Przejdź do komentarzyKobieta niczyja
Tekst 14 z 14 ze zbioru: Z szuflady @specjalkii
Autor
Gatunekobyczajowe
Formaproza
Data dodania2012-01-24
Poprawność językowa
Poziom literacki
Wyświetleń2386

KOBIETA NICZYJA


Najpierw powstało opowiadanie `Dwa księżyce`. Było to jedno z moich pierwszych opowiadań i zainspirowało mnie do napisania powieści `Kobieta niczyja`, której fragment, w formie opowiadania, prezentuję jako tekst konkursowy.





Stałam zmarznięta na przystanku i patrzyłam pustym wzrokiem na mężczyznę idącego naprzeciw. Nie wiedziałam, kim jest. Dla mnie – nikim. Nie znałam go. Ale może był dla kogoś kimś ważnym, ważniejszym od wszystkiego? Może kiedyś, dla kogoś, ściągnął Niebo na Ziemię, nim pogrążył się w otchłani piekielnej? Patrzyłam, jak idzie chodnikiem zataczając się i mamrocząc pod nosem. Nieliczni przechodnie odsuwali się, posyłając mu spojrzenia pełne niekłamanej pogardy i wstrętu. Menel – szufladkowali. I natychmiast tracili zainteresowanie, podążając do swoich spraw.

Menele, lumpy, żule. Łatwo ich zauważyć. W brudnych dżinsach i pachnący eau de brudas. Nie do wiary, ilu ich jest wokół. Zwłaszcza jak doliczyć tych maskujących się w markowych garniturach. Na każdego przypada kilka zniszczonych żyć, zabitych miłości, pogrzebanych marzeń. Tragedii. Wielkich i spektakularnych, o których czasem grzmią media. I tych codziennych, dawkowanych nieregularnie, acz bezwzględnie, o których się nie wspomina. Do dna piekła można się dokopać tak samo butelką taniego wina jak i markowego koniaku.

Jeśli mamy szczęście, żyją na marginesie naszego życia. Ich życie nie ma z naszym wspólnych punktów. Rozmijamy się jak proste równoległe w geometrii Euklidesowej.

Czasem jednak wystarczy nieostrożny podmuch anielego skrzydła, by zmienić trajektorię ścieżki naszego życia i wejść w kurs kolizyjny z kimś, z kim w tym życiu nie powinniśmy się spotkać. Z kimś, kogo spotkanie stawia na głowie nasz spokojny, posprzątany świat.

Myślę, że mój Anioł Stróż zrobił to celowo. Może się nudził? A może dostał takie wytyczne? Nie wiem. Faktem jest, że musiał maczać w tym palce albo skrzydła. I że sobie tego nie przemyślał. Pokazał mi jak bardzo można kochać i jakim strasznym cierpieniem potrafi być miłość. Pokazał mi jak bardzo można być kochaną i jaki straszny ból może zadać ktoś kochający i kochany. Zapomniał mi pokazać, jak sobie z taką miłością radzić…


BRĄZOWE OCZY

Te piękne brązowe oczy o łagodnym, czułym spojrzeniu utkwiły mi pod powiekami i szukam ich bezwiednie. Te piękne wypielęgnowane ręce dotykały mnie delikatnie i jednocześnie mocno, jakby mówiły: zamykam cię w sobie, jesteś moja, nigdy cię nie puszczę.


BRUNET

Siedział przede mną przy stoliku w barze, a ja nie mogłam oderwać oczu od jego rąk. Miałam ochotę dotknąć ich, gładzić smukłe palce, poczuć miękkość czarnych włosów na przedramieniu. Gęba mu się nie zamykała. Starał się zagadać milczenie. Nic nie mówiłam, tylko patrzyłam na te ręce i czułam przeraźliwe pragnienie by chwycić jedną z nich i położyć na swojej skórze. Poczuć jej ciepło na udach, brzuchu, piersiach...

Co się ze mną dzieje? – myślałam. – Zachowuję się jak idiotka. I pewnie wyglądam jak idiotka. Takie piękne ręce muszą być ciepłe, czułe, delikatne i zdecydowane. Zwariowałam! Siedzę w podrzędnym barze z obcym mężczyzną i marzę o jego pieszczotach. Zwariowałam! To chore i nienormalne – kontynuowałam rozmowę z sobą. Nie słuchałam go. Myśli zagłuszały słowa. Pragnienie dotyku stało się wręcz fizyczną udręką. – Natalia! Opanuj się idiotko! Powiedz coś, bo ten facet zaraz ucieknie, a z nim odejdą te piękne ręce, o których marzysz – w panice szukałam rozwiązania. Przeniosłam wzrok z rąk na meszek jego czarnego, wełnianym swetra. Nie pomogło. – Ten meszek musi być równie delikatny jak owłosienie na jego rękach – dudniło mi w głowie. Lustrowałam go dalej. Spojrzałam na guzik jego kożucha – trochę za luźna nitka. Ciekawe, czy te ręce potrafią szyć? – Zastanawiałam się. – Jak trzymają igłę? – Wiedziałam, że muszę coś powiedzieć. W głowie miałam pustkę. Absolutne nic. I tylko te ręce. Zupełnie zwariowałam! I wtedy spojrzałam mu w oczy – Boże! Jaki ciepły, piękny brąz – i zrozumiałam, że chciałabym patrzeć w te oczy do końca życia.

- Słuchaj, muszę już iść. Mam coś do załatwienia. – Na policzkach kwitły mi rumieńce, uszy paliły a ręce miałam zimne aż do bólu.

- Chętnie przejdę się z tobą, jeśli nie masz nic przeciwko.

Nie miałam nic przeciwko. Nie miałam siły tłumaczyć mu, że nie muszę nigdzie iść, że chcę od niego uciec, bo wystraszyłam się samej siebie.

Mój Anioł Stróż zakrył oczy i uszy skrzydłami i zostawił mnie na pastwę najdziwniejszej i najboleśniejszej przygody w moim życiu.

Z perspektywy czasu wiem, że ten związek był mi nieodzowny. Po nudnym, nieudanym małżeństwie z ojcem Pawła, po okresie samotności, przestałam wierzyć, że jestem kobietą, że życie ma dla mnie jeszcze coś do przeżycia. Myślałam, że jedyne, co mnie czeka to powolne starzenie się, gorzknienie i schody w dół. Darek spowodował, że ubyło mi dziesięć lat. Młodniałam w oczach. Było to widoczne dla wszystkich, którzy mnie znali.

W ten dziwny sposób zaczęłam drugą młodość. Czemu? Bo mój Anioł Stróż, zanim skrył się za swoimi skrzydłami i pozwolił mi robić, co chcę, podstawił mi na ulicy obcego bruneta, który podniósł upuszczoną rękawiczkę.

W tamtym podłym barze śmierdziało kebabem i wczorajszym piwem, było ciepło. Na dworze listopadowa, bura plucha. Tajało moje ciało i budziła się zapomniana kobieta. Iskra zainteresowania ze strony Darka rozerwała folię, która szczelnie i skutecznie przykrywała we mnie kobiecość i seksualność przez tyle lat. Zaczęła się reakcja łańcuchowa i wszystko wymknęło się spod kontroli. Dnia trzynastego listopada oszalałam i to przywróciło mnie do życia. Obudziły się tłumione uczucia. Dowiedziałam się, że umiem kochać. Przeszłam potem przez całą paletę uczuć, z wszystkimi odcieniami. Byłam szczęśliwa. Cierpiałam. Śmiałam się, płakałam, cieszyłam i złościłam. Czułam, że żyję, bo umiem czuć. Teraz powiedziałabym, że kochałam kochać. Wtedy tego jeszcze nie wiedziałam. Kochałam Darka i byłam kochana, wręcz wielbiona. A że nie trwało to całe życie? Nie szkodzi. Ból i miłość są podobne – dezorganizują wszystko wokół i nie zostawiają miejsca na nic innego. Wypełniają cały czas, odbierają wolę i rozum. Ograniczają czasoprzestrzeń tak skutecznie, że traci się poczucie rzeczywistości i przyzwoitości. Nie istnieją błędy. Wszystko ma wytłumaczenie. Bo kocham. Bo cierpię. Wypalenie i pustka, jakie pojawiają się w konsekwencji, są tak głębokie i silne jak uczucie, z którego się urodziły. Oswoiłam pustkę. Znalazłam odpowiedź na pytania. Wiem dlaczego. Wiem, że nie kochałam za bardzo. Wiem, że żadne z nas nie zawiniło. Naprawialiśmy błędy z poprzedniego życia.


LISTOPAD

Znów zima próbuje przedostać się na Ziemię – westchnęłam. – Jak na razie słabo jej idzie. Ale pewnie się rozkręci. Zmarznięte ręce włożyłam w rękawy nieocieplanego płaszcza jak w mufkę. Skuliłam ramiona, żeby uchronić szyję przed lepkim dotykiem chłodu. Myślami błądziłam między domem, w którym nikt na mnie nie czekał, a ciepłem jego ramion. Ramion, które teraz ostygły i już nie mogły obiecywać bajki.

Spotkaliśmy się w listopadzie i w listopadzie próbowałam definitywnie odejść. Zapach pierwszego mrozu zawsze budził we mnie wspomnienia. I to te najcieplejsze. O mężczyźnie, który poruszył wszystkie struny mojego ciała, serca i duszy. O mężczyźnie, przy którym dowiedziałam się o sobie rzeczy, o które się nigdy nie podejrzewałam. Że stać mnie na miłość bezwarunkową. Że umiem dawać. Że nie jestem pusta i pozbawiona uczuć. Mężczyźnie, dzięki któremu odkryłam w sobie różne odcienie czułości, tkliwość, cierpliwość. Dzięki alkoholikowi, który nie umiał przestać pić, ale umiał kochać. Egoistycznie, zaborczo i z zabójczą fantazją.

Teraz już wiem to, czego wtedy nie wiedziałam. Że w każdym alkoholiku siedzą dwie osoby, które nic o sobie nie wiedzą, bo się nie znają. Delikatny, bezbronny, wystraszony, trzeźwy wrażliwiec oraz bezduszny, egocentryczny, kłamliwy, wiecznie nawalony manipulant. To jasne, że zakochałam się w tym pierwszym. Gdy poznałam drugiego, było już za późno. Kochałam do bólu i byłam zdolna do zaprzedania własnej duszy by go uratować ze szponów bestii. I w ten sposób oni obaj zabijali mnie po kawałku. A ja, zakochana idiotka, naiwna samarytanka, walczyłam z wiatrakami i czekałam na zwycięstwo, które nigdy nie miało nadejść. Gdy wreszcie poczułam, że nie mam już siły na walkę, odkryłam, że mnie już nie ma – odeszłam, a kobiety, którą teraz stałam się, nie znam i nie lubię. Ale ona, tak samo jak ja wcześniej, nie potrafiła zapomnieć, tęskniła i była gotowa przebaczyć. Tyle, że już się nie śmiała, a jej oczy straciły blask.

Tak, teraz wiedziałam to, czego wcześniej wiedzieć nie mogłam. Że alkoholika kocha się jak dziecko – bezwarunkowo i nie wiadomo, za co – za to, że jest, że potrzebuje opieki i ciepła, za silne uczucia (wszystkie!!!), które budzi – po prostu się kocha.

Odejście od alkoholika to przyznanie się do porażki, że moja miłość, staranie i ciepło na nic się nie zdały. Dlatego tak trudno było mi odejść. Ale odeszłam wyrzucając sobie, że może jeszcze nie zrobiłam wszystkiego, że jeszcze jest szansa, że dam radę...

Teraz wiem, że to pułapka, w którą wpędzałam się sama. Dużo czasu upłynęło nim przyznałam się przed sobą, że nie dałam rady, chociaż dałam z siebie wszystko, a nawet więcej. Kochałam, ale mimo to odeszłam, bo kochałam też tamtą siebie i nadszedł czas by zająć się nią.

Listopad. Najbardziej znienawidzony miesiąc roku. Buro, ponuro, mokro i zimno.

W dodatku zaczyna się Świętem Zmarłych. To miesiąc umierania. Butwiejące liście, nagie konary. Łąki, po których grasują hordy gawronów, zimowych turystów z północy.

Stałam zmarznięta na przystanku i patrzyłam pustym wzrokiem na mężczyznę idącego naprzeciw. W jednej ręce niósł teczkę, drugą przyciskał do ucha telefon. Do moich uszu dolatywały niewyraźne słowa. Mówił cicho i spokojnie. Nie wiedziałam, kim jest. Dla mnie nikim. Nie znałam go. Ale pewnie dla kogoś jest kimś ważnym, ważniejszym od wszystkiego – pomyślałam i łzy stanęły mi w oczach.

Ulica była pusta. Płatki śniegu lekko i cicho opadały pod swoim ciężarem w bezwietrznym powietrzu, zamieniając się na jezdni i chodniku w błyszczącą, ciemną maź. Mężczyzna wszedł w plamę światła by za chwilę pogrążyć się w mroku wieczoru. Kropelki wody z topniejącego śniegu na jego włosach zaiskrzyły się jak bożonarodzeniowe światełka. Nie chcę w tym roku Bożego Narodzenia – pomyślałam. – Ten jeden, jedyny raz niech nie będzie Świąt.


ONA

Jak ja jej nienawidzę! Zawładnęła nim, odebrała mu wolę. Stała się najważniejszą i najpożądańszą. Zaraz po niej byłam ja. Ona gasiła ciepło w brązie jego tęczówek. Stawały się zimne i szkliste. Nadawała jego dotykowi brutalność. Mój cudowny brunet, czuły kochanek o fantazji i temperamencie południowca, zbladł dzięki niej i stracił swój ogień. Stał się bezwolnym wykonawcą jej pragnień.


ONA I ON

Dla niej znikał bez słowa i wracał bez uprzedzenia. Tak po prostu. Po tygodniu albo po miesiącu stawał przed drzwiami i pukał. Wiedziałam, że wpuszczę go nie tylko do domu, ale i do życia. Znał mnie. I też to wiedział.

Pukał, wchodził i nawet nie próbował się tłumaczyć. Bez słowa podawał mi żółtą różę i przytulał niedźwiedzim uściskiem. Tulił mocno i długo. Czasem lekko drżały mu ręce. Pachniał mężczyzną. Wodą kolońską, mydłem, zamszem i tym czymś, co nie było zapachem. Czymś nieuchwytnym w kategoriach zwykłych zmysłów. Czymś, za czym tęskniłam, czego nie miał żaden ze znanych mi mężczyzn. Feromony? Klucz do mnie...

Naukowcy spierają się do dziś, czy ludzie wydzielają feromony. Ja miałam na to dowód.

– Nienawidzę cię – szeptałam.

– To wyższy stopień miłości – brał mnie za barki i odsuwał na długość ramion. – Mam szczęście – dodawał.

A ja? Zwykle stałam z opuszczonymi rękami skubiąc listki róży i myśląc, że powinnam zrzucić go ze schodów, ale nie robiąc kompletnie nic. Nogi miałam miękkie, jak z waty. W uszach uciskały łzy. Drżałam. Wszystko na nic – myślałam. – Wszystko na nic. Wypchnij go za drzwi, zanim będzie za późno. – Ale już było za późno. Ta cholerna, chora miłość, odbierała mi wolę i poddawałam się jej. Nie robiłam nic. Nie posyłałam go w diabły.

– Nienawidzę cię – mówiłam patrząc mu w oczy i czując łzy spływające po policzkach do uszu. Szczypała mnie od nich skóra. – Nienawidzę, nienawidzę, nienawidzę – szlochałam. I nie robiłam nic.

Bo tak naprawdę nienawidziłam siebie. Za słabość, za uległość, za tę cholerną miłość, której nie potrafiłam zabić, a która wodziła mnie za nos tak, jak chciała. Nienawidziłam siebie, bo wiedziałam, co będzie dalej. Przerabialiśmy ten scenariusz wiele razy. Zmieniała się sceneria i szczegóły, ale ogólny sens i finał zawsze był taki sam. Gwałtowna namiętność, próba podążania ku szczęściu i tragiczny finał. Nie było miejsca na „i żyli długo i szczęśliwie”, bo jedną z głównych ról w naszej bajce grała femme fatale. Zawsze miała tak samo na imię. Pojawiała się w najmniej spodziewanych momentach. Przeważnie wtedy, gdy uspokojona zaczynałam wierzyć, że tym razem będzie inaczej. Niestety nie było. Wódka.

A mogło być tak pięknie…


ONA I JA

Teraz jestem wolna – wbrew sobie, sercu i rozumowi. Nie mogłam zostać. Zniszczyłaby mnie i pociągnęła za sobą. Ona ma władzę. Nie pozwolę by mną rządziła tak jak nim. Odeszłam w ostatnim momencie. Jeszcze mnie nie omotała. Chociaż kochałam, nie godziłam się na jej obecność w naszym życiu. Niech pije sam!

Odprasowałam sobie psychikę, odpoczęłam. Wyciszyłam emocje. Zajęłam się sobą z czułością i miłością. Wybaczyłam sobie i próbowałam wybaczyć Darkowi. Poczułam, że dobrze mi ze sobą. Tylko czasem brakowało dotyku i ciepła ciała drugiej osoby. No, bo jak miałam się sama przytulić?

Odeszłam. Jestem wolna! Tylko czasem płaczę…


JA

Stałam zmarznięta na przystanku i kątem oka dostrzegłam zbliżającą się postać. Serce podskoczyło mi do gardła. Niemożliwe – wyszeptałam. – Niemożliwe.

Śnieg padał coraz gęstszy. Już nie topniał. Wielkie, ciężkie płatki potęgowały wieczorną ciszę. Mężczyzna zbliżał się. Wpatrywałam się w niego niezdolna do żadnego ruchu. Szedł z pochyloną głową, chroniąc twarz przed śniegiem. Jak zawsze bez czapki i z podniesionym kołnierzem. Elegancki i zapięty na ostatni guzik. Wszedł w plamę światła by za chwilę pogrążyć się w mroku wieczoru. Czarna czupryna ze srebrnymi pasemkami siwizny pokryła się białym puchem.

To na pewno nie on – westchnęłam. – Ale jakie podobieństwo. Niesamowite.

Doszłam do krawędzi jezdni i próbowałam spojrzeć za odchodzącym. Wszedł w krąg światła następnej latarni i zniknął mi z pola widzenia. I wtedy się przestraszyłam. Na chodniku nie było żadnych śladów. Pobiegłam w kierunku, w którym odszedł. Dotarłam do tej drugiej latarni i nic. Oprócz moich, nie było żadnych śladów na śniegu. Jedyne, co dostrzegłam, to odjeżdżający z przystanku autobus. Ostatni tego dnia. Odjeżdżając wyżłobił w świeżym puchu wyraźny, ciemny ślad.

Stałam zmarznięta na przystanku i przyglądałam się jak śnieg powoli maskuje ślad autobusu. Patrzyłam i nie wiedziałam, co o tym myśleć.

Czy to był on? Ten, który wymyślił dla mnie bajkę, a potem uwięził w niej jak w złotej klatce? Chyba mam halucynacje – pomyślałam. A zaraz potem zdecydowałam, że pomyślę o tym jutro.

I wezwałam taksówkę.


BLONDYN

Minęło kilka lat. Jest teraz przy mnie inny mężczyzna. Kocha mnie prosto

i nieskomplikowanie. Daje mi poczucie bezpieczeństwa, darzy zaufaniem i zostawia swobodę. Jest mi przy nim cicho, ciepło i spokojnie. Zbyt spokojnie? Nie. Jestem w porcie. Burze i sztormy już za mną. Dzięki związkowi z Darkiem umiem docenić to, co daje mi Jacek. Też jestem szczęśliwa. Żeby coś zyskać, trzeba coś stracić. Ktoś musi odejść żeby zrobić miejsce następnemu. Usypiam w ramionach mężczyzny, który mnie kocha i dla którego jestem sensem życia. Daję mu ciepło, opiekę i zapach kobiety w domu. I tak dalej... Tylko... Właśnie. Rozumiesz?

Kiedyś nad jeziorem widziałam dwa Księżyce. Ten na niebie świecił mocno i zdecydowanie. Odbicie rozmywało się w falowaniu wody, ulotne i delikatne. Często zastanawiam się skąd wiadomo, który jest prawdziwy…?

  Spis treści zbioru
Komentarze (9)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
avatar
Piękna, prawdopodobnie autobiograficzna opowieść o codziennym życiu, o miłości i szczęściu, którego niekiedy trzeba długo i uporczywie szukać, a które czasami przychodzi niespodziewanie. Piękny i poprawny język, wartka i ciekawa akcja.
Ale żeby nie było samych achów i ochów, wspomnę o interpunkcji. Autorka prawdopodobnie przez zupełny przypadek gubi przecinki rozdzielające zdania pojedyncze w zdaniu złożonym, ale nie tylko. Wymienię tylko trzy przykłady.
Przykład pierwszy: w wersie piątym przed czasownikiem "posyłając" jest przecinek, ale w zdaniu poprzedzającym przed "zataczając" nie ma.
Przykład drugi: W rozdziale "Brunet" nie ma przecinka przed zdaniem "...a ręce miałam zimne aż do bólu".
Przykład trzeci: Brakuje przecinka przed "żeby" w ostatnim rozdziale.
avatar
Bardzo piękna i wzruszająca opowieść. Wszystko tu fascynujące: i treść, i barwny język, i kompozycja. Wszystko to sprawia, że utwór czyta się jednym tchem. A życie? Cóż? Niesie ono różne niespodzianki. Czasami postępujemy wręcz irracjonalnie, robimy najdziwniejsze rzeczy, ale może przez to stajemy się mądrzejsi, bogatsi doświadczeniem. Jestem pod wrażeniem. Gratuluję!
avatar
Chciałoby się powiedzieć samo życie przemawia przez to opowiadanie:-)Naprawdę warte przeczytania. Daje nadzieję!!!
avatar
Bardzo ładne, prawdziwe i emocjonalne opowiadanie, pokazujące jak jest miłość. Czasem gorąca i wspaniała, a czasem rani jak ostrze noża. Jak w pewnej piosence "too much love will kill you...". Ode mnie 5 punktów. Kawał dobrego tekstu.
avatar
Bezbłędnie oddane opisy nasunęły ma na myśl kogoś, kto miał podobnie, ale i bez tych skojarzeń, pobiegłabym tekstem, ponieważ wzbudził mą ciekawość zapisem pejzażowym, co nadało mu niebanalnego smaku, klimatu i tej otoczki, której nie potrafię wyrazić a która nakazuje pytać: co dalej? Ciekawie, pulsująco, do przodu. Z przyjemnością chłonęłam tekst; z przyjemnością! Pozdrawiam.
avatar
Fantastyczne.Dwa księzyce, port i burza na morzu.... pięknie ujęte, dotknięty problem, opisany odcień cienia życia, które nigdy nie jest czarno białe, bo nawet posiada odcienie własnego cienia i własnego blasku. Tego najbardziej się w życiu boimy .....
avatar
Moja droga. Po pierwsze żaden Anioł Stróż nie miał nic wspólnego ze spotkaniem bohaterki opowiadania z gadatliwym brunetem. Bóg już połaczył ją wcześniej wcześniej z "nudnym ojcem Pawła". Dalsze losy bohaterki, jakkolwiek romantyczne, nie mają nic wspólnego z planem Bożym, więc proponuję nie mieszać do tego Aniołów ( choć rozumiem kobietę - krew nie woda, jak napisałaś "budziła się zapomniana kobieta"). Generalnie opowiadanie jest dobre. Podoba mi się. Kobiecie z opowiadania współczuję. Po nieudanym małżeństwie nigdy już nie będzie naprawdę szczęśliwa. Bóg błogosławi dwoje ludzi tylko raz.
avatar
Moja ocena nie ulega zmianie. Opowiadanie zasługuje na opublikowanie w antologii.
avatar
Jeśli wokół ciebie wszyscy piją, nie sposób spotkać kogoś trzeźwego.

Temat oklepany jak ten kotlet polski schabowy chleba naszego powszedniego - jednak A JEDNAK podany w sosie własnym, niepowtarzalnym, pięknie, mądrze i strzałem prosto w te brązowe oczy. Miałam męża alkoholika, więc chyba wiem, co mówię.

Alkoholik dzisiaj niekoniecznie sypia pod mostami. Najczęściej jest to w białych rękawiczkach Ktoś Lokalnie Bardzo Ważny i Decyzyjny
© 2010-2016 by Creative Media
×