Przejdź do komentarzyJacek Gorzałka
Tekst 6 z 12 ze zbioru: Małe Piwko
Autor
Gatunekobyczajowe
Formaproza
Data dodania2011-09-07
Poprawność językowa
Poziom literacki
Wyświetleń2043

Łukasz stał na stacji swojego małego miasta  i zaciągał się papierosem. Pociąg nadjeżdżał z niewielką prędkością. Wyrzucił resztkę palącego się Pall Mall-a, podniósł swoją niewielką torbę i ustawił się wraz z innymi pasażerami  wzdłuż peronu. Wagony były puste, bo pociąg niedawno zaczął swój bieg dlatego łatwo znalazł miejsce w wolnym przedziale. Usiadł tuż przy oknie, spoglądał na oddalające się miasto jego życia…

O ośrodku „Pomost” dowiedział się przypadkowo, przeszukując internet. Wie tyle, że mieści się w nadmorskim lesie i członkowie grupy to ludzie uzależnieni do alkoholu i narkotyków. Mieszkańcy żyją w drewnianym domku, gdzie spędzają czas ciężko pracując w lesie.

Pociąg zatrzymał się na kolejnej niedużej stacji, gdzie wsiadło sporo osób.  Był sezon wakacyjny, stąd większe natężenie podróżujących niż zwykle. Do przedziału dosiadło się starsze małżeństwo z  dość sporym bagażem. Kiedy skład ruszył w dalszą drogę, współpasażer sięgnął do torby podróżnej i wyciągnął z niej puszkę piwa znanej marki. Nieświadomie Łukasz przełknął ślinę jak na widok śledzi lub cytryny i wyobraził sobie jak jednym duszkiem wypija tego „browarka”. Czuł, że jedna puszka i może jeszcze kilka innych stanowią cudowne lekarstwo na jego dolegliwości. Tak niewiele potrzebował w tej chwili.

„Nie myśl o piwie, zapomnij na zawsze. Napij się pysznej, zimnej koli  to pragnienie przejdzie” – odezwał się głos rozsądku. Wyciągnął litrową butelkę ciemnego płynu, odkręcił i zaczął nerwowo pić. Miał zamknięte oczy jakby oddał się jakiejś dziwnej hipnozie. Wyobrażał sobie, że spożywa zimny kufel ulubionego regionalnego piwa. Zwrócił uwagę sąsiadów gdy rozlał kolę po sąsiednich, na szczęście pustych siedzeniach.

- Przepraszam, jestem bardzo spragniony – wykrztusił z siebie, zakręcając butelkę i łapiąc oddech.

- Panie, nie pij pan tego odrdzewiacza  – powiedział starszy gość z przedziału. - Ja mogę poczęstować pana porządnym napojem- chmielowym nektarem Bogów. Wypij pan za zdrowie wnuczki, bo się nam urodziła wczoraj. Jedziemy do syna i jego żony, pomożemy im trochę przy dziecku w pierwszych dniach.

- To nasza pierwsza wnuczka - dodała jego żona.

Łukasz w głowie poczuł mocny ścisk jakby cała krew napłynęła do jego mózgu.  Nie spodziewał się, że tak szybko pojawi się pokusa i chęć napicia się alkoholu.   

- Nie, dziękuję – odpowiedział dość  stanowczo.

- Nalegam, to tylko jedno piwo. Nikomu jeszcze nie zaszkodził browarek. Nawet pan nie poczuje go w głowie – namawiał starszy jegomość.

Łukasz nie odpowiedział i odwrócił głowę do szyby, wpatrując się w mijane za oknem  krajobrazy.

Współpasażer nie podawał się i wyciągnął rękę z puszką piwa w kierunku Łukasza, jakby to miało przekonać rozmówcę.

- Za zdrowie wnuczki musi pan wypić, to tylko jedno – powiedziała starsza pani.

Łukasz niespodziewanie wstał i odwrócił głowę w ich stronę.

- Dla mnie nie ma jednego, jest co najwyżej  pierwsze piwo. Następnie będzie wódka lub cokolwiek mocniejszego, co będzie pod ręką. Od wczoraj nie piję i nie mam zamiaru tego więcej robić! – powiedział podniesionym głosem. – Chyba, że mają państwo ochotę ze mną pić cały miesiąc bez przerwy, a może dłużej, aż zabierze mnie karetka do szpitala na odtrucie. Później spędzę dwa tygodnie w szpitalu psychiatrycznym w oddziale dla alkoholików, gdzie będę wił się jak piskorz, przypięty pasami do łóżka – jego twarz zrobiła się czerwona. Gdy tak mówił jego słuchacze zamilkli w bezruchu, wyglądali na  przestraszonych.

- Czy zesrał się pan kiedyś do swojego łóżka i musiał w tym leżeć aż ktoś łaskawie posprząta?- zapytał, patrząc prosto w oczy starszego pana. Tamten unikał spojrzenia Łukasza , który nie oczekując odpowiedzi kontynuował. – Człowiek czuje się wtedy jak zasrane niemowlę lub zwierzę, a ja chcę w końcu być znów człowiekiem!

Zabrał bagaż i wyszedł z przedziału, strzelając drzwiami. Poszedł korytarzem do toalety, zachciało mu się wymiotować, cały drżał. „To pewnie od tej koli”-  pomyślał.

Usłyszał stukanie w drzwi toalety, kiedy przemywał twarz wodą. Skończył wymiotować ale drżenie ciała pozostało. Czuł się bardzo źle ale wiedział, że musi wytrwać i dotrzeć do celu.

- Kontrola biletów! – wykrzyknął ktoś zza drzwi.

Łukasz jeszcze spojrzał w lustro, wziął głęboki oddech i wyszedł na korytarz. Nic nie mówiąc wyciągnął bilet i pokazał konduktorowi. Chwile później szedł już w poszukiwaniu wolnego przedziału. Wiedział, że musi się opanować i nie w dawać się w dyskusje ze współpasażerami. W końcu znalazł miejsce w przedziale, gdzie siedziały dwie młode dziewczyny. Usiadł koło drzwi i zamknął oczy, pragnął zasnąć ale po głowie krążyło mu wiele myśli, nie dających mu spokoju.  Dodatkowo, jak wnikało z rozmów współpasażerek ,podążały  na festiwal muzycznym w Sopocie, który obudził w Łukaszu najtrudniejsze wspomnienia… Trzy lata temu to tam wszystko co kochał się skończyło, a rozpoczęło to, co sprowadza go do ośrodka…

 Ocknął się nad ranem. Głowa miał ciężką, ciało dalej lekko drżało, czuł się niewyspany ale szczęśliwy że obudził się bez kaca.

„Kolejny dzień bez wódki” -  pomyślał dumnie.

Wysiadł na Gdańsku Głównym tak jak już kiedyś z Klaudią…  Wspomnienia o ukochanej krążyły mu po głowie niczym planety po orbicie, a rozsądek podpowiadał mu, ze powinien odwiedzić miejsce jej śmierci. Na stacji PKS dowiedział się, że najbliższy jego autobus odjeżdża dopiero wieczorem, co jeszcze bardziej pomogło mu w podjęciu decyzji-  wsiadł do kolejki miejskiej i pojechał do Sopotu. Gdy wchodził na jeszcze pustą plażę, po policzku pociekły mu łzy. To na tym piasku rozegrała się największa tragedia  w jego życiu. Cztery lata temu przyjechali tu z ukochaną Klaudią nawspominany festiwal muzyczny i namówił ją na wzięcie amfetaminy z ekstazy. Miała duże opory, bo jakoś nie przepadała za używkami ale w końcu uległa namowom Łukasza. Miało być cudownie ale nie przewidzieli, ze serce dziewczyny nie wytrzyma… To tutaj umierała mu na rękach. Wtedy jego życie straciło sens i to tutaj rozpoczęła się jego dramatyczna przygoda z morzem alkoholu.

Położył się na plecach, poczuł zimny piasek we włosach, zamknął oczy i wsłuchał się w morskie fale. Na nowo ożył mu w pamięci tamten wieczór…  Wspomnienia są bezwzględne i brutalnie obiektywne w jego przypadku. Kontemplacje przerwał jakiś męski głos.

- Witaj stary kumplu!

Łukasz niechętnie podniósł głowę, myśląc że jakiś menel zbiera na wino. Jego oczom ukazał się mężczyzna w średnim wieku, z reklamówką w ręce, stojący tuż nad nim, tak że przysłaniał mu widok na morze.

- Słucham?  - nie krył zdenerwowania.

- Cześć kolego. Znamy się przecież od lat – odpowiedział tamten, uśmiechając się i pokazując całą gamę pożółkłych zębów.

- Nie przypominam sobie – odpowiedział nieco zdziwiony Łukasz. – Raczej pamiętam wszystkich swoich znajomych. To na co zbierasz i ile chcesz?

- Ja, od ciebie? Ty zawsze chcesz coś ode mnie. - dosiadł się bez pozwolenia obok rozmówcy. - Byłem zawsze przy tobie w trudnych chwilach. Wtedy jak otrułeś tę biedną dziewczynę, też byłem. Ja pierwszy wyciągnąłem do ciebie pomocną dłoń, to ze mną wtedy rozmawiałeś płacząc i skomląc Boga o przebaczenie.

- Odejdź człowieku, bo zawołam policję. Nie wiem skąd uciekłeś ale na pewno już cię szukają! – próbował odstraszyć rozmówce przerażony Łukasz. Już wiedział, że to nie żebrzący kloszard. Tamten nie zwracając uwagi na jego słowa mówił dalej:

- Tam na odwyku, w  szpitalu chciałeś odjeść ale po kilku dniach znów mnie błagałeś o powrót. Ja, naiwny zawsze podawałem ci pomocną dłoń, a ty bełkotałeś ze mnie nie opuścisz aż do śmierci. – mówił bardzo spokojnie, a jego głos przypominał tandetnego  narratora ze starych  filmów video, był taki nienaturalny. – Prawie jak na ślubie, co nie Łukasz? Do Klaudii nigdy tak nie powiedziałeś…

- Skąd znasz nasze imiona i w ogóle to wszystko wiesz…? – zapytał zdziwiony ale mężczyzna mówił dalej.

- Już ci mówiłem chłopcze, ze się znamy długo i często błagalnym głosem skomlałeś, że jestem jedynym wiernym przyjacielem i nie mogę cię nigdy zostawić samego… – mówił z wyraźną satysfakcją tajemniczy facet.

- Jesteś tylko zwykłym świrem! – rzucił i przypomniał sobie, że  mówił tak  o wódce, ale tylko w pijackim amoku.

„ Może to ktoś z ośrodka próbuje mnie sprawdzić. Pewnie śledzą mnie od dworca, bo myśleli że idę pić. Nie ma co, dobra scena, co nie ukrywa faktu, że mają profesjonalne podejście. Tylko skąd wzięli takiego prawdziwka…”  - przemyślał sprawę.

Tamten wyciągnął rękę do Łukasza.

- Pozwolisz, że przypomnę jak się nazywam. Jacek Gorzałka – wierny przyjaciel Łukasza Nowaka. Pozwolisz, ze się napijemy razem -  kiedy uścisnęli dłonie, mężczyzna wyciągnął butelkę wódki z reklamówki , odkręcił nakrętkę i podał Łukaszowi, dodając:

- Zresztą, zawsze chciałem cię o coś zapytać- czy jej rodzice odzywają się do ciebie?

- Tego to już za wiele, lekko przeginasz!

Łukasz nie wytrzymał i odepchnął rozmówce, a ten upadł na plecy ciągle uśmiechając się. Butelka wypadła mu z rąk i zawartość rozlała się na piasek.

- Patrz co zrobiłeś chłopcze! Jeszcze dziś zapragniesz to zlizać – Jacek Gorzałka śmiał się teraz głośno.

- Odpieprz się ode mnie durny świrze! Macie pojebane metody w tym ośrodku, nie ma co  – wykrzyknął. Wstał, otrzepał się z piasku i zaczął iść w stronę wyjścia z plaży.

-  Tylko ja ci zostałem czy chcesz tego czy nie i też ci obiecuję, że cie nigdy nie opuszczę – śmiejąc się mówił coraz głośniej za oddalającym się chłopakiem. Łukasz nie odwracając się zaczął biec…

Pędził co sił w nogach w stronę dworca, nie oglądając się za siebie. W tunelu łączącym stacje kolejową z miastem starszy gość, z zakrytą kapturem głowa grał na akordeonie i śpiewał piosenkę. Bardzo smutną piosenkę, którą już kiedyś słyszał, chyba  w jakimś starym polskim filmie. Przystanął na chwilę  i wsłuchując się w grającego dziadka oparł się plecami  o ścianę.

Dzień jak co dzień, ponury dzień jak co dzień.

Zepsuty zlew, za oknem mgła.

Krople deszczu o brudne biją szyby.

Sąsiad podle na pianinie gra…

Powiedz,  miła, dlaczego ciebie nie ma.

Czemu serce - tęsknota żre jak rdza?

Dzień jak co dzień, ponury dzień jak co dzień.

Tylko wódka zapomnienie da…

Łukasz podszedł do muzykanta i zapytał:

- Czy wódka to jedyne rozwiązanie w takim przypadku? – zapytał żałując, że przyjechał do Sopotu.

Tamten przestał grać, ściągnął kaptur, a Łukasza oczom ukazał się Jacek Gorzałka– tajemniczy facet z plaży.

- W takim przypadku jest jeszcze tylko śmierć… - powiedział mężczyzna, patrząc prosto w oczy zdziwionego Łukasza.

- Co tu się dzieje, co to za scena! Zostaw mnie, to już nie jest śmieszne! – krzyczał przerażony Łukasz i odepchnął grającego mężczyznę. Ten poleciał do tyłu ale zatrzymał się na ścianie.  Uśmiechnął się tylko jakby nic się nie stało i  zaczął grać dobrze znaną piosenkę: „Ta ostatnia niedziela”.

Po raz kolejny na policzkach Łukasza pojawiły się łzy, dłońmi zakrył uszy jak dziecko, które nie chce słyszeć  przerażającej bajki opowiadane przez starsze rodzeństwo. Odwrócił się i pobiegł na schody, i dalej na peron. Mijał ludzi spieszących się do pracy, na zakupy, do szkoły. Pociąg wjeżdżał na stację, a Łukasz z przerażoną miną zbliżał się do torów mówiąc pod nosem,  do siebie:

- Muszę skończyć ten chory sen…

  Spis treści zbioru
Komentarze (1)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
avatar
jestem pod wrażeniem...trochę zastanawia mnie,czy momentami musi być,aż tak moralizatorsko...ale co tam, świetna całość, liczę na ciąg dlaszy.pozdrawiam.
© 2010-2016 by Creative Media
×