Przejdź do komentarzyMichaił Sałtykow-Ssiedrin - Ród Gołowliowych. Rozdział 2 - Jak to w rodzinie/8
Tekst 127 z 240 ze zbioru: Tłumaczenia na nasze
Autor
Gatunekobyczajowe
Formaproza
Data dodania2019-04-10
Poprawność językowa
- brak ocen -
Poziom literacki
- brak ocen -
Wyświetleń179

Jak żywy majaczył przed nim paskudny obraz brata, a w uszach rozbrzmiewało łzawofałszywe pustosłowie Judaszka, pustosłowie, w którym dźwięczała jakaś sucha, prawie abstrakcyjna ponura zajadłość dla wszystkiego, co prawdziwie żyje i wymyka się zasadom, stworzonym przez pokłon dla obłudy. Paweł Władimirycz pił i wspominał. Wspominał wszystkie krzywdy i poniżenie, jakie jako najmłodszy wycierpiał za sprawą pretensji Krwiopijcy do bycia tym pierwszym i jedynym w rodzinie. Szczególnie często wracał do podziału majątku, wyliczał każdą kopiejkę, porównywał każdy spłachetek ziemi - i nienawidził. W podekscytowanej alkoholem wyobraźni tworzyły się całe dramaty, w których zemście podlegała wszelka obraza i w których poniżany był już nie on - a Judaszek. A to roi sobie, że jakoby wygrywa 200 tysięcy i przyjeżdża pochwalić się tym Porfiszce (cała scena z dialogami), a temu aż pysk z zawiści wykrzywiło, to znowu wynajduje dla siebie czapkę-niewidkę, przy pomocy której może bratu robić takie świństwa, że ten zaczyna jęczeć jak potępiony, innym razem jakoby umiera im dziadek (znowu scena z dialogami, chociaż żadnego dziadka tak naprawdę od dawna już nie mieli), umiera - i jemu pozostawia milion w spadku, a Pijawce - zero. W wymyślaniu tych złośliwych historii był wprost niezmordowany, i długo jego głupawy chichot rozlegał się na piętrze ku satysfakcji Ulituszki, w te dyrdy śpieszącej powiadomić o wszystkim Krwiopijcę.


Nienawidził Judaszka i jednocześnie - bał się go. Wiedział, że oczy Porfiszki sączą hipnotyczny jad, że jego głos jak ta żmija zapełza do duszy i paraliżuje wolę. To właśnie dlatego tak kategorycznie odmawiał z nim widzenia, bo przecież czasami Pijawka przyjeżdżał do Dubrowina ucałować rączkę dobrego przyjaciela mamuni (wygnał ją z Gołowliowa, lecz nadal okazywał jej synowski szacunek), a wówczas Paweł Władimirycz zamykał się na górze u siebie na klucz i siedział w zamknięciu, póki ten na dole paplał z mamunią.


Mijały tak dzień za dniem, aż nieskończony szereg wypitych karafek twarzą w twarz postawił go ze śmiertelną niemocą.


Jeszcze tylko pro forma lekarz wojskowy u nich przenocował i następnego dnia wcześnie rano wrócił do miasta. Opuszczając Dubrowino powiedział wprost, że choremu pozostały nie więcej jak dwa dni życia i że teraz już za późno myśleć o jakichkolwiek *zarządzeniach*, ponieważ umierający nie jest już w stanie nawet się podpisać.


- Złoży wam podpis esami-floresami - a potem od sędziów się nie opędzicie, - dodał, - Judaszek przecie, chociaż mamunię bardzo poważa, sprawę o sfałszowanie jednak jej wytoczy, i jeśli nawet prokurator mamuni zbyt daleko na te galery nie ześle, to Porfiszka tylko na mszę za zesłańców w drodze grosz wyda!


Arina Pietrowna cały ranek chodziła jak otępiała. Próbowała się modlić, uklękła - może bóg co podpowie? - jednak nawet modlitwa nie wychodziła, sam język kołkiem się obracał. Zacznie *Zmiłuj się, Panie, nade mną w wielkim swym miłosierdziu* i raptem, sama nie wie jak, zejdzie na *od wojny, ognia, wody i morowego powietrza*. *Tfu! zgiń-przepadnij!* - machinalnie plotą wargi, a myśl wciąż na antresolę zagląda, to znowu do piwnic (*ileż dobra wszelakiego na jesieni tam było - rozkradli wszystko!*), to znowu zacznie coś wspominać - a takie to wszystko odległe, dalekie... Wciąż tylko jakieś same zmierzchy, i w tym mroku ludzie, wiele, wiele ludzi, a wszyscy oni w pocie czoła gmerają się, grzebią, starają, gromadzą... *Błogosławion mąż... błogosławion mąż... jako kadzidło... naucz mnie, Panie Boże... naucz mnie...* I oto język pomału niemieje, oczy patrzą na święte ikony i niczego nie widzą, usta szeroko rozwarte, ręce na podołku, i cała ona klęczy nieruchomo jak zastygła.


Wreszcie siadła i zapłakała. Z pogasłych oczu po zeschłych starczych policzkach łzy płynęły ciurkiem, zatrzymując się w zagłębieniach zmarszczek i kapiąc na wytłuszczony kołnierz starej perkalowej bluzki. Było w tym płaczu coś gorzkiego, pełnego beznadziei i zarazem bezsilnie przekornego. I starość, i niemoc, i bezradność położenia - wszystko zda się przyzywało śmierci jako jedynego niosącego ukojenie wyjścia, jednocześnie jednak mieszała się tu i przeszłość z jej nieograniczoną władzą, samozadowoleniem i swobodą przestrzeni - i wspomnienia minionego dobrego życia wpijały się w nią, ciągnęły ku ziemi. *Och, umrzeć!* - przebłyskiwało w głowie, po sekundzie zaś pragnienie to zastępowało *Żyć, żyć!*

  Spis treści zbioru
Komentarze (0)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
brak komentarzy
© 2010-2016 by Creative Media
×