Przejdź do komentarzyDZIEŃ KOBIET część 1 z 19 (10 ze 146 stron)
Tekst 1 z 7 ze zbioru: DZIEŃ KOBIET
Autor
Gatunekobyczajowe
Formaproza
Data dodania2019-12-03
Poprawność językowa
- brak ocen -
Poziom literacki
- brak ocen -
Wyświetleń36



DZIEŃ KOBIET


SEMPER




Piątek, 19.12.14`


1.


Biuro Zespołu Redakcyjnego powoli nabierało świątecznego wyglądu. Duża, żywa choinka w kącie przy drzwiach oraz kolorowa girlanda z papierowego łańcucha na oknie. Grażyna przypinała ją właśnie do białych, pionowych żaluzji. Jakieś dziecięce ręce musiały się nieźle napracować, wycinając, sklejając i łącząc wszystkie ogniwa w kilkumetrowej długości całość. Anna i Agata zawieszały bombki na choince. Cały bogaty zestaw wszelakich ozdób miały w kartonach stojących na długim stole na środku pokoju. Złote, brokatowe szyszki, czerwone gwiazdy ze złotymi akcentami, jakieś grzybki, kukurydze, dziadki do orzechów, dzwonki, buciki, mikołaje i te zwyczajne, okrągłe, różnych wielkości i maści. Oprócz tego srebrna lameta, długi kabel ze światełkami, kłębki waty udające śnieg i inne takie...

– Nie ma jak żywa, normalna choinka, nie? – spytała rozradowana Anna, zawieszając srebrnego zajączka na gałązce. – W niedzielę kupię sobie do domu, bo jutro znowu do roboty...

– Pewnie – poparła ją Grażyna. – My zawsze kupujemy taką wielką, pod sam sufit. Mirek marudzi, że musi ją przycinać, ale większego stojaka do tej pory nie kupił. To niech ją tam sobie „rzeźbi”, nie?

Zaśmiały się wszystkie, zajęte przystrajaniem biura.

– Tylko zawsze mi naśmieci. No, ale tam...

– A my od kilku lat kupujemy w doniczce – dorzuciła Agata. – I mamy już rządek srebrzystych jodeł na działce... Tak mi coś tu nie pasuje... – Przyjrzała się choince. – No. Tego bałwana to może damy szefowi, co? – Zerknęła na koleżanki z wymownym uśmieszkiem, trzymając w dłoni bieluteńką bombkę przedstawiającą uśmiechniętego grubaska z czarnym cylindrem na głowie i z miotłą w ręce.

– Z najlepszymi życzeniami od całego Zespołu – zaproponowała Anna i wszystkie parsknęły śmiechem.

– E, jeszcze nie zrozumie... – Grażyna odwróciła się do nich z krzywym uśmieszkiem.

– No... Wszystko możliwe... – Anna pokiwała ironicznie głową na potwierdzenie jej słów.

– Dobra... To łańcuch przypięty... – Grażyna lustrowała swoje dzieło. – Chyba, żeby zawiesić tu jeszcze te złote dzwoneczki, ale nie... Za dużo by było tego wszystkiego...

– No... My też zawiesimy może z połowę... – Anna włożyła plastikowy, zielony haczyk w drucianą pętelkę wystającą z bombki i zawiesiła ją na gałązce. – Nazbierało się tego...

– Jasne. Tyle lat... – Agata przyglądała się krytycznie choince. – Się nazbierało... Dobra, Anka. Światełka i lameta. Bez tej starej waty, nie?

– Taaa...

Przerwał im dzwonek telefonu, stojącego na stole. Grażyna podniosła słuchawkę.

– Tak?... Ale teraz?... Dobra. – Odłożyła słuchawkę na widełki. – Anka, do szefa masz iść.

– A co? Nie podpisał mi urlopu, czy jak?

– A ja wiem?

– Dobra, same to dokończycie... – Anna ogarnęła wzrokiem choinkę i powoli wyszła z pokoju.


2.


Anna zapukała do drzwi gabinetu dyrektora i po krótkim „proszę” weszła do środka. Z lewej strony stał stół i kilka krzeseł, z prawej spore biurko i dwa fotele. Jeden, przeznaczony dla gości, pusty oraz drugi, na wprost, zajęty przez dyrektora Oddziału. Spasiony, łysiejący, w dobrym garniturze, uśmiechał się do niej jakby złowieszczo. Za nim były okna. Anna podeszła do fotela i siadając w nim powiedziała, nie starając się wcale o uśmiech:

– Pan mnie wzywał, panie dyrektorze?

– Tak... Proszę, niech pani siada... – Spoglądał na nią znad swoich okularów typowym wzrokiem krótkowidza. – Tak. Pani Anno... Oboje zdajemy sobie sprawę z tego, że nie przepadamy za sobą. Delikatnie mówiąc...

– Ma pan na myśli pewnie tę moją nieudaną próbę strajku, ostatnio?

– Nie tylko. Całokształt... – dyrektor zawiesił głos. – Krótko mówiąc, zwalniam panią z pracy. – Mówiąc te słowa, starał się nie uśmiechać złośliwie, ale nie za bardzo mu to wychodziło.

– Co takiego? – zdumiała się Anna.

– To jest pani wypowiedzenie.– Dyrektor podał jej dokument leżący na blacie biurka, na który nie zwróciła wcześniej uwagi.

Anna wzięła kartkę z firmowym nadrukiem i zaczęła ją przeglądać.

– Dokładnie sprawdziłem. Ma pani dużo zaległego urlopu oraz niewykorzystane dni wolne. Otrzyma pani za te dni wyrównanie wraz z najbliższą pensją. Już poszedł przelew na pani konto. Załatwienie karty obiegowej zajmie pani z godzinę, sekretarka to pani da, ma więc pani godzinę czasu na spakowanie swoich rzeczy. Trzymiesięczne wypowiedzenie, bo pracuje tu pani ponad dziesięć lat. To pani ostatnie dwie godziny tutaj, pani Kownacka...

Anna zerknęła na niego znad dokumentu i dostrzegła w jego wzroku, ba, w całej twarzy, nieskrywaną satysfakcję.

– Nie może mnie pan zwolnić – odparła, uśmiechając się do niego równie zjadliwie. – Jestem przewodniczącą związku zawodowego. – Położyła wypowiedzenie na biurku.

– I co z tego?

– To, że nie może mnie pan zwolnić bez porozumienia ze związkiem zawodowym. Proste.

– Hm... – Dyrektor uśmiechnął się do niej ironicznie.

Bałwan jeden, pomyślała Anna.

– Mogę i zwalniam. Ja tu się z panią nie będę handryczyć. Tu ma pani pisemne powiadomienie Związku Zawodowego o zamiarze zwolnienia pracownika, z dzisiejszą datą. Co prawda, pani „Solidarność” ma pięć dni na wydanie opinii, ale przecież już ją oboje znamy, co? Ta opinia nie jest dla mnie wiążąca, więc zwalniam panią z pracy. Może mi pani założyć sprawę sądową, proszę bardzo. Nie jest pani na etacie „związkowym”... A dopóki ja tu jestem dyrektorem, nie wygra jej pani. Dwie godziny, pani Kownacka. Dwie godziny...

Och, jaką miała ochotę palnąć go w ten jego durny łeb... Patrzyła na niego ze złością.

– Jestem Przewodniczącą Zarządu zakładowej organizacji związkowej i bez zgody Zarządu nie może mnie pan zwolnić z pracy. Imienne wskazanie...

– To wszystko – dyrektor ostro przerwał jej wypowiedź. – Może pani odejść. Aha. Pawłowski i Jastrzębski też wylecieli. – Uśmiechnął się do niej jadowicie.

– „Dyrektor” z partyjnego przydziału... – Anna prychnęła pogardliwie. – Przecież ty nawet nie znasz się na tej robocie, głąbie jeden...

– Nie ruszają mnie takie słówka – powiedział dyrektor z rosnącym samozadowoleniem. – Żegnam. – Zaplótł dłonie leżące na blacie biurka i wpatrywał się jej w oczy z drwiącym uśmiechem.

– Ty... – Anna poczuła przypływ gorąca na twarzy i wstała gwałtownie.

– Proszę nie zapomnieć o tym. – Dyrektor lekko skinął głową wskazując wzrokiem dokument.

Anna wzięła wypowiedzenie, odwróciła się na pięcie i wyszła gwałtownie z gabinetu, trzaskając drzwiami. Przeszła parę kroków i przystanęła przy biurku przestraszonej sekretarki, w tej jej wielkiej kancelarii, pełnej blatów.

– To skurwysyn... – wyrwało się jej bezwiednie.

– Pani Aniu...

Z oszołomienia wyrwał ją głos sekretarki.

– Co?... A, tak... – Spojrzała na nią, jakby była przezroczysta.

– Pani Aniu... Ja nie wiem, co powiedzieć... Zupełnie... – Czarne oczy Natalii patrzyły na nią pełne strachu.

– Hm... – Anna wzruszyła ramionami. – Ja też.

– Muszę to pani dać. Przepraszam... – Sekretarka położyła przed nią wydrukowaną kartkę formatu A4 z jakimiś tabelkami. – Obiegówka. Świadectwo pracy prześlemy pani pocztą... Ale to dopiero w marcu chyba.

– Aaa...

– No i do końca lutego PIT, oczywiście... – sekretarka zawiesiła głos.

– No tak.

– Może poproszę panią Grażynę, albo kogoś innego? Pani Aniu? – spytała Natalia, patrząc wystraszonym wzrokiem na wciąż oszołomioną Annę.

– Nie, nie. Poradzę sobie jakoś.

Anna przychodziła już powoli do siebie. Spojrzała jeszcze raz na „wypindrzoną siksę”, jak czasami określała sekretarkę i ruszyła do wyjścia. Otworzyła przeszklone drzwi i ruszyła przed siebie korytarzem. Jakoś dziwnie był dzisiaj pusty, nikt się tu nie kręcił. No i co teraz?, pomyślała. Cholera jasna... To gnój jeden... Kur... No i co ja mam teraz zrobić?

Spojrzała machinalnie na trzymane w lewej dłoni papiery. Wypowiedzenie. I „obiegówka”. Zwolniona. Ale wstyd... Jak ja to powiem komukolwiek? To bandyta. Gnój jeden... No i gdzie ja teraz pracę znajdę?... I to teraz, przed świętami mnie zwolnił... To cham... Kilka lat do emerytury... To skur... jeden, no... Prezent na święta mi dał, świnia jedna... Chciałaś urlop, to masz, zadrwiła z siebie samej. Ty, głupia ty...


3.


Jakoś dotarła do Biura Zespołu, choć nie zdawała sobie sprawy w jaki sposób. Szła zupełnie automatycznie. Tak samo otworzyła drzwi i weszła do środka. Otrzeźwił ją widok dziewczyn. Zerknęły na nią i dalej stroiły tę cholerną choinkę, trajkocząc przy tym nie wiadomo o czym.

– No i co? Masz ten urlop? – spytała Agata, poprawiając diodową, czerwoną lampkę na choince.

– Jasne. Całe trzy miesiące.

– Ile?

– Zwolnił mnie z pracy, ten gnój jeden...

Dziewczyny dopiero teraz na nią spojrzały, ze zdziwieniem i strachem, malującym im się powoli na twarzach.

– Jak to: „zwolnił”? – Grażyna stała z zapomnianą bombką w ręce jak zamurowana.

– Tak to. Wziął i zwolnił. Rozwiązał ze mną umowę o pracę.

– Ale... Jak? – Do Agaty ta wiadomość wyraźnie nie docierała. – Jak to zwolnił? Ciebie?

– Przecież to bez sensu.

– A macie, poczytajcie sobie.

Anna położyła dokumenty na otwartym kartonie, gdzie w przegródkach leżały bombki, bo cały blat był zajęty przez ozdoby. Usiadła na najbliższym krześle i zaczęła się gapić bezmyślnie przed siebie, na białą ścianę. Agata i Grażyna też z wrażenia usiadły na krzesłach, każda z jedną kartką w ręce. To zerkały na dokumenty, to na Annę.

– Ja... No i co teraz? Święta i w ogóle... Jak on mógł coś takiego...

– Świnia i tyle. Żeby kogoś tuż przed Bożym Narodzeniem... Ale mów, Anka, dlaczego właściwie? Co? I jak on ci to powiedział?

– Ja wiem? Krótko.

– I co ty teraz zrobisz? – spytała wystraszona Grażyna.

Właśnie. Ja, pomyślała Anna. Nie ty, czy ktoś tam, tylko ja.

– Jeszcze nie myślałam – odparła.

– Ale przecież on ciebie nie może tak z dnia na dzień zwolnić. – Agata przypatrywała się „obiegówce” trzymanej w dłoni.

– Mam tyle zaległego urlopu, że jeszcze mi dopłacą. Dzisiaj jestem ostatni dzień... – Anna nadal wpatrywała się w ścianę na wprost. – Ja pier...

– I co? Masz się tak spakować i wynosić? Po tylu latach tutaj?

– Dokładnie tak.

– Ale przecież on nie może cię zwolnić... – Grażyna wczytywała się w „Rozwiązanie umowy o pracę”. – Przecież jesteś Przewodniczącą zakładowej Solidarności. Jesteś pod parasolem Związku. Zwariował chyba, stary cap...

– Nie może, ale zwolnił – powiedziała Anna, wzruszając ramionami.

Spojrzała na wyraźnie wystraszoną Grażynę, z tą jej idiotyczną (tak właśnie zawsze myślała) grzywką, przyciętą równo, poziomo, ze dwa centymetry nad brwiami.

– Powiedział jeszcze, że mogę mu założyć sprawę w Sądzie Pracy, ale proces będzie się wlókł, bo on nie będzie się stawiał, czy co tam... Taki cham. Przecież wiadomo, że przegra. Nie może mnie zwolnić, ale zanim dostanę decyzję sądu, a pewnie jeszcze będzie się odwoływał... Wiecie, ile to potrwa?

Spojrzała na równie wystraszoną Agatę. Typowa blondynka z durnych kawałów i to w okularach. No. Tak jak i ja sama. One się akurat nadają do strajkowania, ehe... Kur...

– No a kto niby ma przygotowywać materiał, co? – Oprzytomniała nagle Grażyna.

– A co to mnie... – Anna wzruszyła ramionami i wstała z krzesła. Podeszła do choinki i machinalnie poprawiła jakąś bombkę, bo wydawało się jej, że jakoś krzywo wisi.

– No, kurwa... To teraz my wszyscy dostaniemy po dupie przecież... – zaczęła Agata. – Ty wszystko ciągnęłaś zawsze, wszystkie lokalne, kultura, nawet sport, bo ten pacan Podrzycki nic nie potrafi... Jasna cholera...

– Nawet jak nam dadzą kogoś nowego – włączyła się Grażyna, – to pewnie będzie „świeży”, „zielony”... A może on już ma na twoje miejsce kogoś, co? I dlatego cię zwolnił? A sprawa z tym nieudanym strajkiem to tylko pretekst? Może chce nam wsadzić kogoś swojego.

– Ciekawe kogo. – Anna usiadła z powrotem na krześle.

– A diabli wiedzą. Ale by się przecież tak nie szarogęsił. A teraz może. I kto mu tu podskoczy?

– Tak czy siak, nieźle nas udupił. Wszystkich. A kto pociągnie Orkiestrę, co? Ty to zawsze robiłaś. I teraz co?

– Gówno mnie to obchodzi, szczerze mówiąc. Jak ja już tu nie pracuję, to niech to się tu wszystko zawali, co to mnie... – Annę nagle naszła ochota żeby wstać, walnąć tę cholerną choinkę, żeby się to wszystko posypało, potłukło... – E tam...

– Jasna dupa. A kto poskłada „Panoramę” na szóstą, co? – Agata aż podniosła brwi w zdziwieniu. – Ja... Przecież miałyśmy obgadać co i jak puszczamy, a zamiast tego stroimy tu sobie choinkę...

– Posklejaj coś starego i tyle... – Anna wzruszyła ramionami. – Wielkie mecyje...

– Anka, dzwoń do Krzyśka, powiedz mu... – Grażyna kiwnęła do niej głową. – Niech coś wymyśli.

– A, no tak... – Anna sięgnęła do kieszeni spodni po komórkę i zaczęła wybierać połączenie z „kontaktów”. – Tylko co on mi niby pomoże?

– Parę razy już mu dupę ratowałaś, nie? To niech się teraz odwdzięczy i coś wykombinuje.

– No pewnie – Agata poparła Grażynę.

– Krzysiek? – powiedziała Anna do komórki trzymanej przy policzku. – Cześć. No, co tam słychać w wielkim świecie?... Trafiłam, mówisz?... Aha. No, to nieźle ci się powodzi... – Anna uniosła odrobinę brwi, spoglądając na Grażynę. – A kiedy wracasz? Dwudziestego dziewiątego? Po Świętach, znaczy się?... Aha... Nie... – Anna przeniosła wzrok na Agatę. – Mam do ciebie sprawę, ale to nie na telefon... Nie, spoko... No. Pogadamy, jak wrócicie, jasne. Okej... No, to na razie... No, cześć. Pozdrów Kaśkę ode mnie.

– Wyjechał? – spytała Agata, cały czas wpatrzona w Annę, jak gdyby też chciała usłyszeć tę rozmowę.

– Austria, narty, takie tam... – Anna schowała telefon do kieszeni. – Przecież nie będę gadać przez komórkę o tym, nie?

– Niby dlaczego?

– Wróci po Świętach, to z nim pogadam. Osobiście. To nie jest rozmowa na telefon. Poza tym, co ja mu będę głowę zawracać, jak jest na urlopie? I co mi niby powie?

– Gadanie...

– Powie mi, że mu przykro i takie tam dyrdymały? Że postara się coś wymyślić? Na odległość? Niech najpierw wróci. Są Święta, nie? Zresztą, mam teraz cholernie dużo czasu. Do końca marca.

– No tak... Pieprzony sukinsyn...

– Taa... No to co ja mam tu jeszcze do zrobienia? Obiegówka? Pokaż to, Agata, nawet tego nie czytałam... – Anna wyciągnęła dokument z jej dłoni.

– Ale ty jesteś twarda, Anka. Ja to bym się pewnie dawno rozryczała. I co ty teraz zrobisz?...

– Wiesz co, Aga? Ty czasami takie durne pytania zadajesz... – Anna była tak wściekła i zaskoczona, że nawet nie pomyślała o tym, czy ma się rozpłakać, czy nie, a ta tu wyjeżdża... Naprawdę zaraz się rozryczy. No, tego tylko brakowało...

– Przepraszam. – Skruszona Agata uśmiechnęła się do niej smętnie.

– Dobra. Weźcie się do roboty, bo mnie już tu nie ma. No, baby, do roboty, bo nie będzie „Panoramy” o osiemnastej. Do roboty.


4.


Anna pakowała swoje rzeczy w montażowni. Dwa nowoczesne stoły mikserskie, panele kontrolne, klawiatury, piloty, myszki, z dziesięć monitorów, komputery, laptopy... I jej stary stół montażowy, antyk właściwie, teraz używany jedynie jako duże biurko. Szafki na ścianach, fotele... Od zawsze było tu ciasno. Kiedyś jeszcze, jak zaczynała, były tu półki z taśmami. Potem ich miejsce zajęły kasety, następnie płyty, a teraz wszystko jest w środku, w komputerach i na twardych dyskach. Ogromne ilości. Tysiące godzin nagrań. A może nawet już i miliony? Każdy, najdrobniejszy bzdet skatalogowany, opisany, bo inaczej utonęliby w tej informatycznej masie. Jak nie miała nic konkretnego do roboty, sama przenosiła starocie na zapis cyfrowy. Digitalizacja...

Pozbierała swoje kubki, talerzyki, sztućce, pojemniki na kawę, herbatę... Wszystko to, co kiedyś tu przyniosła. W ogóle, brać to ze sobą? Po co?, pomyślała. Stare kubki, pamiątki z wycieczek czy imprez, prezenty, śmieszne gadżety...

Usiadła w fotelu i zaczęła niezbyt przytomnie spoglądać na poustawiane na starym stole montażowym rzeczy. Jej rzeczy...

Zaczęła tu pracować w wieku dwudziestu sześciu lat, w osiemdziesiątym ósmym, początkowo jako asystentka redaktora prowadzącego. Jednocześnie kończyła studia. To ile to jest razem, pomyślała? Dwadzieścia sześć lat. Ja pier...niczę... I teraz taki gnój niedouczony wywala mnie z pracy. Pół życia. Pół mojego życia...

Zaczęła wspominać te swoje młode lata. Ślub z Tomkiem, urodzenie Roberta, trzy lata po ślubie rozwód... Przerwane studia, pieluchy... Potem przeniosła się z dziennikarstwa na polonistykę, żeby tylko mieć jakiś dyplom. Tata ją bardzo mocno naciskał i miał rację. Byle jakie studia, ale zawsze coś. Papier. Bez rodziców nie dałaby rady. A tak... Jakoś to poszło. Jednocześnie praca, kończenie studiów, wychowywanie Roberta...

W dziewięćdziesiątym trzecim była już samodzielną redaktorką. No. To było coś. Okrzepła, zahartowała się, robiła to, co lubiła... Przygotowywanie materiałów do emisji, timing, zgrywanie wszystkiego w całość, komentarze, uwagi, potem zaczęła robić i konspekty dla spikerów... W zasadzie, przez wiele lat mówili jej słowami... Oni byli od brylowania, ona od roboty. I odpowiadało jej to. Tak właśnie miało być. Zawsze liczył się zespół. I mogli być nawet jacyś chamscy dziennikarze, zdarzali się, ale byli od niej uzależnieni, w pewnym sensie. A teraz?...

Ogarnęła wzrokiem te swoje „resztki” na stole... Spojrzała tęsknie na konsolę, na monitory, na swoje „wypasione” komputery pod biurkiem... Cały jej świat.

Wstała energicznie i zaczęła ładować rzeczy do kartonu. Potem nasadziła na niego pokrywę i zaczęła ubierać płaszcz. Nawet nikt tu do mnie nie zajrzy, pomyślała. A, może to i dobrze...

Założyła wełniany szal, potem futrzaną czapkę, prezent od Taty jeszcze, torebkę przełożyła przez ramię i piersi na skos, jak listonosz, wzięła karton pod pachę i wyszła z montażowni. Zamknęła drzwi na klucz, odwróciła się i poszła korytarzem, pustym. Znowu pustym. Chyba boją się wszyscy, żeby się ze mną nie spotkać, pomyślała. A, co tam... Zjechała windą na dół i przeszła do wyjścia. Doszła do holu, wyciągnęła z kieszeni płaszcza identyfikator i przyłożyła go do czytnika na bramce. Kołowrotek zaskrzeczał, pchnęła nogą metalową rurę podciągając karton do góry i zrobiła kilka kroków do oszklonej portierni z otwartym oknem. W środku siedział stary Mietek.

– Panie Mietku, mogę to zostawić u pana do jutra? – Mówiąc to, Anna postawiła karton na długiej ladzie, przy oknie. – Przyjadę samochodem i odbiorę.

– A, oczywiście pani Aniu, oczywiście. Słyszałem, że zwolnił panią z pracy? – Portier ukazał się zza oszklonej części portierni, wstając z fotela.

– Nie chce mi się o tym gadać. – Wzruszyła ramionami, spoglądając mu w oczy. Już się rozniosło. Szybko, pomyślała.

– No tak, tak, rozumiem... – Stary portier był wyraźnie zmieszany. Odebrał od niej karton i położył na podłodze przy drugim fotelu, przy szafie.

– Jutro po to przyjadę – powiedziała Anna, kładąc klucze na ladzie, jak co dzień.

– Oczywiście, pani Aniu.

– Do widzenia.

– Do widzenia. Aha, jeszcze karta...

– A, no tak. – Anna wyciągnęła swoją kartę identyfikacyjną z chipem otwierającym wszystkie drzwi wewnątrz budynku i podała ją portierowi. – Nie pomyślałam...

– No tak, tak. Jasne. Do widzenia.

Nie bardzo wiedziała, jak wyszła z budynku i przeszła spory odcinek swojej codziennej drogi. Nagle spostrzegła, że jest już na chodniku, ciągnącym się wzdłuż ogrodzenia starego cmentarza. Rano starała się tędy nie chodzić, czy po ciemku; wybierała inną trasę. Ale tędy było najbliżej do parku. Widocznie nogi same ją tu zaniosły. Spojrzała przed siebie i zobaczyła wysokie ogrodzenie, jakieś pięćdziesiąt metrów dalej, już za ulicą. A za kratami łyse teraz, stare, okazałe drzewa. Lubiła chodzić tędy na przystanek tramwajowy. Nawet teraz, kiedy było tak nieciekawie. Grudzień, a śniegu jak na lekarstwo. Te marne, brudne resztki? Co to w ogóle za zima? Brudno, szaro, ani mrozu, ani śniegu... Ogarnęła się jakoś i poszła dalej, w kierunku wysokich drzew.


5.


Jak zwykle na „wysepce”, gdzie tory robią dwa zakręty naraz, w „eskę”, tramwajem szarpnęło i Anna spojrzała wokół trochę bardziej przytomnym wzrokiem. Zdała sobie sprawę z tego, że już dojeżdża do domu. Tak się zamyśliła po wyjściu z pracy (!), że teraz nawet nie pamiętała, jak przeszła przez park, jak wsiadła do „szóstki”... Cholera jasna. Ogarnij się, stara babo, pomyślała.

Tramwaj dojechał na przystanek „Klonowa” i Anna wysiadła z niego. Podeszła do przejścia dla pieszych i czekała na zielone światło. Pomyślała szybko, czy musi coś kupić do jedzenia i w ogóle?... Ale, w zasadzie, wszystko ma. Zresztą... No właśnie. Nie musi jutro rano wstawać, to pójdzie później na jakieś zakupy. A na dzisiaj starczy jej wszystkiego...

Zapaliło się zielone światło i Anna ruszyła w stronę domu. Przez skwer, na skróty, jak zwykle. Niecała minuta i będzie na Partyzantów. Druga minuta i będzie w domu. No. I co dalej?...

Zastanawiała się, o czym właściwie myślała w tramwaju i wcześniej. Wyszła z pracy zupełnie nieprzytomna... Z pracy. Właśnie. A niech go jasna cholera! Co za burak! Gnój parszywy. Zwolnił ją z pracy. Wyrzucił właściwie. No tak. Nie ma co się oszukiwać. Wyrzucił, a nie „zwolnił”. No, czekaj ty, chamie jeden... Tak, tak... I co ty mu niby zrobisz, skurwielowi?

Doczłapała się wreszcie do kamienicy, wystukała kod domofonu i pociągnęła drzwi. Weszła na klatkę schodową i sprawdziła odruchowo skrzynkę na listy. Chyba pusto, stwierdziła, wpatrując się w dziurkowaną pokrywę. Poszła schodami na parter, szukając kluczy w swojej dużej torebce. Wyciągnęła je wreszcie, stojąc przed drzwiami. Otworzyła pierwsze, drewniane, potem drugie, antywłamaniowe i weszła do środka. Zamknęła jedne i drugie drzwi, rzuciła klucze na komódkę i zaczęła się rozbierać. Starała się nie myśleć o niczym innym. Zdjęła płaszcz, czapkę i buty, weszła do pokoju. Rozejrzała się, jak gdyby była tu po raz pierwszy w życiu. W końcu klapnęła ciężko na sofę. No i co teraz, niech mi ktoś mądry powie, pomyślała. Co teraz?


  Spis treści zbioru
Komentarze (0)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
brak komentarzy
© 2010-2016 by Creative Media
×