Przejdź do komentarzyMisja: w poszukiwaniu sensu i rozumu
Tekst 46 z 45 ze zbioru: poważne historie
Autor
Gatunekpublicystyka i reportaż
Formaartykuł / esej
Data dodania2018-12-08
Poprawność językowa
- brak ocen -
Poziom literacki
- brak ocen -
Wyświetleń23

MISJA: W POSZUKIWANIU SENSU I ROZUMU

Opowiem pokrótce tą historię. Oto natchniony chrześcijanin, świecki, dowiaduje się, że na jednej z indyjskich wysp żyje społeczność dzikich, którzy nie kontaktują się ze światem zewnętrznym. Władze Indii wzięły tą społeczność pod ochronę i za wejście na wyspę grożą surowe kary 

więzienia – autochtoni bowiem mają układ immunologiczny niekompatybilny z naszym i powitalny uścisk dłoni może zaowocować  wyludnieniem wyspy – ale wieść o Jezusie jest ważniejsza i natchniony przekupuje rybaków, którzy godzą się dostarczyć go tam. Wraz z tą dobrą nowiną. Za pierwszym razem miejscowi nie chcą z nim gadać. Za drugim razem biorą podarki, ale znów go wyrzucają. On wraca kolejny raz i tym razem miejscowi go zabijają. Ukarani mają być – surowo – przekupni rybacy, bo władza jest tym razem rozsądna i uznaje, że zabity sam sobie jest winien.

Czy to naprawdę bóg go tam wysłał? Co bóg  na tym zyskuje, że miejscowi wymrą od chorób, choć z ostatnim namaszczeniem? Że umrą słysząc dobrą nowinę: Jezus zmartwychwstał? Bóg tylko na tym traci. A co zyskuje na tym, że ten z misją zginął w tej misji? Jeśli to bóg… A co zyskuje na tym demiurg? Tyle samo co i bóg. Fani gościa z misją pewnie zechcą uczynić z niego męczennika, bo przecież za wiarę zginął. Ale – abstrahując już od tego, czy bóg, czy demiurg – żaden z nich nic w tej sytuacji nie zyskuje, oni tracą poprzez takich z misją.


Pewnie przy użyciu pokrętnej sofistyki da się sprokurować ładnie brzmiące uzasadnienie dla tego rodzaju działań, ale redukując takie działanie do najprostszych uzasadnień nigdy czynienie/niesienie dobra na siłę, wbrew jego adresatom, dobrem nie jest.  A do tego rodzaju działań najbardziej skłonni są świeżo nawróceni. Pijak, któremu alkohol przemeblował życie, po osiągnięciu stanu trzeźwości, będzie dążył do zakazania, utrudnienia dostępu innym, bo skoro jemu tak, to innych – nawet jeśli nie są tak podatni na nałogi – trzeba przecież przed nim bronić. Gdzieś tu rodzą się faszyzmy. I taki z misją będzie starał się przekonać/zmusić innych do przyjęcia swego punktu widzenia.  Stąd wywodzą się ci, którzy nie wierzą w to, ze inni mają prawo do wyznawania innych wartości, innego spojrzenia. Nie jem mięsa? – nikt nie powinien go jeść. Nie noszę futra? – oblejemy farbą futra tych, którzy je noszą.

Pamiętam jak organizowane przeze mnie i moich znajomych koncerty były rozbijane przez patriotycznych skinów, bo oni mieli swoją prawdę  - a ja chętnie poszedłbym na koncert zorganizowany przez nich, by posłuchać, zobaczyć, ale zamiast robić swoje, oni woleli rozbijać czyjeś. Dziś patriotyczne manifestacje ( jak marsz 11 listopada) są atakowane przez liberalno lewicowe kontrmanifestacje. Tęczowe marsze zawsze sprowadzają antypedalskich krzykaczy. Patriotyczne manifestacje przyciągają kontrakcję ze strony LGBT i liberałów, którzy krzyczą: faszyści. Tylko moja prawda jest prawdziwa, cała reszta to gówno ( oprócz moczu). Ta misja sprowadza się do: nie ma zgody na myślenie inne niż moje. Jeżeli tak, to ziemię zaczyna spowijać mrok.


Patrząc wstecz widzimy spore stadko takich z misją. W Polsce na czele tych typów kroczy święty Wojciech,  syn księcia libickiego. Umarł za wiarę? Dla mnie umarł za swój upór i faszyzm. Ruszył, by nawracać Prusów na chrześcijaństwo, ale czynił to w taki sposób, że i święty by dał mu w pysk. Mówiąc, że ruszył ich nawracać nie nazywamy rzeczy po imieniu – on chciał ich zmusić. Aby przekonać kogoś do swej racji nie robimy mu w domu rozpierduchy, aby pokazać, że nie podoba nam się jego wystrój. Wycinanie świętych gajów, czczonych przez Prusów drzew żadnego pożytku demiurgowi nie przyniosło. Skończyło się zdekapitowaniem przez wkurzonych gospodarzy przybysza z misją. Posługując się zrozumiałą analogią: gdybyśmy dziś wpuścili do siebie do domu przybyłego z oddali radykalnego islamistę, to pozrzucałby nam ze ścian te wszystkie jezuski, maryśki, a nawet kopie Kossaków, a w samochodzie zerwałby nam z lusterka Krzysztofa.  Bo takich rzeczy nie wolno mieć. Dla takich jak on to symbole zepsucia, trwania w kłamstwie, to przejawy herezji, które trzeba usunąć.  A jak kobieta ma odkryte nogi, twarz i włosy, to musi być dziwka, która chce żeby ją zgwałcić. Tymi szlakami myślowymi poruszali się ci panowie z misją i wedle tego działali. Bo tak jest u nich w domu. Czy to ma jakieś znaczenie, że nie u wszystkich w domu jest tak samo? Oni myślą: tak ma być wszędzie. Tylko moja prawda jest prawdziwa. I jeśli inni nie przyjmą jej od razu, to trzeba ich do tego zmusić – dla ich dobra, bo moja prawda jest ratunkiem, a ich zgubą.


Ale zaraz, zaraz, stop stop stop – przecież możemy spojrzeć na to wszystko z chrześcijańskiej perspektywy. Czyli gdy przychodzi do nas taki z misją, to robimy czego chce. Bo pewnie wie lepiej, nawet jeśli pierwszy raz słyszymy o Jezusie i nie jesteśmy w stanie zweryfikować jego słów. A jeśli odwiedzą nas mormoni, świadkowie Jehowy, wyznawcy latającego potwora spaghetti, to wywalamy na śmietnik irytujące ich symbole, pozwalamy rozwalić to co u nas w domu budzi ich gniew i ogólnie robimy to, czego chcą.

Czy tak?

  Spis treści zbioru
Komentarze (0)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
brak komentarzy
© 2010-2016 by Creative Media
×