Przejdź do komentarzyŚwietlik
Tekst 6 z 9 ze zbioru: Manekiny
Autor
Gatunekobyczajowe
Formaproza
Data dodania2017-03-05
Poprawność językowa
Poziom literacki
Wyświetleń656

Obudził mnie dźwięk wyważanych drzwi wejściowych do mojego mieszkania. Jeszcze na wpół pogrążony w letargu sennym, zadałem sam sobie w myślach pytanie: „Co, do cholery?”. Na odpowiedź nie musiałem długo czekać. Dwadzieścia sekund później, kiedy leżałem na dywanie twarzą zwrócony do podłogi, a zarazem z wykręconymi obydwiema rękami oraz butem na twarzy, usłyszałem:

– Nie ruszaj się! Ani drgnij, bo rozwalę ci łeb! – huczało mi nad głową na zmianę kilka głosów.

Nawet nie wiem, kiedy moje ręce skute zostały kajdankami niemiłosiernie mocno zaciskającymi się na nadgarstkach.

Ja pierdolę, kto to jest? Jacyś bandyci albo terroryści wpadli do mnie do domu, porwą mnie, a na koniec, jak nie otrzymają tego, co chcą, pewnie na antenie którejś ze swych stacji telewizyjnych odetną mi głowę podczas relacji na żywo. Zajebiście, ale przecież ja nie jestem w Afganistanie, tylko w swym rodzinnym mieście, w którym mieszkam od trzydziestu lat. Więc kto to, do kurwy nędzy, jest!? W międzyczasie zainkasowałem kilka kopniaków w żebra, brzuch, i twarz. W ustach czułem metaliczny smak krwi. Na wpół zdenerwowany i przestraszony krzyczę:

– O co chodzi!? Kim jesteście!?

– Zamknij mordę! Wszystkiego się dowiesz – zabrzmiała odpowiedź, a na koniec precyzyjny kopniak w splot słoneczny odebrał mi na kilka sekund oddech. Wściekły zacisnąłem zęby. Co za niewyżyty, zakompleksiony skurwiel?

Odzyskawszy oddech, spojrzałem na stojący na regale elektroniczny zegarek. Wskazywał godzinę szóstą osiem, za oknem panował jeszcze mrok. Tymczasem faceci ubrani w czarne mundury i kominiarki w całości zakrywające twarze biegali jak opętani po całym mieszkaniu, ku mojemu przerażeniu zamieniając je w pobojowisko. Wszystkie książki, tak samo jak i cała zawartość regałów, kredensu i szafki, leżała teraz na środku pokoju.

– Zabezpiecz komputer! Przeszukaj notatki – krzyczał jeden z nich, chyba dowódca całego zamieszania.

– Przepraszam, ale mam prawo wiedzieć, kim jesteście i na jakiej podstawie włamaliście się do mojego domu?! – Wykrzyczałem.

– Dziób – usłyszałem i znów kopniak odebrał mi oddech na kilka długich sekund.

Mieszkanie przez ten czas ze schludnego i czystego zamieniło się w istne pole bitwy. Nigdy wcześniej nie wyobraziłbym sobie możliwości wyjścia z domu bez dotknięcia stopą podłogi. Oczywiście, można być wyniesionym, ale nie o to tu chodzi. Otóż miałem wrażenie, że lecę. Poważnie, unosiłem się w powietrzu, nie dotykając ziemi, jedynie raz na jakiś czas uderzając twarzą w któryś z mijanych mebli bądź framugę drzwi. Stawy barkowe, nie wiem jakim cudem, ale wytrzymały ten lot, nadgarstki natomiast bolały coraz bardziej.

Na klatce schodowej panował mrok, kątem oka zdążyłem dostrzec lekko uchylające się drzwi z naprzeciwka. Mieszkała tam siedemdziesięcioletnia pani Wanda, plotkara numer jeden w naszej klatce. Teraz dostarczyłem jej tematu na kilka tygodni snucia niesamowitych historii, w których jedyną prawdą będzie to, że dosłownie wyleciałem z domu w otoczeniu facetów w czerni. Reszta opowiadania będzie zbiorem jej fantazji, domysłów i hipotez wyssanych z palca.

Trzy piętra pokonaliśmy w kilka sekund. Normalnie biegnąc chyba nie zrobiłbym tego szybciej. Barki bolały jak skurwysyn, z coraz większym trudem łapałem też powietrze.

Nawet nie zauważyłem, kiedy przeszliśmy przez podwórko. W pewnej chwili usłyszałem odgłos przesuwanych bocznych drzwi furgonetki. Uniosłem głowę tylko po to by uderzyć nosem w próg auta. Zawirowało mi w głowie, a przed oczyma ujrzałem kilkadziesiąt świecących punkcików. Po chwili leżałem we wnętrzu furgonetki, rzucony jak szmaciana lalka na jej tył. Obolały nie miałem nawet siły wydusić z siebie słowa.

Kilka sekund później do samochodu wsiadło kilku facetów w czerni. Ostatecznie auto ruszyło z miejsca, kierując się w zupełnie niewiadome mi miejsce. Niemo słuchałem rozmów tych dziwnych jegomości.

– Ale gość ma przejebane.

– Tak, z pudła szybko nie wyjdzie.

– W życiu bym się z nim nie zamienił. Prokurator zatańczy z nim jak z dziwką.

To tylko niektóre teksty, jakie słyszałem. Za to każdy z nich okraszany był gromkimi śmiechami. W końcu dowiedziałem się, z kim mam do czynienia, wszystko było mi jednak obojętne, byle tylko izolowali mnie od tych niewyżytych palantów.

Furgonetka pokonała niewielkie wzniesienie i w końcu się zatrzymała. Drzwi znów się otworzyły, a ja lotem błyskawicy przemknąłem przez dziedziniec, po czym wylądowałem na posadzce komisariatu.

– Do sprawy Gwidona – usłyszałem głos jednego z prowadzących mnie osobników.

Kilka sekund później sprowadzono mnie do piwnicy, gdzie po przeszukaniu zostałem umieszczony w pojedynczej celi.

– Dołek – pomyślałem. – Fajny początek dnia.

Przeszukanie nie trwało długo, zważywszy na to, że byłem w samej piżamie i skarpetkach. Miałem tylko nadzieję, że wyjaśnienie sprawy nie potrwa długo.

Minutę po tym, jak zatrzasnęły się za mną drzwi, położyłem się na czymś, co miało imitować łóżko, a w rzeczywistości było pozbijaną z drewnianych desek skrzynką. Na całym ciele odczuwałem niemiłe uczucie pieczenia, wyjątkiem były tylko barki i nadgarstki. W tych częściach ciała ból był tak mocny, że nie mogłem nawet się w nie dotknąć. „Pierdolone gestapo” – pomyślałem. „Co za goście? Obtłukli mnie niemiłosiernie, przywlekli tu w piżamie, a ja nawet nie wiem, o co chodzi. Kurwa, i to ma być państwo prawa”. Wtedy przypomniałem sobie słowa, jakie usłyszałem przy wejściu na komisariat: „do sprawy Gwidona”.

Gwidon był moim kolegą niemalże od zawsze. Razem się wychowywaliśmy, razem dorastaliśmy, chodząc do tych samych klas w podstawówce i technikum. Potem jednak nasze drogi nieco się rozeszły. Ja poszedłem na studia, Gwidon natomiast wyjechał za granicę. Czym się tam zajmował? Nie mam pojęcia. Fakt, że dwa lata później spotkaliśmy się w Wiedniu. Byłem tam akurat na tygodniowych wakacjach. Z tego, co się dowiedziałem, Gwidon akurat teraz tam mieszkał. Na spotkanie mój kolega przyjechał nowiutkim BMW 535i, a na koniec zaprosił mnie do swojego mieszkania, którym był osiemdziesięciu metrowy apartament. Zrobiło to na mnie wrażenie. Nie pytałem, w jaki sposób na to zarobił. Przecież gdyby uznał to za stosowne, sam by o tym powiedział. Dałem mu swój numer telefonu i od tamtej pory raz na jakiś czas spotykaliśmy się.

Poza Gwidonem spotykałem się rzecz jasna z całym gronem moich obecnych przyjaciół. Rozmyślania przerwał szczęk otwieranego zamka. Metalowe toporne drzwi otworzyły się. Stanęło w nich dwóch policjantów.

– No, finansista, zapraszamy na przesłuchanko.

Wyszedłem z tego obskurnego, odrapanego pomieszczenia. Moje nadgarstki znów przyozdobione zostały pięknie błyszczącymi kajdankami, a następnie, prowadzony przez policjantów, doszedłem do pokoju na drugim piętrze komisariatu. Natychmiast zostałem wprowadzony do jego środka. Szyderczy uśmiech siedzącego za biurkiem policjanta widoczny był od momentu przekroczenia progu.

– A więc do rzeczy. Jak się pan nazywa?

– Łukasz Kowal – odpowiedziałem.

– A więc, panie Łukaszu, czy zna pan pana Gwidona Malickiego?

– Znam.

– A kim on dla pana jest?

– Kolegą, znamy się od dziecka.

– Aha, jest tylko kolegą czy może także wspólnikiem?

– Tylko kolegą – powiedziałem przez zaciśnięte zęby.

– A z zebranych przez nas materiałów operacyjnych wynika, że jest nie tylko kolegą!

– Panie, o co wam chodzi. Wywlekliście mnie z domu w nocy, w piżamie, nie mówiąc w ogóle, kim jesteście, a teraz zadaje mi pan jakieś chore pytania! – Wykrzyczałem, tracąc cierpliwość.

– Proszę się nie unosić, jest pan podejrzany o próbę fałszowania pieniędzy i handel bronią. Dlatego przede wszystkim lepiej będzie dla pana, jeżeli zacznie w pełni z nami współpracować. Rozumiemy się?

Świat zawirował mi dookoła, przez chwilę myślałem, że śnię. Gdyby nie coraz bardziej dający o sobie znać głód, nie uwierzyłbym, że to dzieje się naprawdę.

– Że co!? Jakie pieniądze? Jaka broń? To jest jakieś nieporozumienie!

– To wcale nie jest nieporozumienie, mało tego, zapewniam pana, że trochę pan sobie posiedzisz.

Zamurowało mnie.

– Ale… Ale, za co?

– Już pan wiesz, za co. No to jak, możemy kontynuować?

Skinąłem z niedowierzaniem głową. Kolejne pytania dotyczyły mojego przyjaciela. Czy wiem, gdzie mieszka? Czym się zajmuje? Co robił przez ostatnie lata? Na każde z nich odpowiadałem zgodnie z prawdą: „Nie wiem, nie mam pojęcia, aż tak blisko się nie przyjaźnimy”. Na koniec usłyszałem:

– No, nieźle grasz. Zobaczymy, czy będziesz taki chojrak po trzymiesięcznym pobycie w pudle.

Znów ciarki przebiegły mi po plecach. O czym on mówi? Ja w więzieniu? Za co? Przecież to miejsce dla zwyrodnialców, kryminalistów, a ja nic nie zrobiłem.

Za chwilę przyszło dwóch tych samych policjantów, którzy mnie przyprowadzili, po czym zostałem odprowadzony z powrotem do piwnicy komisariatu.

Zanim zamknięto mnie w celi, dostałem plastikowe sztućce wraz z talerzem pełnym czegoś, co miało być zupą. Głodny, nie zwracając uwagi na to, co jem, pochłonąłem całą zawartość talerza. Na dnie znalazłem kawałek kiełbasy. O dziwo, stwierdziłem, że nie jest najgorsza. Tego dnia nic już się nie wydarzyło.

Wieczorem dostałem dwie kromki chleba ze smalcem oraz kubek gorzkiej herbaty, natomiast tuż po dwudziestej drugiej drzwi celi otworzyły się, a ja zostałem zaproszony do niewielkiego pomieszczenia, w którym leżało mnóstwo twardych, niewygodnych materacy wraz z równie niewygodnymi poduszkami. Moim zadaniem było wybrać sobie komplet(materac wraz z poduszką), po czym znów zostałem zamknięty w celi. W momencie, kiedy zamknęły się za mną drzwi, zgasło światło. Cała obskurna cela pogrążyła się w mroku. Tylko w niektóre miejsca pobliskie latarnie rzucały smugi światła. Akurat jedna z tych smug, padła na napis „Albert G to frajer i konfident”.

Tuż obok widniał kolejny: „Pozdrowienia dla wszystkich z Czarno Rynku”. Czarno Rynek był potocznie nazywanym miejscem gdzie spotykało się szemrane towarzystwo. Trudno powiedzieć, ile czasu rozglądałem się po ścianach tego paskudnego miejsca, lecz zanim zasnąłem, zrzuciłem cholernie niewygodny i śmierdzący potem materac na ziemię. Poduszkę też trzymałem z dala od twarzy. Diabli wiedzą, kto i co na niej kładł. Oceniając po wyglądzie i zapachu, chyba nigdy nie była prana ani chociażby dezynfekowana, a ostatnie, czego mi potrzeba, to złapanie jakiegoś syfu. Noc spędziłem, leżąc na drewnianej skrzynce. Trudno mówić o śnie, właściwie bardziej przypominało to letarg. Do tego co jakiś czas słyszałem podnoszony wizjer w drzwiach celi. Pewnie sprawdzali, czy się nie powiesiłem bądź też nie zrobiłem jakiegoś innego głupstwa. Punkt szósta światło zapaliło się, a ja musiałem wynieść wzięte na noc materac i poduszkę. Wracając, dostałem dwie kanapki z marmoladą i kubek gorzkiej kawy.

Do godziny dwunastej nic się nie działo. Słyszałem tylko dźwięk otwieranego zamka w poszczególnych celach mieszczących się w pobliżu mojego apartamentu. Trzeba przyznać, że ruch tu mają całkiem spory. W samo południe drzwi otworzyły się. Stanęło w nich dwóch policjantów, nie byli to jednak ci sami funkcjonariusze, co wczoraj.

– Zbieraj się, jedziemy do prokuratury.

– O kurwa – pomyślałem. – Aż do tej chwili myślałem, a przynajmniej miałem nadzieję, że wszystko się wyjaśni na komisariacie, a tymczasem jedziemy do prokuratora. Po co? Chociaż, tam zapewne spotkam kogoś, kto w końcu zauważy, że jest to jedno wielkie nieporozumienie. Tak więc nieco podbudowany wyszedłem z tej nory w nadziei, że nie ma opcji, bym tu wrócił.

Na czas przejazdu wręczono mi stare, skórzane, niewygodne do granic możliwości buty.

Idę o zakład, iż posiadane przeze mnie egzemplarze pamiętają jeszcze czasy zamierzchłej komuny.

Tak czy siak, nie bez obawy, nie mając jednak żadnego wyboru, przywdziałem obuwie pasujące do piżamy jak baletki do skafandra płetwonurka, po czym zostałem wyprowadzony na dziedziniec, gdzie już czekał na nas ford focus mający zawieźć nas do prokuratury.


CDN.

  Spis treści zbioru
Komentarze (4)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
avatar
W majestacie i państwie demokratycznym unijnego europejskiego PRAWA nie takie z Bohaterem fikołki jeszcze obejrzymy! Już ja się nie mylę :)

Trzymaj się, Ojciec, i nie daj się, nie daj się! w mordę tego jeża!
avatar
Dzięki za komentarz. No nie powiem, bo bohatera czekają nieliche przygody :) No ale cóż, nikt nie mówił, że będzie lekko.
avatar
Opowiadanie rodem z kryminalnego koszmaru,ale co taki bohater jak Kowal robi,że do niego przyjeżdża specjalna jednostka,nikt nie wie,więc czekam na ciąg dalszy.
avatar
A i beletki płetwonurka istnieją:)))
© 2010-2016 by Creative Media
×