Przejdź do komentarzyK-X ląduje (1 cz.)
Autor
Gatunekfantasy / SF
Formaproza
Data dodania2019-04-02
Poprawność językowa
- brak ocen -
Poziom literacki
- brak ocen -
Wyświetleń154

K-X ląduje (1 cz.)



Gdzieś daleko, za wieloma miastami i wieloma wioskami, na olbrzymich połaciach ziemi rósł piękny, gęsty las. A w jego zielonej gęstwinie, w otoczeniu pojedynczych skał sterczących wysoko ku niebu, między którymi hulał wiatr, wygrywając magiczne melodie, żyło małe społeczeństwo leśnych ludków. Była to miła i radosna, a przede wszystkim bardzo szczęśliwa rodzina Śmieszalskich.

Głową tej rodziny był papcio Chwat Śmieszalski, który wraz ze swą mądrą żoną Radosną i swoimi sędziwymi rodzicami oraz czworgiem dzieci wiódł dostatnie życie, bez większych trosk, w miłej atmosferze kochającej się rodzinki. A otaczająca ich zewsząd przyroda tworzyła dopełnienie ich szczęścia.

Leśne ludki z wyglądu niczym się nie różniły od ludzi żyjących w miastach i wsiach, poza jednym szczegółem: byli bardzo niskiego wzrostu. Dorosłe ludki mierzyły jedną stopę. Zdarzało się jednak, że niektóre były dużo wyższe. I do takich ludków właśnie należał papcio Chwat. Jego ojciec Hardy także. A to sprawiało, że wśród leśnych ludków obaj uchodzili za bardzo wysokich i postawnych mężczyzn.

Ich niewysoki wzrost miał też wiele zalet. Mogli być prawie niezauważalni. Jak tylko chcieli, albo zaszła taka potrzeba, ze względów bezpieczeństwa na przykład, w mig potrafili się schować. A przy ich wzroście mieli bardzo dużo możliwości.

Najwięcej i najczęściej ze swojego niskiego wzrostu korzystało wesołe rodzeństwo Śmieszalskich. Był dla nich nie bez znaczenia i dawał wiele radości. Zwłaszcza w różnego rodzaju zabawach. Najstarszy z rodzeństwa, czternastoletni Chwatko, wprawdzie rósł i rósł i zanosiło się na to, że w przyszłości też będzie bardzo wysokim mężczyzną, ale póki co, w wielu zabawach młodszego rodzeństwa ciągle chętnie uczestniczył. Papcio Chwat i dziadek Hardy lubili go obserwować jak staje się mężczyzną. Wychowywali go przecież na następcę rodu Śmieszalskich.

Rok młodsza Śmieszka była dużo niższa, ale za to serce miała ogromne. Była bardzo miłą i wesołą dziewczynką, ale jednocześnie szczerą i wrażliwą na czyjąś krzywdę. Dla wszystkich miała czas i dobre słowo.

Najmłodsi z rodzeństwa natomiast, dziewięcioletni bliźniacy: Gagat i Gabro, byli bardzo mali jak na swój wiek, ale za to bardzo żywotni. Energia ich rozpierała. Wszędzie było ich pełno, czy ktoś sobie tego życzył, czy nie. Wyrastali nagle jak dwa grzyby po deszczu i głośno oznajmiali wszem wobec i każdemu z osobna swoją obecność. Rodzice i dziadkowie często musieli ich upominać, dlatego też, dla potrzeb wychowawczych, wymyślili wspólne imię dla obu bliźniaków naraz. Było to imię: „Gaga”, powstałe z połączenia dwóch pierwszych liter imion chłopców. Tak im było o wiele łatwiej obu jednocześnie przywoływać do porządku. Mamcia Radosna nieraz załamywała ręce nad ich postępkami, ale miała nadzieję, że z wiekiem nieco się uspokoją i spoważnieją. Bliźniacy byli bardzo do siebie podobni z wyglądu, ale różnili się usposobieniem. Rozrabiali zawsze razem, jednak prym wodził nieustająco Gagat. Gabro natomiast, choć aktywnie uczestniczył we wszystkich poczynaniach „Wesołej Dwói” (jak ich też czasami nazywała babcia Miła), wolał podporządkowywać się bratu. A że prześladował go pech, zawsze musiał się w coś wpakować. Niechcący, ma się rozumieć. Te cechy ich charakteru nie omieszkało wykorzystać ich starsze rodzeństwo i dla jasności wszelakich sytuacji, w jakie pakowali bliźniacy siebie i ich przy okazji, nazwało ich bardziej pasującymi do ich osobowości imionami: Gagatek i Gabcio. I tak już zostało. Bliźniacy mieli więc wiele imion i chociaż ich prawdziwe imiona miały zupełnie inne znaczenia, bardziej wzniosłe, to mimo tego nie przeszkadzało im być nazywanym zupełnie inaczej, wręcz ich to bawiło.

Rodzinka Śmieszalskich żyła sobie wśród strzelistych skał w olbrzymiej jaskini wyżłobionej dawno temu przez podziemną rzekę. A rzeka ta musiała być wielką artystką, jak to mawiał dziadek Hardy, bo wyrzeźbiła jaskinię przecudnie. Utworzyła piękne pomieszczenia, wręcz proszące się, aby w nich zamieszkać. Urządzili więc sobie Śmieszalscy jaskinię jak wnętrze pałacu, w której mieli dziesięć komnat, dwie kuchnie i trzy łazienki. Wszystkie pomieszczenia były pięknie umeblowane rzeźbionymi meblami zrobionymi własnoręcznie przez dziadka Hardego i papcia Chwata. Udekorowane były zaś haftowanymi jedwabiami i wełnianymi dywanami, tudzież wspaniałymi gobelinami wykonanymi przez babcię Miłą i mamcię Radosną. Gdzieniegdzie można było również zobaczyć małe dziełka Śmieszki. Na przykład: szydełkowane kolorowe serwetki pod doniczkami z kwiatami oraz wiele wyszywanych wesołych makatek.

W jaskini mieszkało się rodzince Śmieszalskich jak w bajce, szczęśliwie i radośnie. A wytryskujące spod skał wapiennych źródło swoim melodyjnym szumem dodatkowo akcentowało tę atmosferę bajecznej szczęśliwości. Jego magię odczuwało się nie tylko wewnątrz jaskini. Przebijając się pod jej frontową ścianą na zewnątrz, utworzyło ludkom tam mieszkającym coś w rodzaju długiego korytarza łączącego ich ze światem zewnętrznym. A tam już, na zewnątrz, wśród soczystej zieleni lasu, błękitu nieba i igrających wesoło złocistych promieni słonecznych szumiało jeszcze bajeczniej. Swoim poszumem współgrało z leśną orkiestrą, w której podmuchy wiatru wygrywały cichutką muzyczkę na drgających liściach drzew, dodając coraz to mocniejsze akordy. Wiatr potrafił to doskonale. Dmuchał mocno pomiędzy strzeliste skały a te odpowiadały mu przepięknymi dźwiękami niczym piszczałki w olbrzymich organach po naciśnięciu klawiszy. Natura, jak profesjonalny dyrygent ze swoimi muzykami, wyczarowywała niezapomnianą muzykę. Chóralny śpiew ptaków dopełniał jej dzieła. Zachłanne na różne dźwięki echo leśne też miało udział w tym muzykowaniu. Rozkoszując się muzyką, niosło ją daleko po lesie.

Sielankową i spokojną atmosferę rodzinki Śmieszalskich od paru dni zakłócało podniecenie związane z przygotowaniami do odwiedzin ciotki Pogodnej (siostry papcia) i jej męża Dumka Poważalskiego wraz z dwoma ich synami: trzynastoletnim Gryziem i jedenastoletnim Nosolem.

Odwiedziny siostry papcia Chwata i jej rodzinki nie miały tym razem charakteru zwykłych, gościnnych odwiedzin. Rodzina miała się spotkać po to, aby omówić i przygotować podróż papcia na Księżyc. Bo gdzieś tak przed miesiącem, Księżycowi Pobratymcy (dziadek Hardy tak nazywał swoich przyjaciół z Księżyca) nawiązali kontakt z Chwatem i oznajmili, iż w połowie lata (czyli jutro) przybędą na Ziemię po nowe roślinki. Zabawią więc jakiś czas na Ziemskiej Planecie. Przy tej okazji chcieliby poznać jego rodzinę i w drodze powrotnej zabrać go ze sobą na Księżyc. Pragną ugościć go u siebie, jak również pochwalić się florą, jaką udało im się wyhodować z ziarenek i sadzonek podarowanych im przez dziadka Hardego przy ostatniej ich wizycie. Chcieliby też zaopatrzyć papcia Chwata w księżycowe kamienie energetyczne i uzdrawiające, jakich nie ma na Ziemi.

Papcio Chwat tylko mgliście pamiętał Księżycowych Pobratymców. Był małym chłopcem, kiedy jego ojciec, Hardy Śmieszalski, gościł ich u siebie uroczyście. Siostra Pogodna natomiast w ogóle ich nie widziała, gdyż wtedy nie było jej jeszcze na świecie. Wszyscy byli więc bardzo podekscytowani wizytą Księżycowych Pobratymców, a już najbardziej dzieci.

W jaskini i poza jaskinią prace wrzały. Mamcia Radosna i babcia Miła w kuchni gotowały i piekły pyszności. Babcia Miła dobrze wiedziała, komu jakie przysmaki przygotować. Pamiętała nawet, jak bardzo smakował Księżycowym Pobratymcom placek jabłkowy w jej wykonaniu. Znajomy Jeżyk przyniósł jej dorodne jabłka, mogła więc z myślą o nich upiec dużą blachę tego ciasta. Spiżarnia była już cała zastawiona wszelkiego rodzaju jadłem i napitkiem, a obie kobiety ciągle jeszcze krzątały się po kuchni.

Śmieszka i Chwatko zajęci byli sprzątaniem całego jaskiniowego pałacu. Starszyzna męska zaś odpowiedzialna była za przygotowanie palenisk kuchennych i kominków w komnatach. Wieczory i noce w jaskini były chłodne, a że mieli zamiar ucztować ze swoimi gośćmi do późnych godzin nocnych, trzeba było zadbać o duże ilości drwa. Najstarsi z rodu Śmieszalskich doskonale zdawali sobie sprawę z tego, że następna okazja spotkania przyjaciół nie nadarzy się szybko. Pragnęli więc, aby wszystko było jak najlepiej przygotowane, toteż rąbali drwa i rąbali, aż echo ziewało niemiłosiernie, znudzone monotonnym odgłosem rąbiącej siekiery.

Pod wieczór, kiedy już wszystko było zrobione i przygotowane do przyjazdu pierwszych gości, czyli ciotki Pogodnej z rodziną, papcio Chwat zrobił obchód po swojej posiadłości. Był zadowolony, wszystko grało. Już prawie zamierzał skierować się w stronę jaskini, gdy nagle zauważył, że na podwórku nieopodal źródła i tuż obok placu, zwanym lądowiskiem, poniewierają się po ziemi jakieś paprochy. Aż podskoczył z wrażenia, tak go to rozeźliło.

— Gaga! Gagaaa! — zakrzyczał tubalnym głosem. — Pędem do mnie, i to już! Zbiórka przy mostku!

— O rety! Co się stało?! — Bliźniacy wyrośli jak spod ziemi i jednocześnie wykrzyczeli pytanie. — Papciu, a ty czemu tak wrzeszczysz? — dołożył jeszcze jedno pytanie Gagat.

— Niewiele mieliście pracy zadanej na dzień dzisiejszy… I co ja widzę? Wszędzie paprochy — grzmiał papcio jeszcze głośniej. — Zabierajcie się natychmiast do zamiatania. Za dwie godziny gołębie z Gołębich Linii Lotniczych wylądują z Poważalskimi na lądowisku. A wy, co? Jeszcze nie gotowi? Jazda po miotłę!

— Ależ papciu, my przecież już zamiataliśmy, i to solidnie — odezwał się pierwszy Gabro.

— To wiatr, jak by się wściekł, dmuchał tak mocno i roznosił nam to co wyzamiataliśmy. To nie nasza wina. My naszą robotę wykonaliśmy — doinformował papcia Gagat.

— Wy mi tu nie opowiadajcie farmazonów. Do zamiatania… i to już! — głosem nieznoszącym sprzeciwu zakończył rozmowę papcio Chwat, i kręcąc głową, udał się do jaskiniowego pałacu.

Co było robić? Bliźniacy, poszturchując się, pomaszerowali do komórki po narzędzia pracy. A kiedy zamiatanie — z grubsza — było prawie zakończone, Gagat z uciechy zaczął z miotłą tańczyć walca. Tak nią wywijał zapamiętale, że nie zwracał uwagi na brata. Gabro akurat chciał się schylić, aby pozbierać ostatnią kupkę śmieci, gdy nagle pociemniało mu w oczach i padł jak ścięty twarzą prosto w pełen śmieci liść babki lancetowatej służący mu za szufelkę.

— Och, mamciu moja kochana! Gagat, aż ty gagatku, co żeś znów narobił?! — krzyczała Śmieszka, biegnąc w stronę leżącego bez ruchu Gabro.

Śmieszka akurat trzepała z Chwatkiem chodnik z korytarza, i kiedy zauważyła jak Gagat wywija miotłą, chciała zawołać by uważał na brata. Nie zdążyła. Gabro w sekundzie leżał na ziemi. Jak długi.

— Co to było…? Co się stało? — Gabcio z obolałą miną i błędnym wzrokiem starał się wykonać dwie próby naraz: zadać pytanie i podźwignąć się z ziemi.

— Cha, cha, cha! Gabro, jak ty wyglądasz?! Jak jednorożec… jak… jak jednorogi diabeł… z oczeretu! — pękał ze śmiechu Gagat.

— Gagatku, jak ci nie wstyd, przecież on cierpi — zgromił młodszego brata Chwatko, który szybciej od Śmieszki dobiegł do braci.

— Ojej, boli cię? Naprawdę? — Gagat spamiętał się i w mig doskoczył do brata. Urwał kawałek liścia babki lancetowatej, którego Gabro używał jako szufelki, i już chciał mu przyłożyć do wielkiego guza, jaki narósł mu równo na środku czoła, ale nie udało mu się.

— A tyś już chyba oszalał z kretesem! — krzyknęła Śmieszka, odpychając Gagatka coraz dalej od Gabcia i strzepując jednocześnie paprochy poprzyklejane do Gabciowej twarzy. — Zabieraj się z tym liściem, i to już!

— No coś ty… przecież babcia Miła mówi, że to najlepsze lekarstwo… a babcia chyba wie… — obruszył się Gagat.

— Tak, babcia na pewno wie, ale to musi być czysty liść… i nie na guza, tylko na krwawiącą ranę — na szybko doinformowała brata Śmieszka. — Chwatko, bierz Gabcia na ręce i nieś go do kuchni. Trzeba mu przyłożyć zimną metalową łyżkę, najlepiej maczaną w źródle, ale nieś go tak, aby starszyzna nie widziała.

Dzieci w te pędy pognały do drugiej kuchni, z nadzieją, że nikogo w niej nie będzie. Nie było. Na szczęście. Śmieszka i Chwatko z wielkim namaszczeniem zajęli się na w pół przytomnym ciągle Gabciem, pomagając mu dojść do siebie i próbując zminimalizować rozmiary rosnącego guza. Gagatek zaś, przyglądając się zabiegom starszego rodzeństwa, miotał się jak oszalały ze strachu o kochanego (jakby nie było) braciszka, no i ze strachu o siebie.

— Gabciu mój kochany… tylko nie umieraj, proszę cię, błagam, tylko nie umieraj, bo co ja zrobię bez ciebie? Mamciu moja kochana… Śmieszka… Chwatko… ratujcie! — rozpaczał coraz przeraźliwiej, wznosząc przestraszony wzrok ku sklepieniu jaskini.

— Uspokój się głupolu! — nakrzyczał na brata Chwatko. — Pomyśl wprzódy co robisz, zamiast później panikować.

— Co tu się dzieje? — Rodzeństwo usłyszało nagle głos babci Miłej, która stanęła w drzwiach kuchni i przyglądała się swoim wnukom. — Wesoła Dwója znów coś zmalowała?

— Nie, nic nie zmalowała, babciu — szybko odpowiedział Gabcio, wyprzedzając rodzeństwo i mierzwiąc jednocześnie grzywkę, by przysłoniła mu czoło. — Poślizgnąłem się tylko i upadłem, ale nic mi nie jest.

Gabcio kłamał jak z nut, chociaż kłamać nie lubił. W tym przypadku czuł się jednak usprawiedliwiony, bo kochał brata i nie chciał, aby ten oberwał od papcia. A i sam czuł się trochę winny, bo też mógł bardziej uważać i nie przesadzać później ze swoimi dolegliwościami. Ale tak mu było dobrze, widząc troskę w oczach rodzeństwa, iż specjalnie ździebko dłużej posymulował cierpiącego niżby wypadało. Oprócz guza oczywiście, bo ten był prawdziwy.

— No i jak, dziatki moje, wszystko gotowe? — zapytała mamcia Radosna, wchodząc do kuchni i podejrzliwie przyglądając się dzieciom. — Coś nie tak z Gabciem?

— Wszystko tak, mamciu… oprócz guza — ze śmiechem odpowiedziała Śmieszka i puściła do niej oczko.

— No, tym razem muszę się zadowolić taką odpowiedzią, bo czas nagli… Szybko przebierajcie się w świąteczne ubrania i za godzinę wychodzimy na lądowisko witać Poważalskich — zakomunikowała mamcia, ciągle testując swoje dzieci spojrzeniem.

Po niespełna godzinie wszyscy członkowie rodzinki Śmieszalskich stali już jak jeden leśny ludek na lądowisku i zaglądali ciekawie na niebo, wypatrując gołębi z Gołębich Linii Lotniczych z Poważalskimi na pokładzie. Atmosfera była podniosła i uroczysta. Każdy był więc z lekka podenerwowany. Czy aby wszystko gra? Spoglądali co chwilę po sobie, sprawdzając swój wygląd. A już najbardziej mamcia Radosna kontrolowała każdego z osobna i wszystkich naraz, biegając oczami to po niebie, to po rodzince. Wszyscy chcieli jak najlepiej wypaść w oczach gości, dlatego też ubrali się na tę okoliczność bardzo starannie i ładnie. Kobiety już o to zadbały.

Mamcia Radosna specjalnie na cześć gości założyła na siebie własnoręcznie uszytą suknię z białego jedwabiu, długą aż do ziemi, lekko marszczoną od pasa w dół, z długimi rękawami i okrągłym, podwójnym kołnierzykiem. Suknia ta była przepięknie haftowana w pomarańczowe kwiatuszki. Na szyi mamci pyszniły się trzy sznury korali, a na nogach zgrabne buciki obciągnięte jedwabiem w takim samym koralowym kolorze. Swoje długie, złociste jak promienie słoneczne włosy upięła w fantazyjny koczek, wypuszczając na czoło kilka krótszych kręconych kosmyków. Wyglądała prześlicznie. Papcio Chwat z dumą zerkał na swoją zgrabną i uroczą żonę.

Babcia Miła miała na sobie również piękną, własnoręcznie uszytą suknię z jedwabiu, tyle że w zielonym kolorze, w białe haftowane kwiatuszki. Szyję przyozdobiła białym tiulowym szalem, a swoje czarne gęste włosy uplotła w warkocz, owijając nim dwa razy głowę i upinając go w coś w rodzaju koszyczka. Na nogach nie miała bucików. Babcia uwielbiała chodzić na bosaka, bo uważała, iż bezpośredni kontakt z ziemią daje jej dużo zdrowia i energii. Wszyscy ją znali z tego i byli już przyzwyczajeni do takiego jej stylu bycia. Suknia babci była zresztą tak bardzo suto marszczona i długa, że i tak nikt by nie zauważył jej bosych stóp. A poza tym, babcia wyglądała naprawdę dostojnie i elegancko.

Papcio Chwat i dziadek Hardy ubrani byli tak samo. W ciemnozielone spodnie z szerokimi nogawkami, brązowe kamaszki i białe bawełniane koszule. Z tym, że papcio miał koszulę z kołnierzem włożoną do spodni, a dziadek ze stójką wyłożoną na spodnie — ze względu na swoje „świadectwo dobrobytu”, jak w żartach nazywał swój dość pokaźny brzuch. Siwe, długie do ramion włosy, dziadek zaczesał staranniej niż zwykle gładko do tyłu. Wąsy i długą do piersi brodę wyszczotkował dokładnie, powiększając tym samym objętość i tak już pokaźnego zarostu. Wyglądał poważnie, ale i bardzo dobrodusznie. Papcio Chwat miał zaś czarne włosy, i jeszcze dłuższe. Związał je sobie w koński ogon luźno opadający na plecy. Papcio nie przepadał za brodą, ale żeby podkreślić swoją męskość nosił wąsy. A były one gęste i czarne jak smoła. I chociaż nigdy zbytnio nie przywiązywał wagi do ich wyglądu, to tym razem, jak gdyby nabrały kształtu, a ich końcówki nad kącikami ust podkręcone były lekko ku górze. Zapewne kobieca ręka musiała nad nimi popracować. Papcio wyglądał bardzo męsko i schludnie. Mamcia Radosna też miała wiele powodów, aby być dumną ze swojego przystojnego i dobrego męża.

Natomiast Śmieszka, najmłodsza przedstawicielka płci pięknej rodzinki Śmieszalskich, wyglądała wręcz bajecznie. Śmieszka założyła na siebie piękny strój, który był wspólnym dziełem trzech kobiet. Wprawdzie najważniejsze prace związane z wykrojem i szyciem wykonała mamcia i babcia, to jednak Śmieszka miała też swój duży udział, chociażby przy haftowaniu i wykańczaniu stroju. A ten jej wspaniały strój składał się z trzech części: z bufiastych spodni uszytych z mocno błyszczącego zielonego jedwabiu, z krótkiej gęsto udrapowanej spódniczki z cieniutkiej białej bawełny oraz z obcisłej bluzeczki z długimi rękawami i okrągłym dekoltem uszytej również z zielonego jedwabiu, ale w jaśniejszym o parę tonów odcieniu. Bluzeczkę tę Śmieszka sama wyhaftowała według starego babcinego wzoru przedstawiającego czterolistne koniczynki, w trzech rzędach wokół dekoltu i po jednym wzdłuż rękawów. Udało jej się nawet dopasować nici do haftu w takim samym ciemnozielonym kolorze w jakim były jej spodnie. Dało to wspaniały efekt. Tym wspanialszy, że pomiędzy koniczynki naszyła (już sama od siebie) białe świecące perełki. W tym stroju, w białych pantofelkach na nóżkach i z burzą złotych loków skręconych w spirale i opadających luźno do połowy jej pleców wyglądała zjawiskowo. Pięknie. A co najważniejsze, sama czuła się pięknie.

Chwatko zaś, jak to chłopcy w jego wieku, czuł się najlepiej w ubraniu wygodnym i niekrępującym ruchów. Dlatego też nie dał się mamci namówić na żadną jedwabną koszulę z żabotem. Ubrał się w swoje nie całkiem już wprawdzie nowe, ale świeżo wyprane szerokie spodnie z białej bawełny, i też z bawełny, tyle że cieńszej, obcisłą zieloną bluzę uwydatniającą jego coraz to bardziej nabrzmiałe muskuły. Bluza miała długie rękawy lecz Chwatko zakasał je powyżej łokci, co nie bardzo spodobało się mamci, ale udało mu się jej przetłumaczyć. A tłumaczenie miał proste. Mówił, że po kilkudniowej harówie w pałacu tak mu żyły nad nadgarstkami nabrzmiały, że rękawy go cisną i pękają w szwach, nie miał więc innego wyjścia jak je zakasać. Na takie tłumaczenie mamci nie pozostało nic innego jak tylko machnąć ręką. Buty, owszem, Chwatko założył, nawet nowe, podobne do papciowych kamaszków, ale z zamiarem zdjęcia ich tak szybko, jak to będzie tylko możliwe, aby za przykładem babci Miłej być w bezpośrednim kontakcie z ziemią. Swoje czarne falujące i długie do ramion włosy zmoczył w źródle i uczesał gładko nad czołem a z tyłu pozwolił im luźno opadać na ramiona. W efekcie końcowym ten młody mężczyzna, przyszły następca rodu Śmieszalskich, wyglądał bardzo interesująco.

Co się tyczy zaś bliźniaków, to trzeba przyznać, że nie wymagali dużo zabiegów z garderobą. Może tylko z toaletą było trochę gorzej. Ale kiedy już byli czyści jak dwa aniołki, mamcia podała im do ubrania takie same krótkie do kolan czerwone spodenki i błękitne, luźne koszulki z krótkimi rękawkami oraz czerwononiebieskie półbuciki. Z uczesaniem ich jasnych, kędzierzawych czupryn było trochę problemów, bo Gabcio na siłę chciał ukryć swojego guza. Kombinowali we dwóch tak długo, aż w końcu im się udało. Mamcia dwa razy uczesała Gagatka, a Gabcio nieuczesany w ogóle, szybko założył na głowę swój słomkowy kapelusik, i sprawa była załatwiona.

Stała więc tak pięknie przyodziana rodzinka Śmieszalskich na lądowisku i z przyklejonymi uśmiechami na twarzach spoglądała to na siebie, to na niebo. Tylko Gabcio niezbyt się uśmiechał. Był zajęty ciągłym poprawianiem kapelusika na głowie. Raz naciągał go na czoło, to znów podnosił wyżej, kiedy go za bardzo uwierał w siniejącego już pomału guza. Po chwili znów go naciągał na czoło, i znów podnosił wyżej. I tak wkoło. Gabcio usilnie się jednak starał, aby te kapelusikowe zabiegi wykonywać między jednym spojrzeniem mamci, a drugim. Mamcia Radosna miała jednak wprawne oko i już się zorientowała, że coś jest nie tak, tylko nie za bardzo jeszcze wiedziała co. Domyślała się tylko, że to na pewno ma związek z bliźniakami. Wreszcie ją olśniło.

— Hejże, Gaga, o co tu właściwie chodzi? — niepewnie spytała, lustrując dokładniej synów. — Jeden z was, a myślę, że to chyba Gabcio, ma kapelusik na głowie, tylko nie wiem po co, a drugi nie ma, i też nie wiem dlaczego. Meldować mi tu zaraz, co to ma znaczyć!

— Tak, to ja, Gabcio, i to ja mam kapelusik. A mam go po to, ażeby Gryzio i Nosolek nas nie mylili — poinformował mamcię Gabcio, na szybko wymyślonym meldunkiem i szeroko się uśmiechnął, gdyż wszyscy z rodzeństwa, jak na komendę, wyszczerzyli do niego zęby.

— Lecą gołębie! — głośno zakomunikował papcio Chwat i ze zgorszeniem popatrzył na żonę i bliźniaków. — A wy, już cicho tam! Ma kapelusik, czy go nie ma? Co za różnica?... Komitet Powitalny! Baczność! Doooo… śpiewu!

I cała rodzinka Śmieszalskich, jak jeden leśny ludek, zaczęła głośno i pięknie śpiewać:


Na powitanie wszyscy razem:

Hip, hip, hura!


Hip, hip, hura!

Hip, hip, hura!


Z całego serca, pełnym gazem:

Hip, hip, hura!

Hip, hip, hura!

Hip, hip, hura!

Hura! Hura! Huraaa!


— Spooocznij! Machamy chusteczkami! — rzucił komendę papcio Chwat.

Rozentuzjazmowany Komitet Powitalny ochoczo przystąpił do machania białymi chusteczkami, ślicznie wyhaftowanymi przez Śmieszkę specjalnie na tę okazję.

Cztery gołębie z Gołębich Linii Lotniczych wylądowały w międzyczasie na lądowisku. A lądowały przepięknie, tak jakby w zwolnionym tempie, dostojnie i z gracją.

Rodzinka Poważalskich z wielką gracją zeskoczyła na ziemię. Wszyscy rzucili się sobie w ramiona. Uściskom i całusom nie było końca. Jeden przez drugiego przekrzykiwał się w pozdrowieniach i powitaniach.

— No to proszę wszystkich do domu! Na ciepłą strawę! — Papcio Chwat pierwszy odzyskał zmysł organizacyjny i zaczął wszystkich przekrzykiwać, przywołując obydwie rodzinki do porządku. — Po tak długiej podróży na pewno jesteście bardzo głodni.

— Masz rację, Chwatko — powiedziała siostra Pogodna. — Tylko najpierw musimy się wykąpać. Kurzyło dzisiaj niemiłosiernie przy tym upale.

— Do domu, marsz! — zakomenderował ze śmiechem papcio Chwat i głośno cmoknął siostrę w policzek. — A ja tymczasem, zaprowadzę gołębie do wodopoju i poczęstuję je ziarnami pszenicy. No i przygotuję im miejsce do odpoczynku.

Po godzinie obie rodzinki siedziały już w salonie przy olbrzymim, owalnym stole. Oprócz kobiet. Wszystkie trzy kobiety rodziny gospodarzy zajęte były ciągłym donoszeniem do stołu pachnących przysmaków. A jedyna kobieta rodzinki Poważalskich rozwieszała jeszcze na podwórku wyprane ze wszystkich podróżne kombinezony.

Pogodna również była wielką pedantką i przywiązywała wiele wagi do swojego wyglądu i wyglądu swoich mężczyzn. Sama ubrała się w długą, czerwoną suknię z białym kołnierzykiem i białymi mankietami. Na nogi założyła czerwone pantofelki na dość wysokim obcasie. A swoje bardzo gęste i czarne włosy, długie do ramion, rozpuściła i wpięła w nie piękną, czerwoną różę.

Mąż jej, Dumek Poważalski, ubrany był w czarne spodnie i czerwoną koszulę ze stójką oraz czarną kamizelkę. Na nogach miał czarne kamaszki, ale też na dość wysokim obcasie. Dumko był niewysokiego wzrostu, i co tu dużo ukrywać, miał na tym punkcie kompleksy. Dlatego też, będąc z wizytą u rodziny żony, zawsze zakładał takie buty. Chciał w ten sposób choć trochę dorównać wzrostem męskiej części jej rodu. Włosy miał jasne i krótkie, na czubku głowy wysoko stojące.

Natomiast ich najstarszy syn, Gryzio, jak zwykle ubrany był na czarno. Koszula, spodnie, buty — wszystko czarne. Nie znosił na sobie ubrań w innym kolorze. Uważał, że tacy chłopcy jak on, rzucają się innym w oczy już poprzez swoją niespożytą energię, nie muszą więc ubierać się w kolory, aby być zauważalnym. Wręcz przeciwnie. Czasami lepiej być w ogóle mało widocznym. Gryzio lubił niekiedy (choć bardzo rzadko) tylko kolorowe dodatki. I na tę okazję właśnie założył na szyję czerwoną apaszkę. A swoje czarne, długie włosy uplótł w gruby warkocz i związał go czerwonoczarną gumką. Tak ubrany, wyglądał uroczo i męsko, chociaż rysy twarzy miał jeszcze chłopięce. Tatko Dumko zerkał na niego dumnie, gdyż zapowiadał się na przystojnego, a przede wszystkim wysokiego mężczyznę. Już był wyższy o pół głowy od niego. Gryzio telepatycznie wyczuwał zadowolenie ojca i co rusz szeroko się do niego uśmiechał. A uśmiech jego był przepiękny. Miał zdrowe, bardzo duże i niesamowicie białe zęby. Jakimś dziwnym trafem urodził się już z zębami.

Co się zaś tyczy Nosola, młodszego syna Poważalskich, był on zupełną odwrotnością swojego starszego brata. Widząc go, każdy na pierwszy rzut oka zrazu miarkował, że to bardzo cichy i spokojny chłopak. Nosolek też, jakby na odwyrtkę, uwielbiał biały kolor i zawsze życzył sobie ubioru w tym kolorze. Tak więc, ubrany był oczywiście cały na biało. Prawie na biało, bo z okazji odświętnego spotkania z kuzynostwem narzucił na siebie dodatki trochę w innym kolorze. Miał na sobie białe, obcisłe spodnie włożone do błękitnych kamaszków z długą cholewką, białą bluzę z długimi rękawami, również obcisłą, a na niej, krótką, błękitną kamizelkę. Na swoje jasne, kręcone włosy, długie do ramion, założył czapeczkę z daszkiem, też błękitną. Daszek tej czapeczki nieco zakrywał Nosolkowy niczego sobie pokaźny nos, ale Nosolek na pewno nie założył tej czapeczki z takim zamiarem, bo bardzo lubił swój kinolek (jak go nazywał) i wiele mu zawdzięczał. I chociaż był on dużych rozmiarów, to jednak nie zakrywał jego miłego uśmiechu. Nosol mało mówił, ale zawsze się uśmiechał. I to co było jeszcze znamienne w jego przypadku, to to, że miał też zawsze takie rozmarzone spojrzenie. Czasami potrafił się całkowicie wyłączyć i być tak jakby nieobecnym. Podciągał tylko cichutko nosem i tymi swoimi rozmarzonymi oczami patrzył gdzieś w dal, dodając jeszcze wyraz rozmarzenia do swojego miłego uśmiechu.

Tak, Nosol i Gryzio byli rodzonymi braćmi, a różnili się diametralnie. Jak głośny, ognisty piorun na niebie i bezgłośna, niebiańsko kolorowa tęcza… Jak czerń i biel.

Rodzice chłopców często się zastanawiali, jak to możliwe, ażeby byli aż tak inni. Pomimo jednak zupełnie różnego usposobienia, bracia przepadali za sobą. A każdy z osobna miał wiele zalet. Dlatego rodzice kochali ich takimi, jakimi są.

Członkowie rodzinki Śmieszalskich i Poważalskich, już w komplecie, ze wszystkimi kobietami, ucztowali uroczyście i miło. I kiedy najedli się już do syta, zrobiło się bardzo wesoło, bo każdy opowiadał jakieś zabawne historyjki, jakie mu się przytrafiły od ostatniego rodzinnego spotkania. A było co opowiadać.

— No, moje dziadki! — zawołał radośnie dziadek Hardy. — Jak już posililiście się jak trzeba, to przejdźmy do drugiego salonu i zasiądźmy przy kominku. Czas już, abym wam poopowiadał o naszych jutrzejszych gościach, o Księżycowych Pobratymcach.

— Oj, dziaduniu Harduniu! — zaświergotała milutko Śmieszka. — Jesteś kochany. Tacy już jesteśmy niecierpliwi. A przylecą do nas też dzieci księżycowe?

— No właśnie?! Opowiadaj… opowiadaj dziadku! — wyrwało się z młodych, chłopięcych gardeł niemal jednocześnie.

Po chwili wszyscy już siedzieli przy kominku. Starsi zajęli miejsca na sofach, a dzieci u ich stóp, na podłodze, na miękkich poduszkach. Każdy trzymał w ręce szklaneczkę pysznego babcinego kompotu malinowo-waniliowego i wyczekująco wpatrywał się w dziadka Hardego.

— Na braterską krew Pobratymca! Dziadku, nie każ dłużej czekać i startuj z opowieścią! — zawołał głośno Gryzio, dodając szeroki, biały uśmiech. — Zamieniamy się w słuch.

— No dobrze, już dobrze! Słowo obiecane musi być dotrzymane — rzekł dziadek i podniósł prawą rękę do góry na znak zgody, a lewą z wyciągniętym palcem wskazującym przyłożył do ust, aby uciszyć rozhukaną gromadkę, bo znów zrobił się rwetes wśród najmłodszych.

— No, już cicho sza! Opowiem wam wszystko, co wiem. A wiem na pewno, że przybędzie do nas sześciu Księżycowych Pobratymców, w tym dwoje dzieci, chłopczyk i dziewczynka. Osobiście znam tylko najstarszego członka tej małej, księżycowej społeczności. A poznałem go bardzo dawno temu, wraz z trzema innymi jego towarzyszami, w tragicznej dla nich sytuacji. To bardzo długa historia, ale postaram się ją opowiedzieć wam w skrócie. Otóż, byłem wtedy sam w lesie z zamiarem nazbierania dużej ilości chrustu na uroczyste ognisko, które miałem zamiar urządzić za dwa dni, z okazji urodzin Miłej, waszej matki i babci. Jeszcze nie zdążyłem nic nazbierać, bo chciałem pierw porozkoszować się cudownym, wczesnoporannym zapachem wiosennego lasu, gdy nagle usłyszałem dziwne odgłosy. Tak jakbym słyszał stojącą na stacji lokomotywę parową. Zdziwiłem się bardzo. Bo skąd lokomotywa w lesie? Ale zaraz zobaczyłem pod wielką, rozłożystą sosną, jak coś połyskuje metalicznie. Odchyliłem gałęzie… i… wystraszyłem się nie na żarty. Pod drzewem stały cztery dziwne postacie w srebrnych kombinezonach, i tak samo jak ja, wystraszone. Patrzyliśmy na siebie bez ruchu jakąś chwilę, przerażeni, odgadując swe zamiary. Według mnie, wtedy, były to niesamowite istoty. Chociaż właściwie aż tak bardzo nie różniły się od nas ludków, tyle że miały po sześć palców u każdej ręki, a ich kciuki były wygięte haczykowato na zewnątrz. Wzrostu prawie mojego, tyle że o głowę wyżsi… o drugą głowę. Mieli po dwie głowy i po dwie twarze…

— Na kły dzika! Toż to, wypisz wymaluj, istne monstra! — wrzasnął przerażony Gryzio i popatrzył na strwożone również twarze pozostałych dzieci.

— Cicho bądź! — nieco za głośno krzyknął tatko Dumko i zmiażdżył Gryzia spojrzeniem. Po czym przeleciał wzrokiem po twarzach dorosłych, i gdy stwierdził, że są spokojne, ba, nawet uśmiechnięte, już łagodniej dodał, próbując się nawet uśmiechnąć: — Nikt cię nie prosił o zabieranie głosu. Daj dziadkowi mówić.

— No właśnie! A jutro się sami przekonacie, jakie to miłe istoty — z uśmiechem rzekł dziadek Hardy i przystąpił do kontynuowania opowieści: — Nie wiem, jak długo byśmy jeszcze tak stali i patrzyli po sobie, wyczekując pierwszej reakcji któregoś z nas, gdyby nie nagły potężny wybuch, który doleciał do nas od strony Łysej Polany. Ja się wystraszyłem jeszcze bardziej, a oni zrobili tylko bardzo smutne miny na wszystkich twarzach. A po chwili… po chwili odgłos głośnej eksplozji ucichł i zaległa nagła przerażająca cisza. I wtedy, ten najstarszy, który do nas przybędzie wraz z rodziną, powiedział coś w ich języku. Był to bardzo dziwny język. Brzmiał, jak coś w rodzaju zgrzytu ocierających się o siebie zardzewiałych kół zębatych. Śmieszne, ale wtedy dźwięk jego mowy od razu skojarzył mi się z dźwiękiem wydawanym przez wysłużoną piłę tarczową naszego gajowego… A na koniec, on powiedział jeszcze coś, co zrozumiałem, tak jakby: „To już po nas”. Może to zabrzmi teraz niesmacznie, ale wtedy, to mnie bardzo ucieszyło, bo zrozumiałem jego słowa. Powiedziałem im zrazu, że nie wiem kim są, skąd przybywają, i jakie mają zamiary, ale postaram się im pomóc we wszystkim, cokolwiek by to nie było. Wszyscy popatrzyli na mnie z wielką nadzieją w swych dwóch parach oczu, ogromnych i czarnych jak cztery węgliki. Zdziwiłem się. Czyżby mnie zrozumieli? Wyglądało na to, że tak, bo nagle dwóch z nich chwyciło mnie jakoś tak dziwnie swoimi haczykowatymi kciukami za ręce i pociągnęło w stronę polany. Tam oczom moim ukazał się nieziemski widok. Na trawie leżał jakiś dziwny, duży pojazd, buchający czerwoną parą. Wyglądał jak gigantyczne cygaro, tyle że z obu stron dymiące. I wtedy znów ten sam osobnik powiedział do mnie w naszym języku, ale już wyraźniej, bez tego piłującego w uszach zgrzytu, że przybyli z Księżyca i że odwiedzają naszą planetę dość często, ale pierwszy raz mają awarię pojazdu kosmicznego. Doszło do zatarcia się podzespołów systemu chłodzenia i w konsekwencji do przegrzania obudowy zbiorników paliwa kosmicznego. Musieli ratować się awaryjnym lądowaniem i ucieczką z pojazdu. W każdej chwili mogło dojść do wybuchu paliwa. I doszło. Co było słychać. Ale szczęściem w nieszczęściu, eksplodował na razie tylko zapasowy zbiornik. Jeżeli nie uda im się szybko, jakimś sposobem ochłodzić pojazdu, to nie będą mieli żadnych szans wrócić at home*. Jak to dobrze, że opodal Łysej Polany płynie nasz potok. Odwiązałem szybko grubą linę, którą miałem na plecach… I patrzcie, jaki przypadek! Tę linę wziąłem z komórki tylko dlatego, że nie mogłem znaleźć normalnego sznura na chrust. Dnia poprzedniego, mój kochany synek Chwat zabawiał się nim i nie położył go na miejsce, chociaż tego od niego wymagałem. Śmieszne, ale pierwszy raz w życiu byłem zadowolony, że mój syn czasami był nieposłuszny, ba, byłem mu nawet za to wdzięczny…

------------------------------

* at home — do domu (ang.)


— Hej, ojcze! Nigdy mi o tym nie wspominałeś — zawołał wesoło papcio Chwat. — To się porobiło, no no… No ale opowiadaj, opowiadaj dalej.

— Bo wtedy, byłoby to niepedagogiczne. A potem zapomniałem… Ale słuchajcie dalej. Przywiązałem tę „zbawienną” linę do wystającego spod tego pojazdu zaczepu, i chociaż poparzyłem sobie przy tym ręce okrutnie, nie czułem w ogóle bólu. Zacząłem ciągnąć to olbrzymie cygaro jak oszalały. Czułem w sobie jakąś dziwną, potężną moc. A oni? Oni tylko na mnie patrzyli, kręcąc obydwiema głowami ze zdumienia. Zacząłem krzyczeć: „razem!”, i pokazywać jak to się robi. Wtedy dopiero zrozumieli, i ze zgrzytającym okrzykiem na wszystkich ustach: „rrrrr-aaazeemrrrrr-azemrrrrr…”, złapali za linę i… pojazd ruszył gładko w kierunku potoku. Nie mogłem się nadziwić, skąd oni mają tyle siły. Żaden tur nie powstydziłby się takiej krzepy. A że szczęśliwym trafem działo się to wczesnym rankiem i trawa była jeszcze zroszona, pojazd ślizgał się po mokrej polanie jak po maśle. W mgnieniu oka wciągnęliśmy ich środek lokomocji do potoku. Zadudniło. Zaskwierczało. Zasyczało. I z głośnym sykiem spod pojazdu buchnęły ogromne kłęby pary, tym razem białej. Po chwili wszystkie odgłosy ucichły i… pojazd był uratowany. No, na tyle, że nie spłonął z kretesem. „I co dalej?”, spytałem tego mówiącego naszym językiem i wyglądającego na dowódcę tej nieszczęsnej załogi kosmicznej. Ale on mi nie odpowiedział. Kosmici bez słowa wpatrywali się w siebie, o mnie zapominając. I ni stąd, ni zowąd, zaczęli się głośno śmiać. Co dopiero później zrozumiałem, że to był ich śmiech. Takie zgrzytające: „rrra-rrra-rrra-rrra...”. I co było dziwne, śmiali się tylko dolnymi twarzami. Górna wyrażała powagę. No, może i… zdumienie. Potem z radości zaczęli padać na ziemię… i momentalnie się podnosić, i to na sztywnych nogach. Znów padać, i znów się podnosić… i tak wiele razy. Podobnie jak stara zabawka Śmieszki, wańka wstańka. Bardzo zabawnie to wyglądało. Sam zacząłem się śmiać, ale po naszemu, ma się rozumieć. Na dźwięk mojego śmiechu oni momentalnie zaprzestali tej swoistej „gimnastyki” i spoważnieli. Aż niezręcznie się poczułem. Ale gdy stwierdziłem, że oni nie zwracają na mnie uwagi, też spoważniałem, i dalej im się przyglądałem. Kosmici chwycili się tymi swoimi haczykowatymi kciukami, i nagle, coś skwiercząc, zaiskrzyło między nimi. Dosłownie: zaiskrzyło. Wyraźnie było widać przelatujące złocisto-niebieskie iskry pomiędzy ich górnymi głowami. Przeleciała mi wtedy taka myśl po mojej pojedynczej głowie, że te ich kciuki, służą im chyba też do doładowywania się jakąś potężną energią. Bo skąd u mnie się wzięła aż tak nieziemska siła, kiedy ciągnąłem ich pojazd? Przecież dwóch z nich trzymało mnie wcześniej za ręce. Popatrzyłem wtedy na swoje ręce, aby sprawdzić, czy coś jeszcze z tej mocy czuję… i oniemiałem z przerażenia. Moje ręce były poparzone aż do kości. Nie czułem jednak żadnego bólu. I to mnie chyba jeszcze bardziej przeraziło. Gdy tak stałem strwożony, wpatrując się w swoje ręce, podszedł do mnie ten „dowódca” i wyciągnął zza pazuchy jakiś kamień i przytknął go, raz do mojej jednej ręki, raz do drugiej. Jakie było moje zdziwienie, kiedy zobaczyłem, że poparzenie zniknęło zupełnie. Nie mogłem oderwać oczu od moich rąk. On wtedy powiedział: „Pytałeś mnie: I co dalej? To ja ci odpowiadam”, i znów sięgnął za pazuchę i wyciągnął jakieś dwa małe metalowe przedmioty. Nie za bardzo rozumiałem o co mu chodzi, ale domyślałem się, że one muszą być niezmiernie ważne. Nacisnął jeden z nich… i z cichym szelestem otworzyły się drzwi pojazdu, których wcześniej nie było w ogóle widać. Po chwili na całej długości pojazdu rozbłysnęły setki różnokolorowych, pulsujących światełek. To był przepiękny widok. A za moment, uszu moich dobiegł cichutki dźwięk, tak jakby cymbałków. Każde światełko, oprócz refleksów świetlnych, wygrywało przepiękną muzykę. Czułem się jak w bajce, zaczarowany. I nagle, w rytm tej niebiańskiej muzyki, pojazd bezdźwięcznie zaczął się podnosić w górę, po czym zawisł w powietrzu, ponad naszymi głowami. Dowódca pokazał mi wtedy ten drugi przedmiot i powiedział, że jest to zapasowa część do podzespołów systemu chłodzenia, które uległy zatarciu i spowodowały awarię. Mówił, że z wymianą jej nie będzie jednak kłopotu, ale z naprawieniem skutków awarii będzie gorzej. I pokazał mi szczeliny jakie powstały po eksplozji zapasowego zbiornika paliwa kosmicznego. Wszystkie księżycowe istoty wpatrywały się w te pęknięcia na obudowie pojazdu i kręciły ze zmartwienia głowami, podwójnymi głowami. Wtedy ja wpadłem na pomysł, że może tu pomóc żywica, która uszczelni dokładnie wszystko. Powiedziałem o tym dowódcy i on znów nacisnął ten pierwszy przedmiot metalowy. Oczom naszym (a moim bardzo zdziwionym), ukazał się duży ekran, który wyświetlił się na tle pojazdu, a na nim opis właściwości żywicy, i to w naszym języku. Po odczytaniu tego, co było napisane, dowódca zgodził się ze mną i zapytał tylko: „Skąd to wziąć?”. Wiedziałem dobrze, skąd. Ale potrzebowałem na to czasu. Zaproponowałem więc mu, aby ukryć należycie pojazd przed ewentualnymi wścibskimi i udać się do mojego domu. Że u mnie będą mogli odpocząć i posilić się, a ja za ten czas nazbieram żywicy z leśnych drzew. Ochoczo przystali na moją propozycję i uśmiechali się przy tym szeroko, pokazując swoje duże, srebrne zęby. Uśmiechała się naturalnie tylko dolna twarz. Górna zachowywała powagę. Przykryliśmy więc pojazd gałęziami i pomaszerowaliśmy w stronę naszej jaskini. Moi księżycowi goście maszerowali niezwykle rześko, zamaszyście i... dziwnie. Tak, znów po raz któryś muszę użyć tego słowa: „dziwnie”. Bo oni, moi drodzy, maszerowali parę centymetrów nad ziemią, nie dotykając stopami podłoża. Kiedy dotarliśmy już do jaskini, poprosiłem moich gości, aby chwileczkę poczekali na zewnątrz. Musiałem przecież Miłą i Chwata jakoś przygotować na tak niezwykłych gości, aby się zbytnio nie wystraszyli na ich widok. Ale nie chcieli poczekać. Wparowali za mną do środka, i…


cdn.



  Spis treści zbioru
Komentarze (0)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
brak komentarzy
© 2010-2016 by Creative Media
×