Przejdź do komentarzyUśmiech esbeka
Tekst 25 z 27 ze zbioru: Opowieści o ludziach i miejscach
Autor
Gatunekhistoryczne
Formaproza
Data dodania2018-09-01
Poprawność językowa
Poziom literacki
Wyświetleń218

Tomek ukończył historię na uniwersytecie i stanął na progu kariery zawodowej. Tam gdzie mieszkał, mógł ją zrobić tylko jako nauczyciel lub gryzipiórek w urzędzie.

Zaczął od „niesienia kaganka oświaty” i przez dwa lata opowiadał uczniom o Mieszku i Napoleonie. Nie dawało mu to ani pieniędzy, ani satysfakcji, bo godzin miał mało, a uczniowie olewali historię. Na karierę urzędniczą też nie mógł liczyć, ponieważ w lokalnych władzach nie miał żadnych wujków ani szwagrów.

Jego los odmienił się po przypadkowym spotkaniu kolegi ze studiów. Wypili po piwku i wtedy tamten powiedział, że jest milicjantem.

Po drugim piwie Tomek był już zdecydowany pójść w ślady kolegi, który obiecał pomóc mu na starcie. Pomoc była skuteczna i Tomek po kilku dniach był na rozmowie w komendzie wojewódzkiej. Tam powiedziano mu, że bardzo potrzebni są młodzi i wykształceni ludzie, ale w Służbie Bezpieczeństwa (SB). Zapewniono go przy tym, że służba ta nie ma już nic wspólnego z ubecją ze stalinowskich czasów.

Nie uwierzył w to zapewnienie, ale liczył, że dostanie jakąś papierkową robotę i przeżyje, nie brudząc sobie rąk. Miał gdzieś politykę, wrogów ustroju i tym podobne rzeczy. Chciał dobrze zarabiać, po piętnastu latach pójść na emeryturę i za to postanowił się sprzedać.

Rodzicom skłamał, że idzie do milicji, ale i tak byli załamani, bo uważali że to wstyd. Mimo to Tomek został „bezpiecznikiem”. Przeszedł stosowne szkolenia, dostał dwie gwiazdki i… nie trafił do papierków, tylko do pracy w terenie.

Owym terenem była nowa fabryka w sąsiednim miasteczku, która miała kontakty ze „zgniłym Zachodem” i dlatego musiała być chroniona przed wrogami ustroju, szpiegami i dywersantami. Zadanie to przypadło Tomkowi.

Nie wyobrażał sobie istnienia jakichś wrogów ustroju w tamtej okolicy, bo i skąd mieliby się wziąć. Zakład wybudowano na ugorach, a jego załogę stanowili okoliczni mieszkańcy – w większości chłoporobotnicy. W kilku przyzakładowych blokach mieszkała przybyła „ze świata” kadra techniczna – ludzie obcy i słabo integrujący się z tubylcami. Fabryka była przemysłową wyspą na rolniczym morzu i „matką żywicielką” dla regionu. Na takiej glebie wrogowie ustroju nie wyrastali.

Nie wierzył też w to, że „jego” zakład może być interesujący dla szpiegów, bo produkował tylko proste elementy metalowe, czyli nic interesujacego dla jakiegokolwiek wywiadu.

Najbardziej obawiał się dywersantów i to nie tych o pobudkach politycznych, czy nasłanych z zewnątrz. Bał się, że ktoś może przez nieuwagę lub głupotę coś wysadzić lub zepsuć, a będzie to wyglądało na sabotaż i wtedy cała upolityczniona machina dochodzeniowa zostanie puszczona w ruch. Trzeba będzie za wszelką cenę znaleźć winnego, a przy okazji mogą polecieć głowy – może i z jego włącznie.

Bez względu na to w co wierzył lub nie, musiał coś robić, bo od tego zależała jego przyszłość.

Na początek zaczął tworzyć spośród pracowników fabryki możliwie liczną grupę „tajnych współpracowników” (TW). Ponieważ zakład się rozwijał, dlatego wielu jego pracowników wyjeżdżało za granicę w związku z zakupami urządzeń i na szkolenia. W tamtych czasach takich ludzi przesłuchiwała bezpieka i niektórych z nich zmuszała do współpracy.

Tę samą metodę zastosował i Tomek, ale współpracę „proponował” wszystkim przesłuchiwanym. Grożąc, że zablokuje im kolejne wyjazdy, zmuszał ich do podpisywania lojalek i zakładał teczki osobowe. W ten sposób szybko mógł pochwalić się największą liczbą TW w firmie.

Ilość, niestety, nie szła w parze z jakością. Mimo, że Tomek regularnie przepytywał swoich informatorów, to dowiadywał się o sprawach ciekawych raczej dla proboszcza lub miejscowych plotkarek. Ludzie mówili mu kto pił, kto kradł lub uwodził cudze żony. Nikt jednak nie wspominał o niczym, co można było uznać za działalność szpiegowską lub antypaństwową.

Niewiele też dawały przesłuchania powracających z zagranicznych delegacji. Wynikało z nich, że pozasłużbowo z nikim się nie kontaktowali, a wolny czas spędzali w marketach.

Nie były to informacje którymi mógłby zabłysnąć przed szefostwem. Dlatego protokoły z przesłuchań często podkolorowywał i wypełniał nimi kolejne teczki osobowe.

Nie miał powodów, żeby nie wierzyć swoim TW, jednak nurtowało go pytanie, dlaczego mimo wszystko nikt im nie proponował współpracy z obcym wywiadem. Po przemyśleniach doszedł do wniosku, że jego podopieczni albo byli na to za głupi, albo za mało wiedzieli.

Dlatego więcej uwagi zaczął poświęcać zagranicznym gościom fabryki. Interesował się tym, co mówili i co robili w wolnym czasie.

Z uzyskanych informacji wyłaniał mu się negatywny obraz polskiej rzeczywistości. Goście narzekali na brudne kible w fabryce, na zimne zupy i ciepłe piwo w restauracjach i uważali Polki za tanie dziwki po pięć dolców. Nie było to miłe, ale nie miało nic wspólnego ze szpiegostwem.

Ale i dla Tomka w końcu zaświeciło słońce. Od bezpiecznika z innego miasta dostał cynk, że niejaki Weber ze zachodniej firmy elektronicznej jest podejrzewany o szpiegostwo. Natychmiast przepytał kilku TW i dowiedział się, że ów Weber był wysokim blondynem w okularach i dość często bywał w fabryce. Zachowywał się trochę nietypowo jak na zagranicznego montera, bo nie pił i nie latał za babami.

Poza tym Tomek nie ustalił nic więcej, ale taki nietowarzyski blondyn w jego mniemaniu mógł być szpiegiem. Na wszelki wypadek sporządził stosowny raport i od tamtego czasu z owej firmy elektronicznej zaczął przejeżdżać niski brunet bez okularów, ale za to z brodą.

Gdy powstała Solidarność, Tomek musiał przestać tropić szpiegów, a zająć się wrogami ustroju. Nie było to trudne zadanie, bo nowy związek zawodowy w jego fabryce powstał tylko dlatego, że wszędzie takie powstawały, a jego działacze nie byli żadnymi osobowościami. Nikt z nich nie skakał przez płot ani nie był noszony na rękach jak Wałęsa. Wykonywali jedynie polecenia góry, ale byli podszyci strachem i na nic własnego nie było ich stać.

Tomek sporządził więc tylko listę najważniejszych z nich i ograniczył się do obserwacji rozwoju sytuacji. Była ona niegroźna aż do stanu wojennego, a i potem nie uległa zmianie. Lista ta posłużyła za podstawę do internowania kilku związkowców, którzy zresztą wyszli na wolność w pierwszym możliwym terminie.

Tomek pracował już dość długo, ale poza szafą pełną teczek TW niczym nie mógł się pochwalić. Tak też oceniali go szefowie, więc przenieśli do „paszportów”.

Chociaż nie była to nagroda, to Tomek był z przeniesienia zadowolony. Miał w końcu spokojną papierkową robotę i przy niej chciał doczekać do emerytury.

Tak też się stało i na krótko przed „wybuchem demokracji” przeszedł w stan spoczynku. Potem zmienił miejsce zamieszkania, otworzył sklepik z dewocjonaliami i spokojnie przyglądał się nowej rzeczywistości.

Gdy nastała era oświadczeń lustracyjnych i afer teczkowych, na podstawie których niejednokrotnie krzywdzono niewinnych, czasem przychodziła mu ochota, żeby gdzieś publicznie powiedzieć: „Ludzie! Nie dajcie się zwariować! Przecież ja sam naprodukowałem wielu bezużytecznych TW i wypychałem ich teczki lipnymi notatkami, a takich jak ja było wielu.”

Nie zrobił jednak tego, bo nic by to nie zmieniło, a jemu mogłoby zaszkodzić.

Uśmiechał się tylko.




  Spis treści zbioru
Komentarze (16)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
avatar
Historia, jakich wiele (taki był system, każdy chciał, po prostu, żyć). Wciąż jednak żyją kaci, którzy swoim ofiarą śmieją się w twarz, i to mnie wk..... .
avatar
Masz rację Mikesz, ale nic na to nie poradzisz. Są układy i układziki na które normalni ludzie nie mają wpływu.
Pozdrawiam.
avatar
Racja, historia jakich wiele. Znałam podobnego, tyle że ten jednak zaszkodził kilku ludziom. Po 89r. chodził jako pierwszy w procesjach Bożego Ciała, bardzo blisko proboszcza. Zmarł na chorobę nowotworową piętnaście lat temu.

Był czas że popierałam "grubą kreskę", bo rozumiałam, że Mazowiecki nie chce rewanżu, zemsty i wieszania na latarniach (jak na Węgrzech w 56r.) Dzisiaj, patrząc na byłego prokuratora PRL-u, który reformuje wymiar sprawiedliwości, już nie jestem taka pewna, czy "gruba kreska" była słuszna.
avatar
Ciekawe opowiadanie. Znałam 2 SBeków, którzy byli aktywni w stalinowskich czasach, mieszkali w tej kamienicy, w której sie wychowywałam. Starsi już wtedy panowie nie byli miłymi sąsiadami. Oj, nieee. I gdy dorosłam, pomyslałam sobie, że SB to nie zawód - to charakter.
Później poznałam kogos kto był w SB już w bardziej cywilizowanych czasach, ze względów podobnych jak bohater opowiadania. Odszedł stamtąd, gdy już było wiadomo, że "okręt tonie", "bo przestało mu sie podobać, to co tam się działo". I znowu pomyślałam o tej kwestii charakteru...
avatar
Samo życie. Bardzo ciekawa relacja. Z jednym faktem jednak chyba się nie zgodzę. Piszesz o stosownym przeszkoleniu i otrzymaniu dwóch gwiazdek. W czasie, w którym sytuujesz początek kariery Tomka, żeby absolwent wyższej uczelni dostał dwie gwiazdki, musiał odbyć przynajmniej roczne przeszkolenie. Tak było w resorcie MON, podobnie w resorcie MSW. Tak jest chyba też obecnie. Jest to coś w rodzaju studiów podyplomowych. To tylko w czasie pierwszych rządów PiS (2005-2007) produkowano oficerów na kursach tygodniowych lub dwutygodniowych.
Drobne potknięcia w zakresie poprawności językowej. Z zachodniej firmy, a nie "ze zachodniej firmy". Brakuje przecinków przed: że to, kto pił, którymi; zbędny przecinek przed: że (mimo, że).
avatar
Interesująca historia.
Przykre niesamowicie, że tak wielu ludzi cierpiało z powodów władzy nad czymś, kimś.
Wymienione schematy to porażka człowieczeństwa.
Nieprawdopodobne, co człowiek jest w stanie uczynić dla kariery, pieniedzy i bycia zauważonym.
Byłam zbyt młoda, w czasie kiedy owe struktury panowały, ale moi Rodzice opowiadali czasami o podobnych sytuacjach.
Moim zdaniem, każdy, kto takim zachowniem skrzywdził chociażby jednego człowieka, powinien być sprawiedliwie rozliczony.
Pozdrowienia.
avatar
Piórko, dziękuję za wizytę. Ja nadal popieram grubą kreskę w sensie Mazowieckiego. To, że dzisiaj były komuch jest u władzy, to tylko nasza wina. To my wybraliśmy ten sejm. Myślmy przy urnach!
avatar
Dziękuję Gruszko za przeczytanie tego kawałka. Chyba masz rację, bycie kimś takim to raczej kwestia charakteru. Nie wykluczyłbym tu także sprawy przymusu, bo ludzie bywają też słabi. Pozdrawiam.
avatar
Janko, dziękuję za wizytę. Możliwe, że niejasno napisałem o przeszkoleniu. Napisałem "stosowne" bez zagłębiania się w szczegóły. Dziękuję za wytknięcie błedów. Jesteś niezawodny. Pozdrawiam.
avatar
Dziękuje Auroro za wizytę i komentarz. Piszesz "kto takim zachowniem skrzywdził chociażby jednego człowieka, powinien być sprawiedliwie rozliczony". Powinien, ale raczej nie będzie, bo świat tak z zasady nie jest sprawiedliwy. Pozdrawiam.
avatar
Słabość to też cecha (charakteru, osobowości, psych. konstrukcji).
avatar
Marianie,
miło mi, że odpowiadasz na komentarz.
Eksakt. Niestety.
Również pozdrawiam.
avatar
Kurczę, okropne to były czasy, wszędzie donosiciele, za każdym rogiem, drzewem i pod sklepem. Tajniacy, oficjele. Panowie smutni. Brzydki świat przedstawiony łdnymi słowami. Dobre, Marian.
avatar
Dzięki Angeliko za odwiedziny i komentarz. Świat niewiele się zmienił. Zawsze są jacyś donosiciele i tacy, co z tych donosów korzystają.
avatar
faktycznie Marian, czasy sie zmieniły ale ludzie nie. Donosiciele są w każdej grupie społecznej małej i dużej. Co z niemi począć? Ano życ jakoś trzeba. Chociaż mię osobiście strasznie zbrzydza donos, znam li osoby, które mają poczucie "obywatelskiego obowiązku". Tak to w naszej narodowej mentalności jest. Że nie lubimy zbytnio władzy, ale władzy się co poniektórzy podlizywać lubią. A władza, jak to władza. Donos narzędziem władzy je.
avatar
"Donos narzędziem władzy je."
Bardzo dobrze powiedziane.
© 2010-2016 by Creative Media
×