Przejdź do komentarzyDom z wieżyczką
Tekst 2 z 6 ze zbioru: Idzie nowe
Autor
Gatunekobyczajowe
Formaproza
Data dodania2011-11-14
Poprawność językowa
Poziom literacki
Wyświetleń3760

Był wtorek, 14 października. Karol, jak zwykle, wstał o 4. Umył się. Wypił łyk herbaty. Pościelił łóżko. Zmówił pacierz. Zrobił 45 pompek i usiadł. Potem się położył. Wpatrzony w małe okienko, obserwował, jak jaśnieje niebo. Niby zwykły dzień. Coś mu jednak nie grało. „Co jest kurtka na wacie?” – myślał sobie. „Jakieś motyle fruwają mi w brzuchu. Chce mi się do kibla”. Zeskoczył z łóżka i schował się za kotarkę.

-Eee, Karol, doliniarz bachnął się na struny. Piguła nie zdążył i młody wykorkował– krzyknął Benek.

„To już dziesiąty odkąd tu jestem” - pomyślał Karol.- „Dlaczego nie czekają. Odchodzą sami, za szybko…”.  Wyszedł zza kotary i wrócił na swoją pryczę. Benek coś jeszcze mówił. Karol nie słuchał. „Mam dosyć” - pomyślał. – „Jak dobrze, że to już dzisiaj…”.

                                                              

 ***

Karol miał 26 lat. Ostatnie pięć spędził w więzieniu za kradzieże i rozboje.

- To dobry chłopak, ale wpadł w złe towarzystwo – tłumaczyła go matka i poniekąd miała rację.

Karol od dziecka był spokojny, trochę nieporadny, nieśmiały. Z domu zapamiętał , że matka była poddana ojcu, ten dziadkowi, a najstarszy z rodu pierwszemu sekretarzowi. Karol nie miał wyjścia. Też czuł, że musi być komuś poddany. Okazja natrafiła się, kiedy chłopak wraz z rodzicami i dziadkiem przeniósł się do bloków socjalnych. Choć nie byli rodziną patologiczną, nie mieli wyjścia. Nieporadność doprowadziła ich do biedy. Nie mieli na czynsz. Matka zarabiała grosze, szyjąc rękawice robocze w domu, a ojciec stróżował na budowie. Raz coś z niej ukradli i zwolnili go. Zbierał puszki po śmietnikach i makulaturę. Na chleb mieli z dziadkowej renty. Tylko właściwie na to starczała. Karol miał wtedy 13 lat. Codziennie po szkole siadał na schodach wejściowych do bloku i obserwował Buca. Miał chłopak posłuch. Zaledwie piętnastoletni, a  budził podziw. Pił, kradł, bił. Imponował małolatom z osiedla. Karol , choć nieśmiały, wkręcił się do jego gangu po tym, jak ujął się za sąsiadką. Bronił jej  przed policjantem. Ten przyczepił się do starej Zośki, pijaczki spod czwórki. Oskarżył ją o kradzież. Karol wiedział, że pije, ale żeby ukraść, to nie. Tym sposobem zdobył szacun u kumpli z podwórka.

Pierwszy raz, na próbę, ukradł coca  - colę z osiedlowego sklepu. Ze strachu aż się posikał. Potem było już łatwiej.  Kradł słodycze z supermarketów, radia samochodowe, a w końcu pieniądze. Policja często zaglądała do jego rodziców. Matka chlipała wieczorem do poduszki. Ojciec nie mówił nic, a dziadek przyjmował kradzione pieniądze. Dawał synowej, mówiąc, że obstawia wyścigi konne i wygrywa. Karol nie był więc na wskroś zły. Wiedział, że gdzieś za murami jego osiedla jest świat pełen luksusu. Kochał swoich nieporadnych rodziców i obiecywał sobie po cichu, że  kiedyś zbuduje dla nich piękny dom, taki z wieżyczką z czerwonej cegły. Marzenia musiały jednak poczekać…

Karol raz się zdenerwował. Na przystanku podszedł do starego listonosza. Założył kominiarkę i zażądał pieniędzy. Mężczyzna bronił torby, jak tylko mógł. Zaczął wyzywać Karola i jego rodzinę.  A że chłopak miał kompleks niższości, słowa raniły go bardziej niż ciosy. Kiedy usłyszał: „ Twoja matka to zdzira”, nie wytrzymał. Przyłożył listonoszowi i uciekł z torbą. Dowiedział się na przesłuchaniu, że złamał mu szczękę. Dostał pięć lat. Udowodnili mu inne przestępstwa. Trafił do dwuosobowej celi. Zamieszkał z grypserem Benkiem. Sam nigdy nie grypsował. Powód był prozaiczny. Nie mógł zapamiętać co znaczy co. Na początku miał problemy w związku z tym, ale w końcu współwięźniowie uznali, że jest przygłupem i dali mu spokój. To było mu na rękę.

Przez pięć lat Karol doskonale poznał świat, o jakim dotąd ,z wypiekami na twarzy, opowiadali  sobie jego kumple z gangu. Na początku czuł się ważny. Potem, gdy zobaczył twarz matki podczas widzenia, zrozumiał, że zrobił źle i chce się zmienić. „Przecież nie jestem taki głupi” –pomyślał kiedyś. Odtąd ta myśl towarzyszyła mu już zawsze. Było jeszcze coś. Karol wciąż miał marzenie. Chciał wybudować rodzicom dom z wieżyczką z czerwonej cegły. W więzieniu dokończył zawodówkę. Miał fach w ręku. Był murarzem. Czasami, pod eskortą strażników, wyjeżdżał gdzieś na budowy, zwłaszcza państwowych obiektów. Klawisze polecali go, bo nie sprawiał kłopotów. Karol, po latach, poszedł też do spowiedzi. Kapelan więzienny rozmawiał z nim dwie godziny. Nigdy dotąd nikt nie poświęcił mu tyle czasu. Zaczął się modlić…


***


14 października, punktualnie o godzinie 10, otworzyły się drzwi celi.

- Och Karol! Wychodzisz dzisiaj na słoneczko – rżał klawisz.

- Koniec garowania. Wyklepujesz! – krzyknął Benek. Po kryjomu otarł łzy. Przyzwyczaił się do chłopaka. Był sporo starszy od Karola i traktował go trochę jak swojego syna, którego nie miał.

Chłopak szedł korytarzem i myślał: „Nigdy, nigdy więcej tu nie wrócę…”.

Przed bramą więzienia nikt na niego nie czekał. Wiedział, że matka choruje od dłuższego czasu na zapalenie płuc. Ojciec znowu dostał robotę stróża i pracował na zmiany, a dziadka już nie było. Zmarł trzy lata po tym, jak Karol trafił za kratki. Nie był nawet na jego pogrzebie.

Jesienny chłód dał o sobie znać. Chłopak miał na sobie tylko cienką kurtkę. Kiedy go zamykali, było lato. Mimo to postanowił iść na piechotę. Przed nim było kilkanaście kilometrów. Szkoda mu było grosza na autobus. Nie wiedział, co zastanie w domu. Szedł przez miasto, chłonął uliczny gwar. Nagle poczuł łzy na policzkach. Nie zorientował się, kiedy zaczął płakać. Płacz przeobraził się w łkanie. Dopadł do ławki na rynku. Emocje, które kumulowały się przez pięć ostatnich lat, wybuchły nagle, w samym centrum miasta. Nie obchodzili go ludzie. Niektórzy podchodzili do niego i pytali, czy mogą mu pomóc. Odganiał ich tylko ręką.

Do domu dotarł późnym wieczorem. Mieszkanie było puste i zimne. Na stole stała niedopita szklanka lodowatej herbaty. Łóżko było nie posłane. Woń potu przemieszana z zapachem leków wdzierała się intensywnie do nosa. W lodówce nie było dosłownie nic. Karola przeszły ciarki po plecach. Zapukał do Zośki spod czwórki. Dowiedział się, że matkę dwa dni temu zabrali do szpitala. Było z nią bardzo źle.

- A ojciec…wołała za nim Zośka. – Karol, ojciec wyjechał, ale dostał dobrą pracę, będzie wam lepiej…

Tego już nie usłyszał. Zabrał swoją letnią kurtkę i popędził do szpitala. Po drodze modlił się, żeby tylko zdążyć. Nie zdążył…Matkę zobaczył w kostnicy.  Płakał, zaklinał, przepraszał. Nie był w stanie puścić jej wychudzonej, spracowanej i pożółkłej ręki. Stracił jedyną osobę, na której mu zależało, o której myślał przez ostatnie pięć lat. Wymarzył sobie dla niej lepsze życie. I nagle wezbrała w nim straszna złość. Wszystkie mięśnie napięły się do granic możliwości. Rozpierała go siła, jakiej dotąd nie znał. W jednej sekundzie znienawidził siebie i swoje życie. Wiedział, że musi coś zrobić. W głowie już układał plan, ale w tej chwili zapragnął biec…Wybiegł z kostnicy. Biegł przez korytarz, rozwalając wszystko, co stanęło mu na drodze. Ktoś wezwał ochronę. Karol podbiegł do ochroniarza i uderzył go w twarz, potem jeszcze kilka ciosów w brzuch. Mężczyzna upadł, a chłopak pobiegł dalej. Uciekał. Gnał przed siebie. Mijał samochody, ulice, podwórka. Zatrzymał się dopiero przed jakimś kościołem. Dobiegł do ołtarza i rzucił się na kolana. Z jego gardła wydobył się przeraźliwy ryk. Echem rozniósł się po kościele. „Dlaczegooo, dlaczegooo mi to zrobiłeś?! Ty, w którego uwierzyłem, do którego tak żarliwie się modliłem?”. Łkał i wił się przed ołtarzem. Wymęczony w końcu zasnął. Po kilku godzinach znalazł go kościelny. Myślał, że to bezdomny przyszedł się ogrzać. Wypędził go z kościoła.

W nocy zatrzymała go policja. Trafił na dołek. Wiedział już, że nie ma odwrotu. Za to co zrobił, znowu pójdzie siedzieć. „Nie wrócę tam, nieeee…, już nigdy, nigdy… „ – krzyczał.  W nocy przyśniła mu się matka. Uśmiechała się do niego. Głaskała go po policzku, tak jak wtedy, gdy był małym dzieckiem. Wziął ją za rękę i poszli razem do domu z wieżyczką z czerwonej cegły...


***


Benek odłożył gazetę. Gardło miał ściśnięte…

- Karol…Karol bachnął się na linę – wymamrotał i zakrył twarz rękami.

  Spis treści zbioru
Komentarze (10)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
avatar
Gratuluję! Bardzo przekonujące, z artystycznym i społecznym wyczuciem napisane opowiadanie. Jesteś doskonałym obserwatorem, psychologiem i potrafisz to przekazać sprawnie językowo.Jeśli masz materiał na całą książkę, siadaj i pisz. Może poruszysz sumienia zajętych tylko igrzyskami "tych u władzy" i "tych z kasą"?.
avatar
Bardzo piękny i niezwykle realistyczny zapis sytuacyji i zdarzeń. Podziwiam niezwykły zmysł obserwacyjny i ogromną intuicję. Mam jednaak wątpłiwośco dotyczące zapisu dialogu wewnętrznego. Nie podoba mi się branie swoich myśli czy wypowiedzi w cudzysłów. Przecież nie cytujesz siebie, więc zapisuj go tak, jak każdy inny dialog, a to robisz dobrze.
avatar
Dziekuję Wszystkim za tak wspaniały odbiór mojego opowadania. Cieszę się, że to, o czym piszę, co dla mnie jest ważne, spotyka się z tak żywą reakcją. To dla autora znak, że jego praca nie idzie na marne i udało mu się COŚ przekazać. Janko! Myślę, że powinnam posłuchać Twoich rad odnośnie zapisu dialogu wewnętrznego.Dziękuję :-)
avatar
Smutne, wstrząsające, doskonałe.
avatar
Być może wystarczyła jedna dłoń... jedna,pomocna dłoń...
avatar
Poruszające, dobrze napisane opowiadanie. Czyta się zachłannie i niecierpliwie oczekuje na zakończenie. Szkoda, że smutne. Zakończenie mimo wszystko zaskakuje (w tyle głowy kołacze się oczekiwanie na happy end), przewraca tekst do góry nogami i skłania do głębokiej refleksji.
avatar
Świetne! Pokazywanie jakiejś subkultury (jeśli można to tak nazwać) jest jak odkrywanie nowego świata, szczególnie, że wiesz o czym piszesz. Wierzę temu opowiadaniu od początku do końca.
avatar
bardzo dobre. Ze znawstwem tematu, języka. Podoba mi się
avatar
Podtrzymuję swoją poprzednią opinię i uważam, że tekst nadaje się do publikacji.
avatar
Nominowany do publikacji.
© 2010-2016 by Creative Media
×