Przejdź do komentarzyRozdział 29. Grzmiący Klucz /2
Autor
Gatunekobyczajowe
Formaproza
Data dodania2022-02-20
Poprawność językowa
- brak ocen -
Poziom literacki
- brak ocen -
Wyświetleń224

- Zgodnie z zasadami gościnności. - powiedział bufetowy, siedząc z kucharzami na dachu wagonu restauracyjnego.


Główny inżynier, stojący z czerwonym sztandarem, zsunął do tyłu wielki filcowy kapelusz, oddał swoją szturmówkę, po czym chwycił potężny młot z długim trzonkiem i, robiąc płaczliwą minę, trafił nim prosto w ziemię. Wywołało to salwę śmiechu u wszystkich gapiów, pośród których wielu było prawdziwymi siłaczami. Głuche niecelne uderzenia wkrótce zastapiły metaliczne, świadcząc o tym, że młot trafia dokładnie tam, gdzie trzeba. Swoimi młotami obok wymachiwali sekretarz powiatowego komitetu partii, członkowie rządu, naczalstwo z Syberii oraz z Południa, a także goście z zagranicy. Ostatni pokład przybił do toru dyrektor budowy.


Rozpoczęły się przemówienia. Tłumaczono je w dwóch językach - po kazachsku i po angielsku.


- Towarzysze, - powoli powiedział przodownik pracy, robotnik kładący pokłady, starając się nie patrzeć na swój przed chwilą przypięty do koszuli Order Czerwonego Sztandaru, - cośmy zrobili, to zrobili, i wiele o tym gadać nie ma co. Ale za to w imieniu całego naszego miasteczka kolektywna prośba do naczalstwa, by nas natychmiast wysłano do następnej takiej budowy. Jesteśmy już bardzo dobrze zgrani, i w ostatnich miesiącach kładliśmy tory w tempie 5 kilometrów na dobę. Zobowiązujemy się normę tę podtrzymać i bardziej jeszcze wyśrubować. Niech żyje nasza światowa rewolucja! Chciałem jeszcze powiedzieć, towarzysze, że pokłady trafiały do nas bardzo często wybrakowane, i trzeba było je wyrzucać. To trzeba niezwłocznie poprawić.


Nikt z korespondentów już nie miał prawa teraz narzekać na brak zdarzeń. Przemówienia zapisywano, inżynierów obejmowano za talię i żądano od nich informacji wraz z dokładnymi danymi liczbowymi. Zrobiło się gorąco, wszędzie była kurzawa, podnoszona tysiącem ruchliwych nóg, zapanowała atmosfera gorączkowej pracy. Mityng na pustyni zaczął dymić jak wielkie ognisko. Ławłazjan, nabazgroliwszy dziesięć linijek, poleciał do telegrafu, wysłał błyskawiczny telegram i ponownie zabrał się za pisanie. Pogorszański nic nie pisał i żadnych telegramów nie wysyłał. W jego kieszeni był *Uroczysty pakiet* Bendera, który dawał każdemu możliwość sporządzania cudownej korespondencji w ciągu 5 minut - i to w dodatku z azjatyckim ornamentem. Piękna dziennikarska przyszłość była zabezpieczona, dlatego z jeszcze bardziej wysoką satyryczną nutką w głosie mówił co i rusz do swoich kolegów po piórze:


- I co? Staracie się? No, no!


Całkiem nieoczekiwanie w loży sowieckich żurnalistów na trybunie pojawili się dwaj spóźnieni w Moskwie na pociąg Lew Koszulkin i Jan Ławeczkin. Zabrał ich na swój pokład samolot, który przyleciał na uroczystości w Grzmiącym Kluczu i wylądował za dalekim wzgórzem na naturalnym lądowisku 10 kilometrów od torów. Bracia korespondenci dopiero teraz dotarli stamtąd na pieszo. Ledwie się przywitawszy, obaj wyciągnęli z kieszeni notatniki i zaczęli nadrabiać stracony czas.


Aparaty zagranicznych dziennikarzy pstrykały nieprzerwanie, przełyki wyschły od przemówień i słońca. Zgromadzeni coraz częściej spoglądali na dół, w stronę chłodnej rzeczki, na stołówkę, gdzie kratkowane cienie leżały na długaśnych bankietowych stołach, zastawionych zielonymi flaszkami z narzanem. Obok już ustawiono kioski z napojami, do których coraz częściej biegali uczestnicy wiecu.


Alieksandra Koriejko na trybunie męczyło dzikie pragnienie, lecz wciąż jeszcze trzymał fason pod swoją dziecinną trójgraniastą czapką. Wielki Kombinator z oddalenia tłumu gapiów drażnił się z nim, podnosząc nad głową butelkę z lemoniadą i żółtą, zasznurowaną tasiemką od butów aktówkę.



1931

  Spis treści zbioru
Komentarze (0)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
brak komentarzy
© 2010-2016 by Creative Media
×