Przejdź do komentarzyK-X ląduje (2 cz.)
Autor
Gatunekfantasy / SF
Formaproza
Data dodania2019-04-04
Poprawność językowa
- brak ocen -
Poziom literacki
- brak ocen -
Wyświetleń173

K-X ląduje (2 cz.)



— Ani mi nie przypominaj. Myślałam, że umrę ze strachu — przerwała dziadkowi babcia Miła. — I gdyby nie ten twój wtedy szeroki uśmiech, to by tak było.

— A ja myślałem, że ty prowadzisz przebierańców na mamy uroczystości urodzinowe — powiedział papcio Chwat i zarechotał rubasznie. — I pamiętam, że zaraz jednego chwyciłem za rękę. Chciałem się z nim bawić…

— No właśnie! I gorzko tego pożałowałeś, bo on nie odgadł twoich intencji, no i poczęstował cię jakimiś promieniami. Dokładnie było widać snop świetlistych, czerwonych promieni przelatujący z jego ręki do twojej. Przez chwilę stałeś jak wryty, bez ruchu i bez świadomości. Wtedy ja się wystraszyłem i popatrzyłem błagalnie na dowódcę. Ten momentalnie zrugał swojego towarzysza, i to w naszym języku. No, ale potem to już było miło, serdecznie i wesoło. Nasi goście ucztowali całą parą. Zjedli doszczętnie wszystko, co Miła zdążyła już wówczas przygotować na swoje urodziny. A już najbardziej smakował im placek z jabłek. Pałaszowali go, głośno mlaskając ustami dolnej twarzy i komicznie cmokając ustami górnej twarzy. To był pierwszy taki moment, w którym zauważyłem jakąś wyraźniejszą reakcję ich górnej twarzy. Chociaż jej oczy dalej wyrażały powagę. Kiedy zjedli już wszystko, co Miła podała, dużo rozmawialiśmy. Okazało się, że nie tylko dowódca mówi naszym językiem, ale pozostali jego towarzysze również. No, może nie tak wyraźnie jak on, bo więcej w ich mowie było zgrzytania, ale dobrze się wsłuchując, można było ich zrozumieć. Chwalili się, że znają też inne języki ziemskie, bo od setek lat odwiedzają naszą planetę i chcą nasz świat rozumieć. W trakcie pobytu na naszej Ziemi przeprowadzają naukowe badania skorupy ziemskiej, a zwłaszcza ziemskiej roślinności. Latają też na inne planety, ale rzadziej. Bo po pierwsze, że są to zbyt duże odległości, a po drugie, i to jest najistotniejsze, że Ziemia ze wszystkich planet we Wszechświecie podoba im się najbardziej. Wręcz są w niej zakochani. Opowiadali więc o urokach naszej Ziemi, o pięknych morzach i oceanach, górach i dolinach, rzekach i jeziorach, pustyniach i puszczach. A przede wszystkim o ziemskiej florze. To właśnie nasza roślinność wzbudzała w nich najwięcej emocji. Byli tak rozentuzjazmowani własnymi opowieściami, że aż im się podwyższyła temperatura ciała. Stwierdzili wtedy, wycierając srebrzysty pot z podwójnych czół, że takie uczucie ciepła to dla nich nowość… i zdjęli z głów swoje obcisłe, srebrne kaptury. Ku naszemu zdumieniu, oczom naszym ukazał się niesamowity obrazek. Oni mieli długie, gęste i… co znów bardzo dziwne, zielone włosy, które wyrastały im na górnej głowie, opadały na dolną i sięgały aż do ramion. Górna głowa miała bardzo krótką szyję, wyłaniającą się wprost z dolnej, czego wcześniej nie zauważyłem. Natomiast ich obydwie twarze, na tle zielonych włosów stały się tak jakby jeszcze bledsze. Prawie białe jak śnieg. Ale czasami, jak zauważyłem, gdy opowiadali o czymś, co ich jeszcze bardziej wewnętrznie pobudzało i ich emocje sięgały zenitu, na ich białych twarzach ukazywał się lekki rumieniec. No, może bardziej wpadający w fiolet niż w róż, ale na pewno był to rumieniec. Zaś swe włosy z kolei, odruchowo, raz po raz, odgarniali za ucho dolnej głowy. Byli niesamowici, ale na swój sposób wspaniali. A i ich opowieści były wspaniałe. Potrafili bardzo interesująco opowiadać, jak mało kto. A zresztą… nie ma co tu dużo ukrywać, że bardzo miło się słucha dobrych słów na temat tego, co nasze. A oni właśnie tyle dobrego opowiadali o naszej kochanej Ziemi. Byli naszym światem zafascynowani. Było to widać i czuć. Jedyne czego żałowali i do czego się przyznali, to to, że nie poznali jeszcze świata zwierząt, no i ludzi. Wpatrywałem się w nich i wsłuchiwałem z wielkim zainteresowaniem. Miła również. Nawet Chwat siedział jak skamieniały (co do niego było niepodobne) i wpatrywał się z rozdziawioną buzią w naszych gości, sprawiając wrażenie, jakby cały zamienił się w słuch…

— A widzisz, ojcze, ja prawie nic z tego nie pamiętam. Coś tam, mało co, i to tylko tak jakby przez mgłę — z zadumą w głosie powiedział papcio Chwat. — Wiem, że wtedy byłem jeszcze małym wyrostkiem, ale nie na tyle małym, aby tak prawie nic… chyba, że to te promienie jeszcze tak działały?

— Całkiem możliwe, synu. Sami się wtedy przyznali, że nic o nas nie wiedzą. Więc może niechcący dostałeś nieodpowiednią dawkę promieni.

— Biedny papcio! — z głębokim współczuciem powiedziała Śmieszka i popatrzyła na miny swoich braci, które również wyrażały współczucie.

— Ale tak czy inaczej, mamy bardzo sympatyczne wspomnienia z ich pobytu. No, przepraszam, Chwat może mniej. Ale, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło… Oni ten błąd zapamiętali, i chcąc Chwatowi to wynagrodzić, już go wtedy zaprosili na przyszłość do siebie. No i jak widać: słowa dotrzymują. To było też czuć i widać, że bardzo chcieli się z nami zaprzyjaźnić. Sami siebie wówczas nazwali: „Księżycowymi Pobratymcami wszystkich dobrych ludzi na Ziemi”. To było naprawdę miłe. Obiecali utrzymywać z nami kontakt. I tak było i jest. Wysyłali do nas różne wiadomości o sobie, o swoich rodzinach, o życiu na Księżycu, no i o swoich interesujących podróżach kosmicznych po Wszechświecie. Bo musicie wiedzieć, że oni w tym czasie, od ostatniego pobytu na naszej Ziemi, wykonali wiele planowych lotów międzyplanetarnych. Raz nawet, może około dziesięciu lat temu, otrzymaliśmy od nich wiadomość z Jowisza. Wprawdzie tekst był niezbyt wyraźny, ale nazwę planety można było odczytać całkiem dobrze. Tak więc, co jakiś czas, czasami co parę miesięcy, czasami co parę lat, dawali nam znać o sobie i o swoich planowanych lotach na przyszłość. I tego lata właśnie, mają planowany lot na naszą planetę. Właśnie do nas. O czym nas powiadomili przed miesiącem…

— Oj, dziadziuniu kochany, a opowiedz, jak oni nawiązują z wami kontakt? — poprosił Nosolek, słuchając z wielkim zainteresowaniem.

— Nie, nie, to my…! — z wielkim podnieceniem krzyknęli razem bliźniacy, po czym Gagatek szturchnął łokciem Gabcia, nakazując mu tym samym milczenie, a sam zwrócił się do dziadka Hardego: — Dziadku, pozwól mi opowiedzieć, bo przecież wszystko widzieliśmy i wiemy, jak to wygląda…

— Oczywiście, ale daj zacząć Gabciowi, a potem ty dalej będziesz opowiadał — ze śmiechem rzekł dziadek i puścił oczko do mamci Radosnej.

— No bo wiecie… — Gabcio ochoczo przystąpił do opowiadania: — Wtedy to była Noc Świętojańska i rodzice pozwolili nam pierwszy raz w naszym życiu wziąć udział w poszukiwaniu kwiatu paproci. A to dla mnie i Gagata było bardzo ważne, bo babcia Miła mówiła nam kiedyś, że ten chłopak, który znajdzie taki kwiat, będzie w przyszłości bogaty i pozyska dar przepowiadania przyszłości. Będzie umiał leczyć ludzi i zwierzęta, a i uzyska też zdolności stawania się niewidzialnym… Ale my tam bogaci nie chcemy być… nam tylko chodziło o te inne rzeczy… no wiecie… a przede wszystkim przydałoby się nam umieć być niewidzialnym… Była już noc, za trzy kwadranse północ, kiedy wyszliśmy wszyscy z jaskini, ale że to była pełnia Księżyca, było dość jasno i nie tak strasznie, i wtedy…

— Nagle usłyszeliśmy dziwny dźwięk — wpadł bratu w słowo zniecierpliwiony Gagatek. — Iii…

— Ależ Gagatku, daj Gabciowi chociaż dokończyć zdanie i postawić kropkę — pouczyła syna mamcia Radosna, kryjąc przy tym grymas uśmiechu.

— Aha, no dobra. Gabciu postawiłeś już kropkę, co? Tak?... No… i wszyscy zatrzymaliśmy się momentalnie. — Gagat szybko przystąpił do kontynuowania przerwanego mu zdania, czym wywołał nagły atak śmiechu u swoich słuchaczy. Ale niezrażony tym w ogóle, odczekał tylko małą chwilkę aż się trochę uciszyli, ciągnął dalej: — Ten dźwięk można by było porównać do brzęczenia pszczoły. Brzęczało i brzęczało. Aż tu nagle, na jaskini rozbłysnął żółty kwadrat i na nim czarnymi literami coś się pisało, co papcio Chwat odczytywał nam głośno. A to było o tym, że oni przylecą do nas, a papcio poleci na Księżyc…

— No właśnie, myślę, że Gaga dokładnie opisali Nosolkowi i pozostałym Poważalskim jak Księżycowi Pobratymcy nawiązują z nami kontakt — włączył się już dziadek Hardy, ubawiony opowieścią bliźniaków. — Tak to wygląda, a odbywa się to zawsze przy pełni Księżyca. Tym razem nasi przyjaciele trafili dodatkowo na Kupalnockę*, jak wspominał Gabcio. Tą wiadomością sprawili nam naprawdę wielką przyjemność i jeszcze bardziej umilili nam nasze tamtejszego dnia zabawy sobótkowe. Ale wróćmy jeszcze na chwilę do ich ówczesnego pobytu na Ziemi i w naszych progach. Otóż, okazało się, że oni w ogóle nie śpią. Miła przygotowała im posłanie w komnacie dla gości, a ja pokazałem im gdzie mogą się odświeżyć. Patrzyli na nas ze zdziwionymi minami na wszystkich twarzach i nie mogli pojąć, co my od nich chcemy. Wyszło na to, że my też nie spaliśmy tamtej nocy. No bo jak zostawić gości? Nawet Chwatowi nie kazaliśmy iść spać, gdyż po takiej dawce promieniowania jaką otrzymał, woleliśmy mieć go na oku. Siedział więc nieborak przy stole jakiś taki przymulony, trzymając w rękach swoją ociężałą głowę, i co chwilę mrugał sennymi powiekami… A więc skoro nikt nie spał, bo co niektórzy spać nie chcieli, poszliśmy wszyscy razem po żywicę do lasu. A że było już ciemno, wziąłem ze sobą świetlikową latarenkę, aby trafić do tych drzew, na których moim zwyczajem miałem porozwieszane zbiorniczki na żywicę. Wtedy to nasi nowi przyjaciele zaskoczyli nas ponownie. Bo nagle zrobiła się taka jasność, że aż na chwilę zdębiałem. Po czym odstawiłem swoje skromne źródło światła, no i poprowadziłem ich do drzew żywicznych w zupełnej jasności. Możecie sobie wyobrazić? Oni wyglądali jak chodzące żarówki. Całe kaptury im jaskrawo świeciły, dookoła głów. A cztery takie kaptury razem, wiecie ile dawały światła? Nieprawdopodobna i niesamowita wręcz jasność... i jeszcze bym dodał: nieziemska jasność… No dobrze, opowiadam dalej. Kiedy już dotarliśmy do żywicodajnych drzew, ucieszyłem się bardzo, bo na szczęście w zbiorniczkach było wyjątkowo dużo żywicy. Zacząłem się uwijać razem Miłą i Chwatem i zbierać to uszczelniające cudo natury do wiaderka, które przezornie wziąłem ze sobą. Nasi goście w tym czasie zajęli się rozmową i zgrzytali coś tam między sobą po swojemu. Jak już wiaderko było pełne, podszedłem do nich i pokazałem nasze zbiory. Cieszyli się jak dzieci, skacząc w powietrzu bez dotykania ziemi stopami. Chwat był wniebowzięty na widok ich umiejętności. Sam nawet spróbował raz tak skoczyć… i wyrżnął jak długi na twardą ziemię…


------------------------------------------------------------------------------------------

* Kupalnocka — to inna, słowiańska nazwa Nocy Świętojańskiej z 21 na 22

czerwca, w której następuje letnie przesilenie Słońca

i odbywają się związane z nim obrzędy oraz zabawy

sobótkowe.


— Ooo, zaraz, zaraz, już sobie coś przypominam — rzekł uradowany papcio Chwat. — To było związane z moim guzem. Z kosmicznym… chyba… guzem. Czy jakoś tak… W każdym bądź razie, coś w tym rodzaju.

— Masz rację, synu! — śmiejąc się powiedział dziadek Hardy. — To był kosmiczny guz. Tak nazwała go twoja mamcia Miła, kiedy ty leżałeś wyciągnięty na wystających z ziemi korzeniach drzew i brałeś głęboki oddech, aby rozryczeć się wniebogłosy. Powiedziała ci też, że ten guz, to będzie pamiątka po gościach z kosmosu. Ale zaraz doskoczył do ciebie jeden z Pobratymców i dotknął twoje czoło jakimś kamieniem. Przestało cię boleć i guz zniknął. Wtedy ty się zbuntowałeś. Chciałeś z powrotem mieć tego guza… nawet z bólem. Podszedł znów ten sam Księżycowy Pobratymiec, i przeraźliwie zgrzytając ze śmiechu, przyłożył do twojego czoła tym razem tylko swój palec wskazujący i… guz pojawił się z powrotem, tyle że ładniejszy, bo kolorowy. Różowo-fioletowo-zielony. Byłeś bardzo zadowolony. No i potem, mogliśmy się już zająć żywicą. Tłumaczyłem im, że musimy się wrócić do domu, aby rozgrzać wiaderko z zawartością, celem rozmiękczenia żywicy, bo z twardą nic nie zdziałamy. Na to ich dowódca powiedział, że to zbyteczne. Że oni muszą at home, i to niezwłocznie. Wziął ode mnie wiaderko i powiesił go na swoim haczykowatym kciuku. W wiaderku coś zaskwierczało, zabulgotało… i w powietrzu rozniósł się intensywny zapach rozgrzanej żywicy. Wtedy on z szerokim uśmiechem na dolnej twarzy spytał: „A co to takiego, to trudne słowo: rozmiękczenia?”. I nie czekając na moją odpowiedź, powiedział: „Konsystencja stała, nie musi być stała. Zmienić ją w płynną, to żadna chwała… Czy jakoś tak podobnie. Czytałem o tym w naszej księżycowej bibliotece, w Leksykonie Ziemskiej Fizyki, wydanym w języku… w tym… no wiesz, w tym, co go najwięcej na waszej planecie… ach, już wiem, amerykańskim… Czy angielskim? Sam już nie jestem pewien. Bo może po awarii naszego statku kosmicznego moje receptory przetwarzania języków ziemskich nie działają prawidłowo”. I wiecie, co on potem zrobił? Nie uwierzycie. Krzyknął głośno: „Kocham cię” i… cmoknął mnie w rękę dolnymi ustami, po czym spytał: „Tak to się u was robi?”. I jak zwykle, nie czekał na odpowiedź, tylko pobiegł z wiaderkiem w stronę Łysej Polany, a za nim jego towarzysze. A ja zaskoczony i kompletnie skołowany stałem jakiś czas z rozdziawioną buzią i tylko patrzyłem za nimi, nie mogąc zrobić kroku. No ale do porządku szybko przywołała mnie Miła, swoim głośnym śmiechem. Ta moja wspaniała żona, a wasza matka i babcia, aż pękała ze śmiechu. Tak ją ta sytuacja ubawiła…

— Bo gdybyś wtedy mógł zobaczyć swoją minę, też byś się śmiał do rozpuku — przerwała dziadkowi babcia Miła, dławiąc ponowny atak śmiechu. — Tak głupio zdziwionej miny nie widziałam u ciebie nigdy.

— Zazdroszczę ci mamciu, że ty to pamiętasz — powiedział wesolutko papcio Chwat i zwrócił się do ojca: — Musiałeś papciu, delikatnie mówiąc, fajnie wyglądać.

— No, no…! Cicho już tam! — nakazał dziadek Hardy rozbawionym głosem i popatrzył na podłogę, na siedzących tam wnuków. — A wy, trzpioty, co tak rechoczecie? Wiecie, gdyby można było personifikować uczucia, to tamtego długiego dnia, byłbym: „chodzącym zdziwieniem”… Ale, że mnie Miła w porę spamiętała, machnąłem tylko ręką na wszystkie dziwy tego świata, i nie tylko tego, chwyciłem Miłą i Chwata za ręce i pognaliśmy jak szaleni za naszymi gośćmi. Bo żeby chodzić przy nich, jak widzicie, nie było mowy. Gdy ich wreszcie dopadliśmy, oni uwijali się już jak w ukropie wokół swojego statku kosmicznego. Powiedziałem im wtedy, że wcale nie muszą się tak śpieszyć, że ja im pomogę i że spokojniej będzie wszystko nazajutrz naprawić. I już prawie miałem powiedzieć: „o świcie, kiedy już będzie jasno”, ale na szczęście w porę się powstrzymałem, bo wygłupiłbym się okrutnie, mówiąc to w zupełnej jasności, jaką oni dawali sobą dookoła. Wysłuchali mnie z uśmiechem, no i z powagą jednocześnie. A ich dowódca po krótkim namyśle powiedział, że muszą koniecznie tej nocy wystartować, gdyż mogą to zrobić tylko przy pełni Księżyca. W przeciwnym razie będę musiał gościć ich przez następne dwadzieścia siedem dni*, to znaczy, do dnia kolejnej pełni Księżyca. Nie od razu pokapowałem o co mu chodzi, ale powiedziałem, że to dla nas żaden problem, że chętnie będziemy ich gościć tak długo, jak tylko zechcą. I szybko, tak


----------------------------------------------------------------------------

* 27 dni — w ciągu tylu dni Księżyc obiega Ziemię i tyleż czasu

trwa jego obrót dookoła osi, wskutek czego z Ziemi

widoczna jest zawsze ta sama część jego powierzchni.


na wszelki wypadek, schowałem swoje ręce za siebie. Wszyscy jednocześnie zazgrzytali ze śmiechu, nie przerywając pracy. Tylko dowódca wpatrywał się we mnie z wyrazem namysłu na obydwu twarzach. Po czym rzekł, że są wdzięczni za naszą pomoc i gościnność, że nigdy nam tego nie zapomną. Że na pewno nam się odwdzięczą, ale tym razem muszą wracać planowo, aby nie zakłócić ich Planu Lotów Kosmicznych. Domyślałem się, że taki plan to ważna sprawa, więc zamilkłem i zabrałem się do pomocy. Niewiele jednak miałem roboty, bo oni, że tak powiem: w kosmicznym tempie uwinęli się ze wszystkim i po pęknięciach w obudowie pojazdu nie było śladu. Na koniec jeden z Pobratymców pobiegał jeszcze dookoła pojazdu z wyciągniętymi palcami wskazującymi, kierując je w stronę uszczelnionych pęknięć, i wyobraźcie sobie, w miejscach tych z dziwnym świstem powstawała gruba warstwa szronu. W ten sposób utwardzał i utrwalał uszczelnienia. I pomyśleć, nasza ziemska żywica jest tak niezawodna. No i wylądowała na Księżycu… Księżycowi Pobratymcy nie kryli zadowolenia. Dowódca nacisnął swój mały metalowy przedmiocik i drzwi pojazdu się otworzyły, a za moment, z cichym poszumem wysunęły się spod nich schodki. Dowódca jednym susem wskoczył do środka. Na krótką chwilę zaległa cisza. Wszyscy wstrzymaliśmy oddech, wyczekując jego reakcji. Ale na szczęście nie czekaliśmy długo, bo już po paru sekundach dało się słyszeć leciutki pomruk pojazdu i głośne, zgrzytające: „hurrrrra!”, najpierw dowódcy, a potem już nas wszystkich. Z tym, że nasze ludkowe było mniej zgrzytające. Po chwili dowódca stanął w drzwiach i głośno ogłosił krótkie: „at home!”. Uradowany zeskoczył do nas, a ja po jego minie, naturalnie dolnej, poznałem, że znów nam będzie wylewnie dziękował. Podsunąłem więc Miłą do przodu, i on, ku jej zachwycie, wycałował jej obydwa policzki, a Chwata wziął na ręce i powiedział: „Teraz you, little boy* będziesz naszym gościem. Versprechen!”.** No to wtedy też zauważyłem, że jego receptory odpowiedzialne za przetwarzanie naszych ziemskich języków co nieco szwankują. Ale to nam nie przeszkadzało. A zwłaszcza Chwatowi, bo i tak nic nie zrozumiał, tylko zachwycał się jego świetlistym kapturem z tak bliska. Potem


--------------------------------------------------------

you, little boy — ty, mały chłopcze (jęz.ang.)

** Versprechen — obietnica (jęz.niem.)


pozostali Księżycowi Pobratymcy podchodzili po kolei i robili to samo, co ich dowódca. A ja stałem nieco w tyle. Gdy zakończyli swój dziękczynny ceremoniał, podszedłem do nich i powiedziałem, że my wszyscy czujemy się ogromnie zaszczyceni gościć ich w swoich progach i że nie mają nam za co dziękować. Zaprosiłem ich do nas na przyszłość i powiedziałem, że mogą nas zawsze odwiedzać, kiedy tylko mogą i chcą. Następnie pokazałem im ziemski uścisk „na niedźwiedzia”. Byli zachwyceni. A ja widziałem wyraźnie, że im się łzy zakręciły w oczach, i to (w co nie mogłem uwierzyć) w oczach górnej twarzy... A może w uścisku z nimi, zbyt mocno byłem oślepiony ich jasnością? Ale wtedy nie zastanawiałem się nad tym, bo sam poczułem wilgoć pod oczami. Nie będę ukrywał, oni mi bardzo przypadli do serca… I kiedy już wszystko było przygotowane do ich startu, wręczyłem dowódcy wiklinowy kosz pełen przeróżnych sadzonek i ziarenek, jakie tylko Miła zdołała na szybko przygotować. A on, uszczęśliwiony niesamowicie, wręczył mi w rewanżu dwa kamienie. Widząc moje zdziwienie, powiedział, że to nie są zwykłe kamienie. Że jeden nazywa się: „gagat”*, a drugi: „gabro”**…

— Och, mamciu najmilejsza! A to co?! — wrzasnęli Gaga jednocześnie.

Gagatek zerwał się z podłogi jak poparzony. Stanął naprzeciw dziadka Hardego i wywrzeszczał jeszcze jedno pytanie:

— Czy my aby dobrze słyszymy?!

— O rany, niesamowite! To naprawdę niesamowite! — z ogromnym zainteresowaniem na twarzy zawołał Chwatko, który do tej pory siedział cicho i milcząco chłonął każde wypowiedziane słowo. — Siadaj, Gagatku, i bądź cicho. Dziadziuś na pewno nam wszystko opowie… Tak, dziadku? Dobrze słyszymy? Mówisz: gagat i gabro?

— Tak, moi drodzy, dobrze słyszycie — poważnie odpowiedział dziadek, ale i z lekką wesołością w głosie. — Zaraz wam wszystko wytłumaczę. Ale po kolei. Otóż, dowódca wyjaśnił mi, że podobne kamienie występują na Ziemi, że wie o tym dokładnie, bo od dawna badają naszą skorupę ziemską, ale nasze, ziemskie, nie mają aż takich właściwości, jak ich, księżycowe. A nazwali swoje kamienie tak samo jak nasze, bo im się nasze nazwy spodobały. Zrazu pomyślałem, że to na pewno ze względu na ich zgrzytający sposób wymowy, ale to w końcu nie takie ważne. Opowiedział mi potem, jakie właściwości mają podarowane mi kamienie. A więc: gagat zawraca złe energie tam skąd przyszły, chroni przed przemocą zarówno ludzką, jak i astralną***, wzmacnia kreatywność i twórczość, pomaga pokonać bariery czasowe. Odpędza również negatywne myśli, pobudza ciekawość, pomaga pożegnać się z tym co odeszło, lub powinno odejść. A i w chorobach przeróżnych jest niezastąpionym lekarstwem. Wystarczy przyłożyć go do chorego miejsca i w mig jest się zdrowym, sprawnym jak wprzódy. Natomiast gabro daje ogromną siłę fizyczną i psychiczną oraz hart ducha. Ugruntowuje w człowieku dobre cechy charakteru i nieugiętość. Zapewnia również odporność na ogień. Nowo wzniesione domy, czy inne budowle, po zetknięciu z promieniami tegoż kamienia stają się ogniotrwałe. A droga, którą podążamy, łatwiejsza do pokonania… Tak że widzicie, były to naprawdę cudowne kamienie… i są do tej pory.


---------------------------------------------------------------------------------------

* gagat — odmiana węgla brunatnego, zwany też czarnym bursztynem.

Używany do wyrobu ozdób.

** gabro — magmowa skała głębinowa. Materiał drogowy i dekoracyjny.

*** astralna — gwiezdna; zaświatowa; niematerialna; związana z kultem

ciał niebieskich.


— No dobrze, dziadziuniu. Ale co my mamy wspólnego z tymi cudownymi kamieniami? Albo one z nami? — zapytał zniecierpliwiony Gabcio.

Gagatek, nie czekając na dziadka odpowiedź, dołożył jeszcze jedno pytanie:

— Czy my mamy takie same właściwości jak te kamyki?

— Cha, cha, cha!... Zaraz… już… już wam mówię… — wykrztusił z siebie dziadek, śmiejąc się rubasznie. I śmiał się dalej, bo śmiech jest zaraźliwy, a całe towarzystwo zanosiło się aż od śmiechu. Po dobrej chwili, kiedy wszyscy już się trochę uspokoili, gryząc swój wąs, by znów nie parsknąć śmiechem, powiedział: — No, może nie macie takich samych właściwości jak kamienie podarowane mi przez Księżycowych Pobratymców, ale nieraz działacie na nas tak jak te kamienie. A całkiem już poważnie, to muszę wam powiedzieć, moje kochane wnuczęta, że u nas, w naszym społeczeństwie leśnych ludków, jest taka tradycja, że nowo narodzonym dzieciom imiona nadaje senior rodu. To znaczy, że w myśl tej tradycji ja nadawałem wam imiona. I kiedy w przypadku was starszych wnuków nie miałem żadnych problemów z wyborem imienia, bo każdy z was urodził się już z wypisanym tak jakby na twarzyczce imieniem, to w przypadku najmłodszych, czyli was bliźniaków, problem ten się pojawił. Otóż wtedy, wszyscy byliśmy podwójnie szczęśliwi, bo byliście naszymi pierwszymi bliźniakami w rodzinie, dlatego też chciałem was nazwać jakoś szczególniej, wznioślej. Długo obmyślałem jakie by tu imiona wam nadać. I kiedy raz znów byłem zajęty wymyślaniem wam imion, nagle usłyszałem charakterystyczne brzęczenie… To nasi przyjaciele z Księżyca wchodzili z nami w kontakt… I zanim jeszcze cokolwiek wyświetliło się na ekranie, byłem już pewny, że nazwę was Gagat i Gabro. No i tak się stało.

— Och, jak ja kocham Księżycowych Pobratymców! — wrzasnął Gabcio na wskroś przejęty tym, co usłyszał. A Gagatek rzucił się na niego i w przypływie nagłej euforii zaczął ściskać go jak imadło i również wrzeszczeć, tyle że jeszcze głośniej: — Ja też, ja też, ja też... też, też, też!

— Gagatku, ty utrapienie nasze, puść biednego Gabcia, bo go udusisz! — zawołał Chwatko i zwrócił się do dziadka. — Dziadku kochany, a powiedz… powiedz nam, gdzie są teraz te kamienie?

— Są, są… i to w dobrym miejscu. Gabro leży sobie w pięknej szkatułce w naszym sejfie. Kiedy zachodzi potrzeba, wyciągamy go z wielkim namaszczeniem, a po pomyślnym użyciu, z takim samym namaszczeniem chowamy go z powrotem. Natomiast gagat... jest… no dobra, Miła, demonstruj!

— Voila`! Proszę bardzo! — zawołała babcia Miła, zdejmując z szyi tiulowy szal i demonstrując wszystkim swój piękny naszyjnik. — No widzicie, gagat ma się dobrze. Od tamtej pory noszę go zawsze na szyi. Zmieniam tylko aksamitki, w zależności od koloru mojego stroju. A gdy zajdzie taka konieczność, aby go niezwłocznie wykorzystać, mam go stale pod ręką. Już nieraz miałam okazję, a właściwie potrzebę jego użycia. I muszę przyznać z pełną odpowiedzialnością, że mnie jeszcze nigdy nie zawiódł. Wręcz przeciwnie. Noszę go już tyle lat, a on mnie ciągle zaskakuje swą nieziemską mocą. Macie rację, Gaga, Księżycowi Pobratymcy są bardzo kochani.

Wszystkie dzieci zerwały się z poduszek, i podchodząc po kolei do babci Miłej, dotykały wiszącego na jej szyi gagatu. Kamień był koloru ciemnobrązowego. Aksamitka zaś, na której wisiał, w kolorze babcinej zielonej sukni. Dzieci były nim zachwycone. A już najbardziej Gagat.

Po chwili i Dumko zerwał się z ciekawości z zajmowanego miejsca na sofie. Podszedł do babci Miłej i nieśmiało spytał:

— Droga teściowo, czy ja też to cudo mogę dotknąć?

— Ależ oczywiście, Dumko. Ty go też jeszcze nie widziałeś.

— Właśnie. Radosna coś mi tam kiedyś o nim wspominała, ale nie bardzo chciałem wierzyć — powiedział rozpromieniony Dumko i drżącą ręką dotknął kamienia. A kiedy poczuł go pod palcami, przez głowę przeleciała mu myśl, że może by tak on sprawił, iż urośnie jeszcze chociaż ździebko? Ale zaraz zawstydził się sam przed sobą i tylko głośno, może nawet ciut za głośno, powiedział: — No tak, taki szlachetny kamień musi być używany tylko do szlachetnych celów.

— I przysięgam, Dumko, zawsze do takich tylko celów był używany — oznajmił z powagą dziadek Hardy. — Kiedy tylko byliśmy w jakiś poważnych tarapatach, albo nękały nas choroby, jego działanie sprawiało, że wszystko wracało szybko do normy, a my do zdrowia. Tak, masz świętą rację, Dumko. Nie godziłoby się używać go do innych celów… Tylko do szlachetnych.

— No widzisz, Gabciu, jacy my jesteśmy szlachetni?! — bardziej stwierdził niż zapytał Gagatek i wyrżnął brata poduszką w głowę, ale ostrożnie, aby nie trafić w guza, którego on ciągle ukrywał pod kapelusikiem.

— Akurat. Różnie z tą waszą szlachetnością bywa — stwierdziła ze śmiechem Śmieszka. — Ale miejmy nadzieję, no, przynajmniej mamcia i papcio ją mają, że z wiekiem nabierzecie szlachetności. W myśl wyrażenia: nomen omen*.


----------------------------------------------------------------

* nomen omen — imię znaczy (łac.), w imieniu osoby

objawia się jej charakter.


— Będzie dobrze — zawyrokował dziadek Hardy. Po czym zabrał Gagatkowi z rąk poduszkę, rzucił ją na podłogę i posadził go na niej z powrotem. Gabciowi zaś poprawił przekrzywiony kapelusik i poklepał po ramieniu, puszczając jednocześnie do Śmieszki oczko. Szeroko się do wszystkich uśmiechnął i mówił dalej: — Wtedy, kiedy dowódca wręczał mi te kamienie, nie miałem zielonego pojęcia, jak będzie wyglądała nasza przyszłość, bo i skąd zresztą. Ale jakoś dziwnie, podświadomie bardziej niż świadomie, wyczuwałem, że nasze życie będzie bezpieczniejsze i przeto jeszcze bardziej szczęśliwe. I nie myliłem się. Patrzcie, ile może zdziałać przyjaźń i wiara w dobro. Żałowałem wówczas najbardziej tego, że tak szybko musieliśmy się pożegnać. Że oni musieli w wkrótce wracać at home, jak to mówili. Przez te wszystkie lata ciągle tego żałowałem. Jak już wspominałem, oni mi bardzo przypadli do serca. Pomimo swej niespożytej energii i ruchliwości, emanowali wewnętrznym spokojem, ciepłem i wielką dobrocią. Byłem nimi zafascynowany. I chociaż co rusz zaskakiwali mnie, to jednak muszę przyznać, że to były miłe zaskoczenia. Czułem też, że i oni nas polubili. Wyrażały to ich wszystkie twarze, nawet te górne, choć stale były poważne. Tak, to się po prostu czuje… No i niestety, w końcu przyszedł taki moment, że musieli wsiadać już do swojego pojazdu kosmicznego. Pojazd uruchomiony wcześniej przez dowódcę, nabrał już odpowiedniej mocy i nad wejściem do niego włączył się dźwiękowy sygnał: „pip, pip, pipirrrri-pip…” i wyświetlił się jakiś napis, same esy-floresy w ich języku, co dowódca mi przetłumaczył na: „ready!* start!” I dalej: „pip, pip, pipirrrripip…” Aż w uszach piszczało, takie to były przeraźliwie wysokie dźwięki. Wprawdzie dowódca znów trochę pomylił ziemskie języki, ale zrozumiałem, że oto pożegnanie stało się rzeczywistością. Wszyscy nasi księżycowi przyjaciele ustawili się w szereg i oddali nam coś w rodzaju salutu. Obiema rękami najpierw złapali się za górne głowy, a następnie wyciągnęli ramiona do przodu, i z rękami złożonymi w koszyczek, skierowali je w naszą stronę. I tak, w takiej pozycji, na chwilę w bezruchu postali. A my poczuliśmy jakieś miłe ciepło, rozchodzące się po naszym ciele. Potem usłyszeliśmy jednogłośne:


---------------------------------------------------------------------------

* ready — gotowy

** confetti — (wł.) maleńkie krążki z różnokolorowego papieru,

którymi obrzucają się uczestnicy zabaw, balów itp.


„dooowidzzzeniaaa”…i jednym skokiem, wszyscy, jak jeden Księżycowy Pobratymiec, znaleźli się w środku statku kosmicznego, a właz z ledwo słyszalnym szelestem zamknął się za nimi. Zrobiło się nam bardzo smutno, ale był to uroczysty smutek. Bo i sytuacja była niezwykle uroczysta i podniosła. Po chwili pojazd zaczął się pomału unosić do góry… wyżej… coraz wyżej. I nagle, kiedy był już wysoko ponad naszymi głowami, zawisł w bezruchu. To co się potem działo nie można opisać słowami. To trzeba przeżyć osobiście… To była bajeczna iluminacja świetlna połączona z anielską muzyką… No nie, na serio brak mi słów… Miła, może ty opowiesz. Kobiety są przecież wrażliwsze i lepiej potrafią opowiadać o pięknie…

— A piękno było ujmujące — zaczęła opowiadać babcia Miła, patrząc gdzieś w dal rozmarzonymi oczami. — Setki pulsujących, różnokolorowych światełek. Każde światełko jak gdyby uśmiechało się do nas i rzucało w naszym kierunku złociste confetti**. Aż chciało się je złapać. Ale to tylko optyczna iluzja. Złote krążki rozpływały się w powietrzu, zastępując wizualne złudzenia dźwiękiem… Ciche dzwoneczki drżały na wietrze, intonując swą delikatną muzyczką głośniejszej i nagle rozbrzmiałej muzyce. Muzyce anielskich fujarek. Była to przecudna muzyka. Balsam dla duszy. Tkliwość dla serca. Czuliśmy się jak gdyby zawieszeni na błękitnych obłokach, gdzieś w niebiańskiej przestrzeni, kołysani przez delikatny i cieplutki zefirek. A wokół nas wszystko tchnęło miłością. Niebiańską miłością. Chciałoby się tak zostać na wieczność… Ale niestety, statek kosmiczny drgnął nagle i muzyka ucichła… Wszystkie światełka rozbłysły niebieskim kolorem, a po środku ukazał się złoty napis: „As you like it?”.* Nasi przyjaciele jeszcze raz... i niestety przedostatni (jak się po chwili okazało) pomylili nasze ziemskie języki. Wprawdzie nie za bardzo znaliśmy wtedy angielski, ale słowo: „like” kojarzyło nam się dobrze. Zaczęliśmy więc wiwatować i bić brawo. Bo widok był niebiański. Iluminacja gwieździstego nieba. W odpowiedzi na nasz entuzjazm usłyszeliśmy ich zgrzytający, ale miły śmiech, rozbrzmiewający jakby z megafonów, gdzieś wysoko z nieba… A może już nam się tylko tak wydawało? Może był to tylko dźwięk wchodzących na obroty silników? Po chwili poczuliśmy silny podmuch wiatru. Pojazd zerwał się do odlotu, pokonując wysokość kilkudziesięciu metrów. Jeszcze raz zatrzymał się na moment i zawisł w powietrzu. Światełka przybrały kolor zielony i na ich tle, po środku, rozbłysło olbrzymie czerwone serce z napisem: „Love!”.* I nagle wszystko znikło. Silniki zaryczały jeszcze głośniej, po to, żeby za moment zupełnie zamilknąć i buchnąć olbrzymimi kłębami czerwonego dymu z obu stron pojazdu. Ten ich wspaniały pojazd wyglądał z tej wysokości jak gigantyczna fujarka ziejąca ognistym dymem. Staliśmy tak jak zaczarowani, wpatrując się w to nieziemskie zjawisko. Lecz już niedługo mogliśmy podziwiać to cudo, bo za chwilkę coś zaszumiało, zagrzmiało, i błysło jak potężna błyskawica… i tyle żeśmy ich widzieli. Zniknęli tak nagle z naszych oczu, że nie byliśmy już pewni, czy to była prawda, czy to tylko sen…


---------------------------------------------------------

* As you like it? — (ang.) Jak wam się podoba?

* Love — (ang.) miłość.



cdn.


  Spis treści zbioru
Komentarze (0)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
brak komentarzy
© 2010-2016 by Creative Media
×