Przejdź do komentarzySzipot cz. 4
Tekst 51 z 51 ze zbioru: poważne historie
Autor
Gatunekpublicystyka i reportaż
Formaartykuł / esej
Data dodania2019-10-23
Poprawność językowa
- brak ocen -
Poziom literacki
- brak ocen -
Wyświetleń187

Rok wcześniej nie zwróciłem na to uwagi, ale teraz widzę, że ci i tamci łykają jakieś piguły. Afrika przychodzi do Tani: daj mi taką tabletkę. Ona:  już nie mam. Andrij przy ognisku coś łyka – Robert się śmieje: on łyka wiagrę. Robert sam mówi, że za każdym razem, gdy jedzie na Szipot, ma ze sobą „laremid”. Sam zastanawiam się czy ten brak odpowiednio doprawionych potraw w efekcie nie skutkuje tym lękiem o to, że mnie przewieje? I tym zapasem lekarstw w plecaku na wyjazd w Karpaty?

Znany polski grafik, który nie chciał pić alkoholu, bo wolał „tusipecty”, przypomina mi się, gdy spotykam młodego Ukraińca. Ja piję piwo, a on próbuje częstować mnie kroplami na serce. Dobre – zachwala. Drugi raz, gdy ta sytuacja się powtarza – on mnie częstuje, ale tuz obok jest Rostik, słyszę od niego: to twardy bimber. Co to znaczy? Nie wiem, ale domyślam się, że to coś podobnego do syropu „tusipect”, czyli lekarstwa, które zawiera jakąś ciekawą substancję ( np. pseudoefedrynę, mefedron, albo coś innego psychoaktywnego).


Dla orzeźwienia oczywiście „biały kwas” – miejscowi mówią, że w sprzedaży pojawił się dopiero dwa lata temu. Ale sytuacja jest rozwojowa, bo oto w tym roku w lodówkach można spotkać „dziki kwas”, o smaku pomarańczowym, też bardzo atrakcyjny smakowo.


Parę twarzy znam z zeszłego roku. Ejsidisi tym razem przywiózł młodszego brata, Motlikru – rany, jak ten gość wygląda! Cały w dżinsie, poobszywany – motlikru, motorhed, Kiss, tryzuby, żelazne krzyże i skórzana czapka stylizowana na banderowską. Zaciekawiony pytam, a on wyjaśnia, że to dla zadania szoku, taka rokendrolowa tradycja. Robert pokazuje mi miasteczko, w którym mieszkają – by przetrwać w tak małym środowisku i zachować swą odmienność trzeba być prawdziwym twardziakiem. Hipisom to nie przeszkadza – dla normalsów i tak są częścią tej samej bandy.

Przyjechał też Królik, lwowski anarchista, pederasta i aktywista cerkiewny zarazem – niezła kompilacja. Przywiózł ze sobą dwa gadżety: wiatrówkę karabinową pokaźnych rozmiarów i waltornię, która poniewierała się przy ognisku przez kilka dni – próbowali na niej grać przechodnie, dzieci. Jego pierwszy wieczór ( słyszałem zresztą, że tak czyni wielu) to była taka bania, że mogę wytłumaczyć Ukraińcom o co chodzi w chodzeniu w bryczesach.

Jeden z tych kolesi, którzy potem skonstruują watrę pokazuje mi jak się otwiera butelkę piwa z pięty. Widowiskowa rzecz!


No i las. Stary, bukowy głównie, niemal bez poszycia. Gdzie nie ma drzew rosną jagodziny. Po dwu, trzech dniach las jest już oczyszczony z chrustu, wiatrołomów i do ognisk trafiają uschnięte drzewa. Siedzę w „playu” i widzę jak właściciel przynosi gałąź i wrzuca do kamiennego grila stojącego przy stolikach. Kilka minut potem jeden z przechodzących wyjmuję tą gałąź i zabiera ze sobą ruszając w górę, na polanę. Walka o ogień – myślę sobie. Bo ogień jest tam potrzebny, na polanie. Tym razem mam lepszy śpiwór i śpię bez ubrania, ale zdarza mi się widzieć znajomych wyłażących rano z namiotu ( jest początek lipca, ja właśnie uciekłem z Polski przed falą upałów) w kalesonach, a jeden z nich śpi w czapce! Takie zachowanie dobrze ilustruje warunki atmosferyczne tam.

Pytam o ukraińskie filmy pokazywane w naszej telewizji i na marginesie tej rozmowy Maksym wspomina, że sowieci nakręcili pierwszą wersję „Tarasa Bulby” już w 1969, ale była to obrzydliwa sowiecka agitka. U nas jej chyba nie puszczano.

Rozmawiamy też o muzyce. Ja mówię, że naszych rozgłośniach ich muzyki nie ma. A polska muzyka u nich? – Petro mówi, że jest jakaś 3 godzinna audycja, gdzie i współczesny pop i szlagiery sprzed 1939, wymieszane, ale jest słyszalna tylko w okolicach Lwowa. Mocno niszowa historia. No tak, mówię im, nie patrzymy na siebie , nie słuchamy siebie wzajem, więc jak mamy się poznać  dokładniej, zrozumieć.


WATRA. Niepokoję się, bo już minęła 19.00, a konstrukcja cały czas w proszku. Ale chwilę potem, około 20.00, robota nagle rusza jak z kopyta i wkrótce ognisko stoi.

Też do tego przyłożyłem rękę. Przed wieczorem poszedłem się wysikać do lasu i załapałem się na niesienie bala z lasu do ogniska. Czemu nie? Pomogę.

Na polanie robi się tłoczno – w sumie gromadzi się tam między 2 a 3 tysiące ludzi. Przyjeżdżają wycieczki, między innymi młodzi futboliści w klubowych koszulkach. Turyści. No i ci dziwni ludzie… Najpierw na polanę wjeżdżają 3 quady. Zjeżdżając ich kierowcy fotografują zgromadzenie.  Potem w tłumie wyławiam 3 typów, jeden w mundurze, dwaj cywile. Wyglądają tak, że kiedy siadają nieopodal boję się wyjąć piwo z plecaka. Ja przy takich nie czuję się bezpieczniej.


Rok wcześniej, gdy oceniałem wielkość watry, nie chciano mi wierzyć. Tym razem, gdy bale leżą jeszcze na trawie odmierzam ich długość krokami – 11, 12 kroków to około 10 metrów wysokości po postawieniu ich do pionu. Najpierw powstaje konstrukcja skrzyniowa, do wysokości jakieś 3,5 metra. Jej wnętrze wypełniają ścinki, chrust, drobnica. Kiedy to serce watry jest gotowe, ekipa ustawia do pionu pozostałe bale. Nie ma żadnego planu, nadzoru technicznego, a obiekt powstaje, nie ma żadnych wypadków i urazów w trakcie. Jest wielka i piękna. Podpalona od razu bucha płomieniem. Stoję o jakieś 15 metrów od niej. Po pół godzinie cały tłum, ja też, cofa się – taki od niej bucha żar. Lecą skry, całe fontanny.

Wielu robi zdjęcia – pewnie jeszcze tego samego wieczora wiele z nich jest już dostępnych na portalach społecznościowych.

Dookoła watry wiruje wąż tańczących w szaleńczym pędzie. Gdy któryś z bali przepala się i już, już, ma odpaść, tłum krzyczy ostrzegawczo do tańczących. A Sienia ( Sioma-?), ten z którym rok temu spierałem się o quady wjeżdżające na polanę, jest szefem ekipy wrzucającej je z powrotem do ogniska. Watra znów składa się do środka. To, że tak łatwo, szybko i ładnie się rozpaliła, to dobra wróżba na następny rok.

Rok wcześniej tłum krzyczał „watra hore!”. Teraz krzyczą „echo!” i ten okrzyk mknie przez tłum jak fala. Tak sobie to racjonalizuję, że nie chodzi o to co, ale że w ogóle. Bo taki tłumny okrzyk to fala dźwiękowa generująca zarazem podmuch powietrza, co jest z satysfakcją przyjmowane przez watrę – roznieca płomienie. To „echo!” to slogan firmy promującej/ wspierającej organizację imprezy – taką wersję napotkałem w rozmowach z uczestnikami.


To jest święto płodności, co widać. Golasy leżące na zboczu polany i fiuty wystawione do słońca. A wieczorem dziewczyny w wiankach – to te do wzięcia wieczorem. Gotowe. Późnym wieczorem korowód gołodupców płci obojga przebiega koło naszych namiotów i biegnie w las, w stronę wodospadów poniżej obozowiska.


A rano ci wczoraj pijani, naćpani są cali, nie popsuci. Nic złego się nie stało. Watra dała dobrą wróżbę. Pada deszcz i trochę słabo wygląda pakowanie bambetli, by wracać, ale dajemy radę.





  Spis treści zbioru
Komentarze (0)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
brak komentarzy
© 2010-2016 by Creative Media
×