Przejdź do komentarzyK-X ląduje (8 cz.)
Autor
Gatunekfantasy / SF
Formaproza
Data dodania2019-05-08
Poprawność językowa
- brak ocen -
Poziom literacki
- brak ocen -
Wyświetleń50

K-X ląduje (8 cz.)


Nie było najmniejszego sprzeciwu. Wszystkie dzieci ochoczo zaakceptowały plan Chwatka i wesoło zaczęły się zbierać do drogi. Chwatko zrobił sobie porządek w plecaku. K-1 przy asyście Gaga zmył kurz z samopojazdu, a K-2 ze Śmieszką chodziła od jednego chłopaka do drugiego i dokładnie sprawdzała ich ubrania. I gdy się okazywało, że ubrania niektórych były porwane z miejsca przystępowała do działania. Najwięcej roboty miała przy ubraniach bliźniaków, ale też i z nimi szybko się sprawiła. Po chwili wszyscy byli już gotowi do drogi i ustawiali się koło samopojazdu.

— Chwileczkę… chwileczkę! — zawołał nagle Nosolek i zaczął nad wyraz głośno podciągać nosem.

— Co się stało Nosolku? — spytała K-2. — Pominęłam jakąś dziurę na twoim ubraniu?

— Nie pominęłaś żadnej dziury. Pominęłaś… swój prezent. Popatrz tam pod sosnę… Jednak mój nos nie wprowadził mnie w błąd.

— Luno najdroższa!... Gaga, patrzcie! Patrzcie wszyscy! — wykrzykiwała przejęta K-2 i biegała koło sosny, nie wiedząc, czy może pod sosnę podejść, czy lepiej nie. — I co ja mam zrobić? Chwatko, na co czekasz? No mówże…

— Niesamowite. One naprawdę musiały ciebie bardzo polubić, skoro taki kawał drogi biegły za tobą. Sama teraz musisz rozstrzygnąć, czy je chcesz wziąć z sobą, czy nie.

— No tak, ja może i chcę, ale co na to powie ojciec… Ale zaraz, wspominałeś coś wcześniej, że one żywią się owadami, tak? Jeżeli tak by było, to może uda mi się przekonać ojca, bo on ciągle narzeka na dziadka, że po przedostatniej podróży na Ziemię razem z roślinkami przywiózł dużo larw owadów. I od tamtej pory nie można się ich pozbyć, bo tak szybko się rozmnażają i niszczą naszą piękną roślinność… K-1, rusz też swoje głowy! Co z ciebie za brat?

— No to chyba wszystko będzie w porządku — powiedział Chwatko pocieszającym głosem i dalej kręcił głową z podziwu, patrząc na dwie jaszczurki zwinki, które ciągle sterczały pod sosną i wpatrywały się maślanymi oczami w K-2. — Tak, potwierdzam to w dalszym ciągu: owady, to ich najlepszy przysmak.

— No widzisz, K-2? Bierz je! — zawołał K-1, niewiele się zastanawiając. — Ojciec i dziadek będą ci jeszcze dziękowali za twój użyteczny prezent.

— Tak myślisz, braciszku? No dobrze. One są takie kochane… i już mi się bardzo podobają. Są piękne… No chodźcie tu do mnie, moje wy piękne szczureczki. Pani była taka niedobra i nadepnęła na ogonek. Prawda? Ojej, biedulko ty moja… A jak myślisz, Chwatko, czy to jest parka?

— Jestem pewien, że tak. Bo widzisz, samiczka jaszczurki zwinki jest mniejsza od samca. Zwłaszcza jej głowa jest mniejsza i nie taka masywna, jak u samca. Ogonek też jest krótszy. Za to tułów ma wyraźnie dłuższy niż samiec. A i ubarwieniem samiczka różni się od samca. Ubarwienie grzbietu i głowy samca jest brunatne, natomiast u samiczki bardziej szare, upstrzone plamkami i kropkami, tworzącymi charakterystyczne desenie. I te dwie jaszczurki, jak widać, tak się też różnią od siebie.

— Och, wy moje biedulki! — znów zaczęła biadolić K-2, podchodząc już całkiem blisko do jaszczurek, i najpierw nieśmiało, a potem coraz śmielej, głaskać je po grzbietach. — To ja, niezdara, albo melepeta, jak mnie nazwał Gagatek, nadepnęłam na twój samiczko ogonek. Przepraszam cię bardzo. Postaram ci się to wynagrodzić. A widzisz, jakiego masz kochanego przyjaciela? Nie zostawił ciebie samej, tylko przyszedł z tobą. Na pewno po drodze wykłócał się z tobą o to, że ty pełzniesz za mną, ale cię jednak nie zostawił. Dobry samiec. Dobry przyjaciel. Ja też będę dla was dobra i zabiorę was do siebie i będę o was dbała. A wy mi spłodzicie malutkie… zawiniątka i będzie was dużo, bardzo dużo… Wiecie, u nas na Księżycu mamy ogromne ilości papusiania dla was, więc nigdy nie będziecie głodne…

— I kto zrozumie dziewczyny? — rzucił pytanie Gryzio gdzieś w przestrzeń.

— Ty, Gryziu, a może ona tam gdzieś… no wiesz, tam gdzie była ze Śmieszką za potrzebą, zjadła jakiegoś muchomora sromotnika? — spytał Gagatek z nutką fałszywej troski w głosie. — Hmm, chyba się nigdy nie ożenię…

— No jasne, po co się żenić? — Gabcio wpadł braciszkowi w słowo. — Zostaniemy zawsze razem. Tylko my, i żadnej tam ba… dziewczyny.

— Oj, Gaga, zamknijcie lepiej swoje szanowne buźki i narwijcie trochę trawy — zarządził Chwatko z ubawioną miną. — Trochę paproci też może być. Umościmy na samopojeździe legowisko dla zwinek. A musi być ono koniecznie umocowane tuż obok miejsca gdzie stoi K-2. No, jazda chłopaki. Ruszcie się!

— Jasne, jeszcze czego! — burknął Gagatek i z obrażoną miną pociągnął za sobą Gabcia w stronę zarośli. — „Trochę paproci też może być”… słyszałeś, Gabciu? A może jeszcze pójdziemy szukać kwiatu paproci dla tych potwornych jaszczurek?

— No coś ty! Kwiat paproci jest kwiatem jednej nocy — uspokajającym tonem poinformował brata Gabcio. — A ta noc, to Noc Świętojańska. I w tę właśnie noc, zakwita tylko raz w roku. Co, zapomniałeś? Chcieliśmy go przecież znaleźć, żeby być niewidzialnym.

— A stul lepiej buzię, Gabciu, bo jak cię trzasnę, to zaraz staniesz się niewidzialny! — warknął Gagatek nic a nic nie uspokojony.

Gagatek czuł, że gniew zbiera się w nim coraz bardziej. A co było dziwne, sam do końca nie wiedział dlaczego. Jedno tylko wiedział na pewno, iż bardzo polubił K-2, a ona jaszczurkami się teraz zajmuje. Czyżby Gagatka dopadła najzwyklejsza w świecie zazdrość?

Gaga, nie odzywając się już do siebie, wparowali w zarośla i narwali całe naręcze paproci. Trawy tylko trochę naskubali, bo też w tym miejscu niewiele jej było. A oddalać się od starszych dzieci, za nic nie mieli ochoty. Po chwili pojawili się na powrót w zasięgu ich wzroku i z dostojnym krokiem, z nosem zadartym do góry i obrażoną miną, kierowali się nie w stronę samopojazdu, a w stronę K-2, pod sosnę.

— Oto materiał na legowisko dla twoich kochanych szczurek zawiniętych — powiedział z nadąsaną miną Gagatek, kładąc swoje naręcze paproci pod nogi K-2. A gdy się wyprostował, łupnął Gabcia łokciem, na znak, aby zrobił to samo. — Teraz możesz już dbać o nie cały czas… i tylko o nie!

— Co ci się stało Gagatku? — z wielką troską w głosie zapytała K-2, patrząc Gagatkowi głęboko w oczy.

— Nic mi się nie stało! — z niewzruszoną miną odpowiedział Gagatek, wiercąc czubkiem buta dziurę w ziemi.

— Przecież widzę, że coś nie tak z tobą. Chyba nie myślisz, że ci pozwolę na taką smętną minę. Taka mina w ogóle do ciebie nie pasuje. Chcę, żebyś się uśmiechał i… zawsze był… przy mnie.

— Tak, chcesz? Naprawdę? — zakwilił radośnie Gagatek, a buzia rozjeżdżała mu się w coraz to szerszym uśmiechu.

— Pewnie. Bardzo cię lubię i byłoby mi smutno, gdybym widziała smutek na twojej twarzy.

— Precz wszystkie smutki świata, łącznie z księżycowymi! — wrzasnął wielce już uradowany Gagatek i w nagłym przypływie euforii, porwał Gabcia na ręce i zaczął się z nim kręcić wokół własnej osi.

— Co tu się dzieje? — zapytał Chwatko, który nadszedł akurat od strony samopojazdu, gdzie wcześniej z K-1 umocowywał pod uchwytem K-2 mały koszyczek upleciony przez Śmieszkę i Gryzia. — Czy dzieje się coś, o czym powinienem wiedzieć? Gaga, meldować mi tu zaraz!

— Meldujemy posłusznie, starszy bracie, że przestało się już dziać! — gromkim głosem zameldował Gagatek w pozycji, a jakże, iście żołnierskiej, na baczność. A do pozycji tej przysposobił się w szybkim tempie, upuszczając na ziemię z efektownym klapnięciem Bogu ducha winnego Gabcia.

— Oj, Gagatku! Ty wariacie! Zbieraj z ziemi Gabcia i nieście tę waszą zerwaną zieleninę do samopojazdu, a ja pomogę K-2 przenieść zwinki — zakomenderował Chwatko i podejrzliwie popatrzył na szczęśliwą minę Gagatka, i mniej szczęśliwą Gabcia. — A tak w ogóle, to co wam do łba strzeliło, żeby to zielsko tutaj przytachać?

— Aaa… to sprawa wyższego rzędu, jak mawia papcio Chwat. I tak byś nie zrozumiał — wytłumaczył starszemu bratu młodszy brat.

— Ty, Gagat, cóż ty dzisiaj taki zagadkowy? — spytał Chwatko i dalej podejrzliwie lustrował bliźniaki.

— Dzisiaj? Tylko dzisiaj? Coś ty, Chwatko! Ale żeś wypalił nie nabijając. Toż jam chodząca zagadka. Od zawsze i… na zawsze.

— No dobra, już dobra. Nie wymądrzaj się. Zagadki są po to, żeby je rozwiązywać i… już ja ciebie na pewno rozwiążę, ty zagadko chodząca. A teraz postaw Gabcia w końcu do pionu i zabierajcie się do roboty… Chodź, K-2, przeniesiemy zwinki do koszyczka. Będą tam miały wyśmienicie. Zobaczysz!

Jaszczurki zwinki dały się bez problemu przenieść do samopojazdu. A tam czekało już na nie wygodne legowisko, które Śmieszka, szybko się uwijając, wymościła w koszyczku z paproci przyniesionych przez Gaga. Śmieszka była dumna. Legowisko wyglądało naprawdę imponująco. Koszyczek, który uplotła z cieniutkich gałązeczek wspólnie z Gryziem był stabilny, a i jego umocowanie na samopojeździe było solidne, gdyż Chwatko użył do tego celu swojej mocnej liny. K-2 była zachwycona. Jaszczurki z pewnością też, bo z ramion Chwatka i K-2 momentalnie zeskoczyły prosto do koszyczka. Na początku kręciły się przez chwilę pomiędzy listkami paproci, wykonując śmieszne, zygzakowate ruchy. Widoczne w ten sposób mościły sobie legowisko według własnego uznania. Ale po chwili zaryły się głęboko pod liśćmi, i tyle je było widać. Najwyraźniej uznały, że czas już na wypoczynek.

Trzeba przyznać, że dzieci się spisały znakomicie. Lepszych warunków do transportu jaszczurek nie można by było wymyślić. Mogły już spokojnie ruszyć w powrotną drogę do domu. Tylko K-2 targały ciągle jeszcze jakieś niepewności.

— Chwatko, a jak myślisz, zniosą one podróż na Księżyc? — spytała w końcu z poważną troską w głosie.

— Ależ oczywiście, że tak. Sama podróż nie będzie wcale dla nich uciążliwa…

— Och, Luno… Chwatko, mów mi tu zaraz, to co będzie dla nich uciążliwe?

— O podróż nie musisz się martwić. O pożywienie, jak mówiłaś, też nie. Jednego tylko nie jestem pewien... Jak tam u was z temperaturą, to znaczy, jaka u was jest pogoda? No bo wiesz, one są ciepłolubne. Uwielbiają się wygrzewać w promieniach słonecznych.

— No i to mnie martwi. U nas nie ma, niestety, tak pięknej pogody jak na Ziemi, bo jest ogromna różnica temperatur w ciągu dnia. A noc trwa dwa tygodnie. Ale my żyjemy w tej części Księżyca, która jest zawsze zwrócona do Słońca, to znaczy, z dala od strefy wiecznego cienia. Mieszkamy głęboko pod powierzchnią Srebrnego Globu, nieopodal krateru Tycho, i tam, mamy zawsze ciepłą i jednakową temperaturę. Już nasi przodkowie zadbali o to, aby swoim potomnym stworzyć warunki do życia podobne do ziemskich. Potrafimy więc magazynować słoneczną energię cieplną i ogrzewać nią nasze groty. Tylko nie możemy, tak jak wy na Ziemi, tak często i bezpośrednio wygrzewać się w Słońcu, ani też spoglądać w niebo. Ale mamy swoje sztuczne słońca, które dają podobne wrażenia i efekty jak prawdziwe. W ich promieniach można się wygrzewać ile się chce. Życie na Księżycu jest też piękne. Ja kocham nasz Księżyc.

— Skoro tak i… skoro rośnie u was nawet nasza ziemska roślinność, to wszystko w porządku. Nie musisz się martwić. Jaszczurkom będzie się u was dobrze żyło. A zresztą, nasz papcio Chwat zabawi u was aż dwa tygodnie, więc gdybyś zauważyła, że z nimi dzieje się coś niedobrego, to wtedy będziesz mogła przez niego wysłać je z powrotem na Ziemię.

— Kochany jesteś! Uspokoiłeś mnie już całkowicie… No to w drogę, moi kochani przyjaciele! — zawołała wesołym głosem K-2 i wskoczyła z rozbiegu na samopojazd.

— K-2, poczekaj jeszcze chwileczkę! — wyrwało się Gagatkowi, i popychając Gabcia przed sobą, stanął razem z nim przed K-2. — Popatrz no na tego brudasa. Kiedy zrywaliśmy dla ciebie zieleninę, tam w zaroślach, ten znów się pięknie umorusał, jak nie przymierzając, chrumchrumki starego gajowego. Mogłabyś go ponownie liznąć tym twoim strumieniem oczyszczającym?

— Pewnie, bez problemu — odpowiedziała K-2 i zeskoczyła z powrotem na ziemię, oglądając się, by sprawdzić, czy nie spłoszyła jaszczurek. — A kto to są te „chrumchrumki gajowego”?

— Aaa… to takie koleżanki Gabcia — palnął wesoło Gagatek.

— No, no, tylko nie koleżanki — zaprotestował Gabcio i kopnął braciszka w kostkę. — To są świnie gajowego. A one są zawsze brudne, bo lubią się taplać w błocie i…i ja tylko raz byłem taki brudny jak one, bo… bo… no bo Gagatek namówił mnie, ażebym jednej świni usiadł na grzbiecie i udawał jeźdźca… A ta głupia świnia z zagrody pognała ze mną prosto do bajora… No a tam, pośliznęła się i… razem wylądowaliśmy w błocie, i…

— Skończ już, skończże… — pękał ze śmiechu Chwatko przy wtórze wszystkich dzieci. — O rany, Gabciu, że ty też musisz mieć zawsze takie niesamowicie brudne przygody… A co wy żeście w ogóle u gajowego robili?

— Byliśmy z papciem Chwatem odebrać chrust na zimę — grzecznie poinformował Gabcio. — A że gajowy rozgadał się z papciem, i jakoś nie mógł skończyć, to nam było już nudno. Poszliśmy więc zwiedzać jego zagrodę.

— Widzisz, K-2, jakie my mamy rodzeństwo? Na nich nie ma mocnych, mówię ci — powiedziała Śmieszka, trzymając się za brzuch. — A co się tyczy Gabciowego obecnie brudnego wyglądu, to myślę, że jest akurat w sam raz. Nie trzeba go ponownie myć. Bo widzisz, nasi rodzice są już przyzwyczajeni, że Gabcio wraca do domu zawsze najbrudniejszy, więc właśnie to, że nagle wróci do domu czysty, wyda im się wysoce podejrzane. Dlatego lepiej niech taki zostanie jaki jest.

— No to jedźmy już, i to z takim brudasem — zawołał gromko Gagatek, i śmiejąc się, popatrzył na Gabcia, a gdy zobaczył jego groźne spojrzenie, dodał: — Z tym naszym… kochanym brudasem.

Było już późno. Wieczór tuż-tuż. Słońce pokonywało ostatnią drogę przed zachodem. Dzieci musiały się więc pośpieszyć, aby zdążyć dotrzeć do domu jeszcze przed jego zachodem. Nie to, że się bały ciemności. Nie. Po takich doświadczeniach w ciemnościach jaskini było jasne, że ciemność dla nich to nic strasznego. Chodziło jednak o to, żeby się nie narazić starszym. Wystarczy, że oni już i tak zezwolili im na dłuższą wycieczkę, to teraz, gdyby wrócili ciemną nocą, byłoby już przesadą z ich strony. Nie chciały robić rodzicom przykrości. Ani sobie. Pędziły więc samopojazdem najszybciej jak się tylko dało. Chciały przecież jeszcze, zgodnie z planem, pojechać wzdłuż rzeki Bobrzej, musiały więc nadłożyć kawał drogi. Ich ogromna szybkość była więc zrozumiała. I kiedy tak pędziły duktem leśnym, poganiani przez czas i samych siebie, zbliżały się coraz bardziej do ścieżynki prowadzącej do zjazdu do doliny rzeki. Do zjazdu pozostał im już właściwie niewielki kawałek drogi, bo sama ścieżynka była bardzo krótka. I wtedy, K-2 zauważyła w oddali jakieś piękne kwiaty przypominające jej swoim wyglądem białe lilie, które widziała w ich księżycowej Encyklopedii Ziemskiej Flory. Chwatko wprawdzie mówił jej, że białe lilie nie rosną w lesie, ale K-2 dalej się upierała, by się zatrzymać. Chciała koniecznie sprawdzić.

— Proszę was bardzo! — błagalnym tonem prosiła. — Ja tylko na chwilkę zeskoczę z samopojazdu i oglądnę te kwiatuszki. Przecież mówiłam wam, że dziadek K-X marzy o białych liliach, aby je hodować w naszym ogrodzie botanicznym.

Co było robić? K-1 zatrzymał samopojazd i K-2 pobiegła w stronę dwóch pokaźnych cisów, pomiędzy którymi rosły te rzekome białe lilie. Wszystkie pozostałe dzieci pozostały na samopojeździe, bo tak zarządził Chwatko, mając na uwadze czas. Znał już swoich towarzyszy, to wiedział, że gdyby pozwolił im zejść z samopojazdu, trudno by mu było zagonić ich potem z powrotem do drogi. Na szczęście cała ta eskapada K-2 nie trwała długo, bo po paru minutach wracała już, niosąc w ręce zerwaną łodyżkę z białymi kwiatkami.

— No i co? Mówiłem ci, że to żadne białe lilie — strofował K-2 Chwatko, ale bez cienia złości. — Wiesz jak się nazywa ten kwiatuszek, który trzymasz w ręce? Nazywa się gwiazdnica pospolita. A tych kwiatów wszędzie pełno, bo jak sama ich nazwa wskazuje, są kwiatami pospolitymi. Na brzegu rzeki Bobrzej też ich jest bez liku.

— Też się od razu zorientowałam, że to nie są żadne lilie, bo mają taką śmiesznie owłosioną łodyżkę. Ale ja już taka jestem, że muszę wszystko sama sprawdzić… Spodobał mi się jednak w tych kwiatuszkach sam ich kształt. Taki pięciopłatkowy, przypominający gwiazdę, dlatego go zerwałam. I popatrz, jak się okazuje, ma podobną nazwę.

— Ty, Nosolek, a co to z twoim kinolem się stało? — zapytał nagle Gagatek.— Nie cierpi zapachu białych lilii i się zatkał? Bo jakoś nic tym razem nie meldowałeś.

— Z przykrością muszę wam się przyznać, że nigdy nie widziałem białych lilii, dlatego nie rozpoznaję ich zapachu — z lekkim zawstydzeniem poinformował dzieci Nosolek. Ale zaraz zaczął głośno podciągać nosem i marszczyć brwi. — Jest jednak jakiś zapach, który nie pachnie ładnie… Powiedziałbym nawet: śmierdzi… Oj, niedobrze, odjeżdżajmy lepiej stąd… K-2, gdzie ty biegniesz?

— Zerwać jeszcze dwie łodyżki tych kwiatuszków! — wołała K-2, coraz bardziej się oddalając. — Chwatko mówił, że jest ich pełno nad rzeką Bobrzą, więc chcę porównać czy te z lasu różnią się od tych znad rzeki…

— Nie, ja chyba naprawdę nigdy nie zrozumiem dziewczyn — stwierdził ponownie Gryzio i zadumał się na chwilę, po czym dodał: — A może wcale nie trzeba je rozumieć, tylko przyjąć je takie, jakie są? To chyba będzie najlepsze wyjście, bo szkoda sobie głowę łamać… Ty, Nosolek, co tak głośno węszysz niczym kojot padlinę? Czy mi się wydawało, czy mówiłeś coś o śmierdzącym zapachu? Nie martw się, zanim on do nas dotrze, to nas już tutaj nie będzie. Sam widzisz, nasza kosmitka już wraca.

— A wiecie, co ja widziałam?! — wołała K-2, przyśpieszając kroku i wskazując na krzewy. — Tam, między krzewami, są chrumchrumki gajowego.

— K-2, szybko na samopojazd! — wrzasnął przerażony Chwatko i wybiegł jej naprzeciw. Gdy ją dopadł, złapał za rękę, i ciągnąc, przyśpieszył biegu, nie przestając krzyczeć: — To na pewno nie są świnie gajowego. Same by tak daleko nie polazły. To są z pewnością dzikie świnie, a one potrafią być bardzo niebezpieczne. Gajowy przestrzegał nas przed nimi… No jasne, już je widzę. Gonią za nami… Uciekajmy!

Dzieci uciekały samopojazdem w pędzie nie do opisania. Za nimi gnała wataha dzików. A dokładniej, rodzina dzików: olbrzymia locha z jeszcze większym odyńcem i z sześciorgiem ich małych warchlaków.

Dziki najwyraźniej poczuły się zagrożone obecnością dzieci i uznały, że grozi im, a zwłaszcza ich małym warchlakom, niebezpieczeństwo z ich strony. A w takim razie, dziki, a przede wszystkim matka locha, broni swe maleństwa zaciekle. Wtedy potrafi zaatakować nawet człowieka. I to właśnie locha, jako pierwsza, gnała za samopojazdem, wydając z siebie złowieszczy kwik. Tuż za nią pędził odyniec, groźnie szczerząc swe szable. A za nimi, z przeraźliwie głośnym kwiczeniem gnały warchlaki.

Chwatko po raz pierwszy w swoim życiu tak bardzo był przerażony, że zupełnie stracił głowę. Nie mógł nawet myśli zebrać do kupy. W głowie czuł tylko wielki zamęt i czekał na najgorsze. Oczami wyobraźni widział już jak rozjuszona locha dopada ich pierwsza i powala, a odyniec z furią roznosi szablami, a na sam koniec warchlaki tratują i wdeptują w ziemię. I pewnie tak by się chyba stało, bo Chwatko ni jak nie mógł się otrząsnąć z paraliżującego odrętwienia, pomógł mu dopiero przeraźliwie głośny i rozpaczliwy krzyk Śmieszki: — „Chwatko ratuj!” — I to było to. To był ten impuls, który sprawił, że się ocknął i w mig przystąpił do działania. Niewiele myśląc, jedną ręką ściągnął z pleców swój plecak, drugą zaś mocniej uchwycił się poręczy. Pędzili z tak karkołomną szybkością, że wystarczyłaby mała nieuwaga i można by było pożegnać się z życiem. I nieważne już by wtedy było, czy zginęłoby się rozbijając sobie głowę o drzewo, czy pod racicami rozjuszonych dzików. Chwatko doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Wrzasnął do dzieci, aby z całych sił trzymały się swoich poręczy. Sam zaś, widząc że jedną ręką niewiele zdziała, oplątał się nogą jakimś akrobatycznym sposobem o podstawę poręczy, drugą zaś, stojąc twardo na samopojeździe, starał się utrzymać równowagę. Kiedy poczuł, że może tak ustać, dwoma rękami zaczął grzebać w plecaku. Locha była już tuż za samopojazdem, czyli za jego plecami. Chwatko czuł już jej wilgotny wyziew na plecach. Ale już się nie bał. Musiał przecież ratować swoich bliskich. Wyciągnął z plecaka haki, które używał w jaskini i bez namysłu rzucił wszystkie na raz za siebie. Locha tylko zakwiczała przeraźliwie, dając widocznie znać pozostałym dzikom by uważały i z jeszcze większą wściekłością rzuciła się do ataku. I już prawie kłami dosięgała łydki Chwatka, kiedy on, nie mając już czym rzucić, w desperackim odruchu wyciągnął z kieszonki plecaka zasuszone kawałki chleba i rzucił za siebie i… stał się cud. Locha zaczęła wyhamowywać swój szaleńczy bieg, aż w końcu się zatrzymała, a za nią wszystkie dziki. Chwatkowi nie chciało się wprost uwierzyć, że to już po wszystkim, że już nic im nie grozi. Z wrażenia zapomniał języka w gębie i nie mógł o tym fakcie powiadomić dzieci. Zaglądał tylko przez ramię na pozostające w tyle dziki i mocno ściskał w dłoni ostatni kawałek chleba. Chwilę to trwało zanim ochłonął na tyle, aby móc wydusić z siebie jakieś słowo. W końcu ochłonął wystarczająco i zawołał:

— Udało się! Udało się! Jesteśmy uratowani! K-1, zwolnij i nie pędź już tak na złamanie karku. Nic nam już nie grozi. Dziki już nas nie gonią. Słyszycie?! Jesteśmy uratowani!

To była najszczęśliwsza wiadomość, jakiej dzieci mogłyby się w ogóle spodziewać. Ale jakoś żadne nie było szczęśliwe. Żadne się też nie cieszyło. Najwyraźniej potrzebowały czasu, aby wróciły im pozytywne uczucia. Jechali przeto — bez słów — dalej, ale już powoli, normalną wycieczkową szybkością. Ujechali już tak dobry kawał drogi, kiedy odezwał się jako pierwszy ten, po którym wszelkie strachy spływają najszybciej.

— No i widzicie, co za tchórzliwe dziki? Podwinęły ogony i zwiały, zamiast walczyć! — wołał z triumfem Gagatek, usiłując jedną ręką założyć sobie Gabciowy kapelusik na głowę. — A ja byłem gotowy do walki. Chciałem już jednemu dzikowi przyłożyć kapelusikiem między oczy. Zobaczyłby, że z nami nie ma żartów. A właściwie nic by nie zobaczył, bo celowałbym kapelusikiem tak, żeby mu zasłonił jego wyłupiaste ślepia, wtedy straciłby orientację i ogłupiały pognałby w las.

— Tak, tak! Jednego dzika może i udałoby ci się unieszkodliwić, ale za to straciłbyś brata bliźniaka — zawołał ciągle jeszcze zdenerwowany Gabcio. — Groziła mi śmierć! Albo przez uduszenie albo pod racicami dzików. Czyś ty Gagatku oszalał?! Tak szarpałeś kapelusikiem, że mało mnie nie udusiłeś. Nie widziałeś, że tasiemkę z kapelusika miałem oplątaną na szyi? Czy chciałeś razem z nim też i mnie rzucić dzikim świniom na pożarcie?

Gabcio był rzeczywiście w opałach w trakcie tej szaleńczej ucieczki. A wszystko to oczywiście za sprawą Gagatka, który koniecznie chciał się na coś przydać i coś zrobić, aby odpędzić atakujące dziki. Chciał czymś w nie rzucić, ale niczego nie miał pod ręką. Wreszcie przypomniał sobie, że Gabcio od momentu cudownego uzdrowienia i pozbycia się guza nosi swój kapelusik zawieszony na tasiemce na szyi, usilnie więc próbował go bratu ściągnąć. Ruchy miał jednak ograniczone, bo musiał się przecież mocno trzymać poręczy. Jedną ręką więc się trzymał, drugą zaś po omacku, wychylając się do tyłu jak tylko mógł, próbował zwisający Gabciowi na plecach kapelusik dosięgnąć i ściągnąć. Przy takiej szybkości nie było to jednak łatwe. Było wręcz niebezpieczne. Gagatkowi udało się wymacać tylko tasiemkę na Gabciowej szyi, więc zaczął nią szarpać w nadziei, że odsupła węzeł i po prostu kapelusik ściągnie. Ale węzeł był mocny. Gagatek walczył z nim jak z wrogiem, zaciekle, niechcący zaciskając coraz bardziej tasiemkę na szyi braciszka. Gabciowi brakowało już tchu. Na szczęście w porę zauważyła to Śmieszka, która miała bliźniaków przed sobą. Instynktownie wyczuła dodatkowe niebezpieczeństwo w jakie pakują się Gaga i chociaż nie rozumiała o co im chodzi z tym kapelusikiem, to jednak szybko zdjęła go Gabciowi i trzymała go w wyciągniętej do przodu ręce tak długo, aż Gagatek go odebrał. A wtedy Chwatko zaczął wołać, że się udało i że są uratowani.

— Gaga! Co wyście znowu wyrabiali? — spytał Chwatko.

— Chyba słyszysz — odpowiedziała za bliźniaków Śmieszka. — I pomyśleć, że ja im jeszcze w tym pomagałam. Jak to dobrze, że w końcu te dziki dały nam spokój, bo nie wiem, jakby się skończył ten wyczyn Gagatka.

— To rzeczywiście w samą porę pozbyliśmy się ich — stwierdził Chwatko i zaczął się rozglądać gdzie oni właściwie są, bo jakoś dziwnie obco wydawał mu się ten las, po którym teraz jechali. Obawiał się, że w trakcie ucieczki pomylili drogi. — Ty, K-1, co mówi twój system nawigacyjny? Gdzie my właściwie jesteśmy?

— Na Planecie Ziemia! — głośno krzyknął K-1.

Odpowiedź K-1 wystarczyła, aby dzieci huknęły gromkim śmiechem. A śmiały się tym bardziej ochoczo, gdyż w ostatnich kilkunastu minutach ich nerwy były tak napięte, że teraz, w śmiechu, bardzo miło im się rozluźniały. A było co się rozluźniać.

— Zatrzymaj się na chwilę, K-1! — zawołał Chwatko ciągle się śmiejąc. — Bo wiesz, nasza planeta jest duża i może my już jedziemy… dookoła planety. Trzeba to sprawdzić.

— Chyba tak to wygląda Chwatko — powiedział K-1, zatrzymując samopojazd. — Bo system nawigacyjny mówi, że jedziemy akurat w kierunku przeciwnym do rzeki Bobrzej.

— To dobrze, że się zatrzymaliśmy. Bo widzicie, słońce chowa się już za lasem, a my teraz mamy do domu jeszcze dalej. Musimy więc zawrócić i odszukać drogi do domu, ale już tej krótszej, bo nad rzekę, to my już dzisiaj nie damy rady pojechać.

— No to jedziemy! — zawołał K-1, wystukując coś na tablicy rozdzielczej samopojazdu. — A drogi nie musimy szukać, bo nawigator zrobi to za nas. Już ja go tym razem przypilnuję! Ale mam nadzieję, że już żadnych świńskich niespodzianek nie będzie.

— Poczekaj chwileczkę, K-1 — odezwała się K-2, zaglądając do koszyczka z jaszczurkami. — Muszę sprawdzić czy moje szczurki nie są zbyt przerażone… Eeee… nie, na szczęście śpią dalej. Kochani Gaga przynieśli tyle paproci, że jest im tam całkiem mięciutko i nie odczuły żadnych wstrząsów.

— No właśnie, zawsze mówiłem, że jestem kochany — powiedział Gagatek, i wychylając się do tyłu, szukał wzrokiem twarzy Nosolka. — Ty, Nosol, a co, tym razem twój nos nie mógł ci powiedzieć, że napadają na nas dziki? Plotłeś tylko coś trzy po trzy o jakimś nieładnym zapachu, a okazało się, że tak zapach jest też… niebezpieczny!

— Wstyd mi, że was zawiodłem — powiedział Nosolek, spuszczając z zawstydzenia głowę. — Mój nos wyczuł brzydki zapach, ale ja nie wiedziałem do kogo on należy, bo dziki zobaczyłem pierwszy raz w życiu… Teraz już na pewno będę wiedział, kto tak ohydnie śmierdzi.

— Nie masz najmniejszego powodu do wstydu, Nosolku — powiedziała uspokajająco Śmieszka. — Chcieliśmy przygody, no to ją mieliśmy… i tyle!

Słońce schowało się już za horyzontem, pozostawiając na nim czerwoną poświatę po sobie. Na dworze zaczęło już na dobre szarzeć. I wtedy, tak jakby w ostatnich podrygach dnia, dzieci zajechały samopojazdem na podwórko Śmieszalskich.

K-1 chciał efektownie zakończyć pierwszy dzień tej jakże niesamowitej wycieczki, zrobił więc piękny i równie efektowny zwrot, i z piskiem kół oraz dzieci, wyhamował tuż przy wejściu do pałacu Śmieszalskich. Nikt ze starszych nie pojawił się jednak w wejściu. Dzieci to bardzo zdziwiło, ale na krótko, bo już po chwili usłyszały ich głosy dochodzące od strony mostku.

— No, nareszcie! — wołali wszyscy starsi naraz. A papcio Chwat momentalnie poderwał się z siedzenia i pobiegł naprzeciw dzieci. I kiedy do nich dotarł, już otwierał usta, aby trochę na nie nakrzyczeć, ale gdy zobaczył ich szczęśliwe i wesołe buzie, zrezygnował z tego i tylko zapytał: — Jesteście cali?

— Nie tylko cali, ale i zdrowi. I bardzo, ale to bardzo szczęśliwi — odpowiedział za wszystkich Chwatko. — A jest nas teraz jeszcze więcej niż było, bo przywieźliśmy ze sobą dodatkowe dwa bijące serca.

— Właśnie widzę, że coś tam macie — powiedział papcio Chwat i pochylił się nad koszyczkiem. — O rety! A po cóż wam jaszczurki?

Dzieci przeraziły się na moment, że może starsi nie pozwolą na zatrzymanie zwinek i jęły jedne przez drugie tłumaczyć papciowi o co chodziło z tymi jaszczurkami, pomijając oczywiście fakt — skąd je mają. W końcu K-2 błagalnymi dwiema parami oczu popatrzyła na papcia Chwata i poprosiła go, aby wstawił się u jej ojca i dziadka za tym, by zwinki mogły polecieć na Księżyc. I żeby im też wytłumaczył, jak bardzo one są im potrzebne. Papcio Chwat uśmiał się serdecznie, ale uspokoił dzieci, a zwłaszcza K-2, że ma się nie martwić, bo pojutrze, wszyscy razem, łącznie z jaszczurkami, polecą na Srebrny Glob...


cdn.


  Spis treści zbioru
Komentarze (0)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
brak komentarzy
© 2010-2016 by Creative Media
×