecny? 

Kiedy z Tadkiem drżeliśmy ze strachu, a wszyscy uczniowie byli 

zaskoczeni tym pytaniem, powiedziała swoją specyficzną gwarą: - A co, 

myślita, że nie widzę jeża, którego chowata pod ławką? Skoro już jest w 

klasie, to musi też mieć imię, bo imiona mają nie tylko ludzie, ale i 

zwierzęta. Wasze psy, koty i krowy też się przecież jakoś nazywają, więc 

nasz nowy uczeń będzie Felkiem – postanowiła, po czym cała klasa 

wybuchnęła śmiechem, a Tadek i ja poczuliśmy się wyraźnie uspokojeni. 

Do końca lekcji zajmowaliśmy się już tylko Felkiem. Wszyscy chcieli go 

pogłaskać lub choćby dotknąć, lecz on zwijał się w kłębek i stroszył kolce. 

Po zajęciach pani nakazała, byśmy odnieśli go tam, skąd go 

wzięliśmy, gdyż na pewno czekają na niego rodzice, a ponadto musi z całą 

rodziną zbierać jabłka na zimowe zapasy. Zapewniliśmy ją, że na pewno 

tak zrobimy, chociaż w głowie miałem już zupełnie inny plan. Po wyjściu 

za budynek szkoły rozejrzeliśmy się, by sprawdzić, czy Siekiera 

przypadkiem nas nie obserwuje, potem schowałem Felka do torby na 

książki, którą uszyła mi z resztek kortu najstarsza siostra Hela i 

popędziliśmy za krzaki, by ustalić plany dotyczące przyszłości naszego 

znaleziska. Ostatecznie uzgodniliśmy, że Felek będzie moim przyjacielem i 

ja go zabiorę do domu, a Tadkowi aż do zimowych ferii będę oddawał 

połowę wszystkich swoich cukierków. 

W drodze do domu zastanawiałem się, czy Felek to najwłaściwsze 

imię dla mojego nowego przyjaciela, bo brzmi ono jakoś trochę nie po 

zwierzęcemu. Po chwilowych wahaniach postanowiłem jednak, że Felek 

pozostanie Felkiem i będę miał dwóch przyjaciół o tym samym imieniu. Bo 

pierwszym to był mój szwagier, czyli mąż Heli, który zawsze przynosił mi 

cukierki, a najwięcej wtedy, kiedy jeszcze nie był szwagrem. Wówczas to 

nawet dał mi metalowy samolocik i czasami brał na kolana, a potem też 

przynosił, tylko że trochę mniej. 

W sieni pod schodami prowadzącymi na strych zrobiłem Felkowi 

legowisko ze starej kufajki i starannie go nią otuliłem. Potem przyniosłem 

mu najlepsze jabłka z naszego sadu, ale nawet na nie nie spojrzał, tylko 

nerwowo się rozglądał. Kiedy wróciła do domu mamusia, pochwaliłem się 

jej nowym przyjacielem, ale po jej reakcji widziałem, że nie bardzo była 

zadowolona z mojego nabytku. - A skoro go już przyniosłeś, to niech 

zostanie – powiedziała po chwili. - Ale sam się będziesz nim zajmował. Ja 

ci pomagać nie będę. Ale i tak tu chyba długo nie zagości – zakończyła 

nieco uspokojona. 

Ucieszyłem się bardzo, że Felek zamieszka w naszym domu, a potem 

zapytałem mamusi, co mu dać do jedzenia, bo jabłek to on jeść nie chce. - 

Jabłka to jeże jedzą tylko w bajkach i w elementarzu, podobnie jak koty też 

tylko tam piją mleko. A prawdziwe jeże jedzą owady, dżdżownice, pędraki 

i inne robactwo oraz oczywiście mięso. Ale z mięsem to się u nas nie 

przelewa, więc będziesz musiał sobie jakoś z nim radzić sam – pouczyła 

mnie, a ja szybko chwyciłem łapkę do zabijania much i poszedłem polować 

na nie na ścianie domu. I rzeczywiście muchy smakowały Felkowi, 

podobnie jak inne wymienione przez mamusię frykasy. Tylko z mięsem i 

wędlinami były trudności, ale też z tym jakoś sobie radziłem. W niedzielę 

wniosłem Felka do pokoju, by pochwalić się nim przed wszystkimi 

domownikami oraz wujkiem i ciocią Kamienieckimi, którzy akurat do nas 

zawitali. Wszyscy chcieli go pogłaskać, lecz on, podobnie jak w szkole, 

natychmiast zwijał się w kłębek i stroszył swoje szpilki, tylko na mój dotyk 

w żaden sposób nie reagował. A kiedy obszedł wszystkie zakamarki 

pokoju, podreptał w moją stronę i położył się przy moich nogach, z czego 

byłem niezwykle dumny, bo tylko ja dostąpiłem tego zaszczytu. Byłem 

wtedy już niemal pewny, że Felek też zaprzyjaźnił się ze mną, bo nocą 

podchodził do łóżka, w którym spałem ze starszym bratem i cichutko jakoś 

dziwnie chrobotał. 

Po kilku tygodniach wyprowadziłem go na podwórku, lecz tam był 

trochę nerwowy i ciągle próbował dreptać w różne zakamarki, a 

szczególnie pod pryzmę gałęzi przygotowanych na opał. Im więcej czasu 

upływało, tym Felek stawał się dziwnie senny, a na podwórku wciąż 

ciągnęło go w różne chaszcze. Podzieliłem się z mamusią swoimi 

spostrzeżeniami, która powiedziała mi, że wilka ciągnie do lasu. Nic z tego 

nie zrozumiałem, bo co ma wilk do mojego Felka. Wtedy wyjaśniła mi, że 

nadchodzi jesień, więc jeże wkrótce, podobnie jak wiele innych zwierząt, 

zapadną w kilkumiesięczny sen zimowy. Próbowałem ją ubłagać, żeby w 

ten sen mógł zapaść w swoim legowisku w sieni, ale stanowczo 

zaprotestowała, bo byłoby to – jak powiedziała – wbrew naturze. Tego też 

nie rozumiałem, ale wiedziałem, że na pewno mówi prawdę. 

Następnego dnia zaniosłem Felka na łączkę, zawiązałem na nóżkę 

czerwoną wstążeczkę, bym wiosną mógł go rozpoznać i pozwoliłem 

podreptać tam, gdzie zechce. Wybrał pryzmę gałęzi wymieszanych z 

liśćmi. Zanim skrył się pod nimi, zatrzymał się, na chwilkę obrócił główkę 

w moją stronę, potem powolutku ruszył przed siebie. Przez następne dni 

kilkakrotnie chodziłem w to miejsce, ale Felka nigdy tam nie spotkałem. 

Wiosną dzień w dzień czekałem przy gałęziach na Felka, spod których 

wyszło kilka jeży, lecz jego ciągle nie było. Zaniepokojony przerzuciłem 

gałęzie w inne miejsce, potem rozgrzebałem zgromadzone tam liście i 

niespodziewanie natknąłem się na poszarpaną i zbutwiałą czerwoną 

wstążeczkę. - Na pewno wybrał sobie innych przyjaciół – pomyślałem 

zasmucony i ze spuszczoną głową poszedłem do domu.

  Spis treści zbioru
Komentarze (6)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
avatar
Z prawdziwą przyjemnością przeczytałam wszystkie opowiadania z cyklu "Przyjaciele z dzieciństwa". To bardzo ciepłe i mądre utwory, a do tego napisane są piękną polszczyzną. To świetny materiał do pracy z dziećmi, bowiem teksty niosą ze sobą duży walor poznawczy, wprowadzają w realia życia na wsi, ilustrują polską rzeczywistość lat pięćdziesiątych ubiegłego stulecia. (Jak to brzmi!) Wszystkie te opowiadania zabarwione są sporą dawką humoru, nutką dziecięcej naiwności oraz niezwykłością rozumowania dziecka.
Na zakończenie dodam, że chylę czoło za szacunek do rodzicielki. Dziś już bardzo rzadko słyszy się słowo "mamusia", a ono tak pięknie brzmi.
avatar
Przeczytałam całą serię "Przyjaciele z dzieciństwa" i... kiedyś czytałam książkę pt. "Nora" Andrzeja Albrechta i Marii Terleckiej "Włóczęga" w obu były opowiadania o zwierzętach. Myślę, że następna książka z takimi opowiadaniami, powinna być Twoja. Bardzo mi się podobały.
avatar
Szczególnie bliski mi obrazek, bo sama miałam jeża. Znalazłam biedaka na pół zjedzonego przez pchły.Udało mi się go wyratować z opresji i do dziś Tuptuś mieszka na działce, gdzie ma zbudowany specjalny domek i chętnie z niego korzysta. Przychodzi się witać ilekroć przyjeżdżam. Pozdrawiam
avatar
Piękne.
Ciekawe,że przyszli szwagrowie zawsze są mili dla młodszych braci przyszłej żony. Od mojego przyszłego dostałem kiedyś taki karabinek, z którego można było strzelać małymi kamykami, patykami itp. To była moja ukochana zabawka przez wiele lat.
Ciekawe, kto teraz jeszcze wie co to jest "kufajka"?
avatar
Jak ja lubię dobrze napisane wspomnienia... od razu własne stają przed oczyma.
Może "Siekiera" była ostra, kiedy pytała i wymagała, a "tępa" kiedy nie rozumiała dziecięcych potrzeb zabaw i wygłupów? Jednak co do Felka Jeża nie okazała się ani ostra, ani tępa;)

Panie Marianie, jestem jednym z tych, którzy wiedzą, co to "kufajka" :)

PS. Janko, w w podstawówce, w mojej klasie było nawet ponad czterdziestu uczniów. Jestem z pokolenia wyżu demograficznego...
avatar
Wyż demograficzny dopadł mnie chyba w pierwszej klasie Liceum Pedagogicznego w Pułtusku, Było 46 uczniów, a po pięciu latach z tej grupy maturę zdało tylko 20. Pozostałe 11 były to tzw. spady ze starszych klas.
© 2010-2016 by Creative Media
×