Przejdź do komentarzyStrażniczka nieumarłych / 10
Tekst 10 z 11 ze zbioru: Dark Fantasy
Autor
Gatunekfantasy / SF
Formaproza
Data dodania2024-05-15
Poprawność językowa
- brak ocen -
Poziom literacki
- brak ocen -
Wyświetleń58

– Poczekaj. – Sachmet przystanęła i spojrzała krzywo na Smirta. – Nie obiecuj niczego, czego nie będziesz w stanie zrealizować. Demof nie jest już taki sam. Zmienił podejście do życia, a obecne poglądy mogą cię przytłoczyć, a nawet wyprowadzić z równowagi. Uważaj na słowa, bo nawet ja nie będę w stanie interweniować i powstrzymać go przed tym, co sobie umyśli.

Kiedyś miała na niego wpływ – teraz nie brał jej zdania pod uwagę.

Smirt wyglądał na zdziwionego. Wyznanie bogini sprawiło, że zapragnął wyjść z tego cuchnącego wilgocią korytarza i wystawić ciało na słońce. Zaczynał mieć wątpliwości…

– Szybko wyczuję, czego tak naprawdę ode mnie oczekuje – fuknął. – Nie pójdę na nic, co nie współgra z moimi priorytetami.

– Jak uważasz – powiedziała i zapukała w ogromne, drewniane drzwi.

Kiedy cofnęła kościstą dłoń, deski pękły, a spomiędzy nich zaczął wyłazić brązowy stwór. Zaparł szczupłe palce na powstałej wyrwie i wbił pazury w obrzeża. Po chwili pojawiła się morda z haczykowatymi zębami, zielone rażące oczy, spiczaste uszy i krótka, gruba szyja.

– Za czym? – spytał schrypniętym, mocnym głosem i przejechał pazurem po sierści w okolicy oka.

– Rewint nas oczekuje – rzuciła łagodnie bogini.

Nie lubiła go. Zanim raczył kogokolwiek przepuścić, musiał dokładnie prześwietlić, czasami przeprowadzić wywiad. Nie należał do urodziwych, a jego psia natura, była czujna i nadzwyczaj podejrzliwa, jeśli chodzi o wkroczenie do królestwa pana.

– Taaak – przeciągnął i rozżarzył źrenice. – Tylko on.

Zerknął na boginię spod krzaczastych brwi i ziewnął. Miał żmudną pracę, bo do Demofa, rzadko kto zaglądał. Przeważnie to on krążył po włościach i składał wizyty.

– Otwieraj! – nakazała. – Poczekam na ciebie przy wylocie – zwróciła się bezpośrednio do zniesmaczonego wilka i odeszła wolnym krokiem.

Kiedy Smirt przeniósł wzrok z Sachmet z powrotem na drzwi, psiej głowy już w nich nie było. Owłosione łapy trzymały mocno za krawędzie, a mocne ramiona powiększały przesmyk. Deski strzelały, zanikały, a przejście było już na tyle duże, że Smirt bez problemu mógł wkroczyć w czarne odmęty tego, co kusiło. Kiedy tylko ogon zniknął, stwór zakleszczył wyłom.

Wilk został wepchnięty do azylu brata i od razu zauważył, że pomarańczowy kamień, który migotał skąpym światłem, jest większy, niż go zapamiętał. Jego zdziwienie nie umknęło Demofowi – siedział na tronie i bacznie obserwował przybyłego.

– Witaj, bracie – powiedział cicho i zaczął stukać paznokciami o poręcze. – Coś taki zmieszany? Widzę, że tu i ówdzie ci się podgniło. Sierść też jakaś przerzedzona.

– Skąd wziąłeś czystą energię, że głaz urósł? – zagadnął niepewnym głosem.

Nie wiedział, czy podejść, czy zostać na miejscu. Kiedy zobaczył dziwny błysk w oczach brata, zrozumiał, przed czym Sachmet próbowała go ostrzec.

– Od uwięzienia w Łapaczu, zaszło we mnie dużo zmian. Za upokorzenie, jakiego doznałem, dostałem coś w zamian… – oświadczył oschle; jakby od niechcenia.

– Masz bujną wyobraźnię – prychnął i się cofnął. – Łapacz zabiera, nie rozdaje nagród.

– Głupi kudłacz postradał zmysły? – rzucił Demof.

Smirta zamurowało. To były myśli, które przed chwilą wypowiedział w głowie. Wytrzeszczył oczy, spuścił uszy, a od czubka nosa, aż po koniuszek ogona przeszedł go mocny spazm.

– Masz słuszność, że drżysz. Nasłuchałem się niemało i wiem, co tak naprawdę o mnie sądzisz. – Wstał i rozpostarł skrzydła. – Myślałeś, że jak przytakniesz i zaczniesz współpracować, nie odkryję, że tak naprawdę kopiesz dla mnie dół i zamiarujesz mnie w nim pogrzebać.

– O czym ty…?

– Rewinta również wykiwałeś, nieprawdaż? – wszedł mu w słowo. – Zanim dotarłeś do swoich, sprzedałeś go Werkmunowi. Teraz zapewne zaglądasz za każde drzewo w obawie, że zza niego wyskoczy albo porazi cię piorunem.

– Szukasz zwady, czy współpracy?

Połknął nadmiar śliny, która osiadła na zębach. Zmarszczył nos i najeżył grzbiet. Tracił grunt pod łapami. Demof zyskał nowe moce. Jakim cudem? Był zepsuty do szpiku kości.

Demon nauczył się korzystać z uroków artefaktu. Podczas ucieczki z Łapacza, odkrył coś, co zmieniło jego dotychczasowe myślenie i nigdy by nie pomyślał, że na powierzchni znajdzie klucz, do wszystkich problemów.

Smirt także tkwił w Łapaczu, ale niczego nowego nie doświadczył. Nie wziął pod uwagę, że był tam zbyt krótko.

– Nie rozdaję kart, jeśli z góry wiem, że wygrałem – fuknął Demof.

– Możesz jaśniej? Nie mam twojej inteligencji.

Smirt drżał coraz bardziej, a ogon, którym do niedawna ochoczo merdał, ukrył pod brzuchem. Podejrzewał, co nastąpi. Sachmet słusznie zauważyła, że tamtego Demofa już nie ma.

– Nie! – huknął, a cienie wiszące nad jego głową wlazły w powałę. – Na nic ci to, bo… – urwał.

Niczym błyskawica, podbiegł do wilka, pochwycił oburącz za gardło i nadział na ścianę, z której wystawały podgniłe dłonie. Od razu unieruchomiły wierzgające zwierzę i szczelnie oplotły.

– Co ty…?!

– Ciii. – Demof położył palec na mordzie towarzysza i zaczął się śmiać. – Nie osiągniesz celu. Już o to zadbam i miej świadomość, że nie ujrzysz więcej słońca, a łapy nie dotkną tego, co nad nami.

– Przecież byliśmy dogadani – charknął; jedna z dłoni ściskała krtań. – W pojedynkę nie pokonasz wrogów. Spójrz na nogę… piętno postępuje. Najpierw zatrzymaj proces, a dopiero później planuj.

Oczy miał coraz większe i przekrwione. Łapanie powietrza również nie przychodziło mu łatwo.

– Kto powiedział, że jestem sam – rzucił. – Nie potrzebuję wokół siebie zdrajców, a o nieprzyjaciół się nie martw, polegną szybciej, niż sądzisz. – Ostry wzrok utkwił w walczącej o przetrwanie ofierze.

– Przegrasz i spoczniesz na dnie Merlogni. Werkmun już wie, jak do ciebie dotrzeć. Ma wsparcie Wuterna i gorzko pożałujesz, że podniosłeś na mnie rękę. Pan podziemia nie pochwala łamania zasad. Nawet jak uderzysz na Akillę ze wszystkimi, których kryją te zakamarki, polegniesz. Następny będzie Ałtul i jego świta. Wutern ma asa w rękawie i wiem, że wiesz jakiego. Dwie potęgi rozgromią wszystko, pozostawiając po sobie pył. Zastanów się jeszcze, co robisz. Nie po to tutaj jesteśmy. Mieliśmy zmienić przyzwyczajenia i żyć w pokoju. Eliminując mnie, zaciśniesz sobie pętlę na szyi. Będzie trzeszczeć, maleć, aż w końcu cię udusi.

Dłoń miażdżąca tchawicę puściła na skinienie demona. Miał chwilę zwątpienia, po tym, co usłyszał.

– Źle ci tak, jak jest teraz? Po co ingerować w wojnę, która nas nie dotyczy? Poddajmy się, odpokutujmy w Łapaczu i wróćmy tu za jakiś czas pogodzeni z losem, odmienieni, pozbawieni chęci zemsty i objęcia władzy nad czymś, co nigdy nie będzie nasze. Nawet jak nie polegniesz, skończysz w miejscu, które będziesz przeklinał wieczność.

Demof nie odpowiedział. Miał nadzieję i nie zamierzał się cofać. Plan był idealny, dopracowany w najmniejszym szczególe. W słynnym Łapaczu zamknie dusze, które brat wymienił i wyśle daleko stąd. Wutern rósł w siłę. Nie pozostawało mu nic innego, jak przyspieszyć działania. Musiał osiągnąć cel przed jego odrodzeniem. Po… wszystko ulegnie zmianie. Niebo runie, a piekło zamarznie.

– Wyjdź, moje dziecko! Nasyć wnętrze tym nikczemnikiem!

Piaskowa ściana zaczęła falować i pękać. Piach wylatywał obficie, opadając na twarde podłoże. Smirt był zdany na łaskę czegoś, co zaraz zagości w tych skromnych progach. Pierwszy raz widział, jak brat wywleka coś z otchłani piekieł. Zaczął kręcić głową i nieporadnie walczyć z krępującymi go dłońmi i ramionami.

Boczna ściana padła, a rumor, jaki temu towarzyszył, nawet Demofa zmusił do zatkania uszu. Ryk wylatujący z parującego, osłoniętego mgłą wnętrza, wywoływał gęsią skórkę. Temperatura w pomieszczeniu radykalnie wzrosła. Kiedy Smirt spojrzał w tamtym kierunku, już wiedział, kto po niego podąża. Wystarczyło, że dostrzegł czerwone ogniki połyskujące pomiędzy kłębami pary. Szarpanie nie przynosiło skutku, więc zaprzestał i zerknął na rozradowaną twarz brata – zacierał dłonie i machał skrzydłami, chłodząc grotę.

– Moja maleńka – rzucił dźwięcznie i pochwycił dłoń wyłaniającą się z czeluści. Zacisnął palce i pociągnął mocno. – Zapraszam.

Spalone, wysokie ciało stanęło obok niego i wyprostowało pierś. Kiedy rozchyliła wargi, biały poblask bił po oczach. Sięgające ziemi jasne włosy, falowały, a nadzwyczaj długie ręce, spoczywały leniwie wzdłuż szczupłego ciała. Podrapała łydkę i strzepała węgiel, który się ukruszył, podczas tego zabiegu.

Wielkie, puste oczodoły z czerwonymi punkcikami, patrzyły wprost na zalęknionego wilka. Smirt doskonale zdawał sobie sprawę, że te martwe ciało, należy do połykaczki dusz. Tylko ona – poza Łapaczem – mogła uwięzić nieśmiertelnego.

Demof odstąpił i usiadł na tronie. Postać zaczęła kiwać głową na boki, po czym podeszła do wilka.

– Nie! – zawył, kiedy spalone dłonie wtargnęły do wnętrza i grzebały w brzuchu. – Cofnij ją! – błagał ze łzami w oczach. – Zrobię wszystko, o co poprosisz!

Odpowiedziało mu milczenie, a namierzona dusza opuściła ciało. Głowa wilka opadła, a poświata trzymana przez połykaczkę, została wchłonięta otworem gębowym do jej wnętrza.

– Dziękuję, kochana. – Wstał i podszedł do zawieszonego pomiędzy światami brata. – Nie daję drugiej szansy. Zapamiętasz teraz, że kto przeciwko mnie spiskuje, kończy marnie.

Złapał Smirta za pysk i uniósł głowę. Spojrzał w wypalone oczy, po czym cofnął dłoń i stanął obok połykaczki.

Oblizała wargi czarnym jak smoła językiem i zaczęła wolnym krokiem zmierzać na swoje miejsce.

– Czas zapolować na resztę – powiedział ironicznie i po raz ostatni spojrzał w kierunku śpiącego Smirta.

Wzruszył ramionami i zaczął obserwować, jak gruz tworzy nową ścianę, piach zasklepia dziury, para opada i wsiąka w całość, spajając drobne pęknięcia.

– Obrońco! – zawołał.

Po chwili w drzwiach ujrzał głowę psa.

– Zawiadom sprzątaczy, aby do mnie przyszli.

Zwierzę przytaknęło, zniknęło, a Demof zasiadł na tronie.

– Dobre posunięcie. Nie zasługiwał, aby uczestniczyć w naszym planie. Niestabilność to zguba większości – echo niosło gardłowy głos, a w cieniu świeciły czerwone źrenice.

***


„Pospiesz się, czas ucieka. Werkmun idzie ci naprzeciw, nie przegap go”, usłyszała w głowie.

Szła na oślep. Cienie migały przed oczyma, a mózg produkował niespójne obrazy. Ktoś skrywał posturę za drzewem, oddychał głośno. Tuż przed nim wisiała broń, lecz pomimo wysiłku, dziewka nie była w stanie rozpoznać oprawcy. Był nierealny, wtopiony w otoczenie. Charczał, co świadczyło, że jednak tam jest.

Pochwyciła rękoma w okolice skroni, wykrzywiła usta i stąpała ostrożnie, nie chcąc spowalniać przemarszu. Skupiła oczy na jasnym punkcje; nie zauważyła, że idzie prosto na powalone drzewo – upadła.

– Patrz lepiej pod nogi! Jesteś bardziej nieudolna, niż mój brat, który zapewne patrzy teraz na mnie. – Wzniósł głowę do nieba. – Jakim cudem zostałaś strażniczką?

– Nie pytali mnie, czy chcę przejąć to jarzmo, tylko wsadzili w dłonie i odeszli.

Rewint rozciągnął usta na pół twarzy; dziewka miała we włosach dużo uschniętych liści. Zapragnął je zdjąć i wykorzystać okazję, aby znów jej dotknąć.

– Posłańcy już tak mają. Zamieszkują Pustelnię i wychodzą tylko wtedy, kiedy muszą. Są jakoś powiązani z wampirami. Promienie słońca wywołują rozległe poparzenia, ale ich nie zabijają.

– Następni krwiopijcy? – Skwaszona mina Metrysy mówiła sama za siebie.

Uświadomiła sobie, jak mało wie o planecie i tym, co ją zamieszkuje. Czy była gotowa stawić temu czoła?

– Nie – sprostował. – Są roślinożerni i wysysają soki ze wszystkiego, co nie jest trujące. Eliminują chaszcze, poprzerastane trawy, a wszystko wokół kwitnie i zachęca, do podziwiania.

Kątem oka obserwował, jak niewiasta chłonie zapachy i wybiera igiełki z ubrania. Przykucnął przy kępce żółtych kwiatów i zaczął zrywać. Kiedy wypełniały pięść, wstał i potrząsnął nimi – pyłek wleciał w powietrze.

– Pozbawią je syropu, za to na ich miejsce wykiełkują następne. Nic nie ulega zmarnowaniu.

– Stanowią zagrożenie dla tutejszych mieszkańców? – dopytała.

– Nie, ale jeśli zostaną postawieni pod ścianą, wyssą soki również z ludzkiej formy – poinformował i sięgnął dłonią płomiennych włosów dziewczyny.

Spojrzała mu głęboko w oczy, po czy cofnęła się i wsparła o drzewo. Rewint zaniechał zamiaru wyjęcia liści z rozczochranej czupryny. Nie zdawał sobie sprawy, że zrobiła to specjalnie. Skoro on nie potrzebował jej pomocy, ona również nie będzie na to zezwalać.

– Proszę. – Dał jej kwiaty i przysiadł na powalonej kłodzie.

Uśmiechnęła się promiennie i zanurzyła nos w kwiatach.

Jaka ona piękna, pomyślał i sposępniał. Budziła w nim coś, czego nie chciał.

Chwilę później szli szybkim krokiem; Metrysa z trudem nadążała, ale nie narzekała.

– Wiesz, pierwszy raz obcuję z kimś, kto ma takie mocne samozaparcie – zaczął. – Odniosłem wrażenie, że mój brat cię przeraża, a kiedy zasugerowałem, że musimy do niego wrócić, nie za bardzo protestowałaś. Znasz go?

Posłała mu lodowate spojrzenie i dała kuksańca w bok. Odwzajemnił atak.

– Nie słuchałeś tego, co wcześniej mówiłam, prawda? – Ściągnęła brwi i przystanęła, kładąc ręce na biodrach.

– Słyszałem – rzekł. – Nie chcę być niemiły, ale nie dasz rady uwięzić Mrocznej Trójcy, bez przebudzenia. Nawet nie wiesz, kim jesteś, a wykonujesz zadania, ponad twoje siły.

– Co?!

Znów ją obraził. Dlaczego to robił? Im dłużej z nim przebywała, tym mocniej przekonywała mózg, że jest zimnym i wrednym bogiem.

– Jesteś słaba psychicznie i walecznie raczej też, sądząc po dwóch lewych nogach.

– Pozory często mylą. Martw się lepiej o siebie, bo moce śpią, a licho patrzy – syknęła. – Już zapomniałeś, że uratowałam cię przed tym dziwnym zwierzakiem.

Rewint postawił oczy w słup.

– To, że wyglądam, jak wyglądam, nie oznacza, że jestem śmiertelny – prychnął przez zaciśnięte zęby i odgonił owada, który latał koło głowy. – Nie przypisuj sobie czegoś, co miało zupełnie inny przebieg.

– Mam dość – fuknęła i usiadła na mchu. – Idź sobie. Nie potrzebuję u boku kogoś twojego pokroju. Sama tam dotrę, a ty poszukaj innego słuchacza. Może ktoś zechce być na okrągło poniżany.

– Jesteś tego pewna?

– Tak. – Nawet na niego nie spojrzała.

Rewint zacisnął szczękę, skulił pięści, zrobił zwrot i ruszył. Był wściekły na siebie i swój niewyparzony język. Jak mógł ja osądzić po jednym upadku, nie wiedząc, jaki był tego powód. Sam dwa razy zahaczył o nierówne podłoże – nie wytknęła mu tego.

Metrysa odprowadziła jego sylwetkę wzrokiem, kiedy zniknął za krzewami, wstała i ruszyła w tym samym kierunku.

Za kogo on się uważał, pomyślała, kipiąc ze złości. Niby była wolna, jednak co rusz ktoś nakładał na nią kajdany, niekoniecznie materialne. Zaczęła żałować, że posłuchała głosu w głowie, zamiast zniknąć, kiedy miała okazję, a jego zostawić samemu sobie.

Szła ostrożnie, a zmysły pracowały na najwyższych obrotach. Każdy dźwięk powodował, że coraz uważniej lustrowała teren. Nie uszła za daleko, kiedy została wciągnięta w pobliskie krzaczory – ciepła dłoń osłaniała usta, uniemożliwiając wypowiedzenie słów.

– To ja. – Usłyszała znajomy głos. – Spójrz tam. – Przekręcił jej głowę w kierunku, gdzie koczowało paru ludzi Werkmuna. – W tamtej dziurze, składują łupy. Na pewno znajdę w niej broń, ale najpierw muszę tam dotrzeć. Ci tutaj, to urodzeni mordercy i nie zrozumieją, kiedy podejdę i powiem, że potrzebuję orężu, aby dotrzeć do ich pana. Rzadko kiedy się z nim kontaktują, więc nie wiedzą, co w trawie piszczy.

Cofnął rękę i wyszczerzył zęby. Metrysa miała przed sobą inną osobę: delikatną, miłą i zagubioną.

– Ja ci w tym nie pomogę… może jak się poddamy, powiadomią przywódcę i sam po nas przyjdzie – wyszeptała. Nie omieszkała posłać zimnego spojrzenia w stronę wojowników popijających okowitę.

Popukał się po czole i przewrócił oczyma.

– Nie musisz, wystarczy, że odwrócisz ich uwagę, a później rzucisz jakieś zaklęcie i znikniesz im z oczu. Wykradnę, co trzeba i po sprawie – zasugerował.

– No… nie wiem. Poradzę sobie?

Czuła ciepło, jakie od niego biło. Stał blisko; stanowczo za blisko. Rozwarła nozdrza i chłonęła zapach – pachniał inaczej niż Midyn. Rumieńce na twarzy pogłębiały koloryt. Na szczęście na nią nie patrzył, tylko obserwował siedzących w ciszy wojowników.

– Żartowałem z tą nieudolnością – rzekł ciepło. – Skoro Posłańcy cię wybrali, mieli ku temu swoje powody.

Zastygł na chwilę, widząc, że dziewczyna ma wypieki na polikach. Od razu przypomniał sobie, skąd pochodzi i odstąpił. Nie chciał jej stawiać w kłopotliwej sytuacji, chociaż niekiedy było trudno bez dotyku i bliskości. Bywało różnie.

– Mam na ten temat inne zdanie, ale niech ci będzie. – Wydusiła skąpy uśmiech. – Byłeś bardzo przekonujący w swojej wypowiedzi i bardzo pewny siebie.

– Mówię otwarcie, co myślę, a zauważyłem, że moja skrucha na ciebie nie podziałała, więc…

– Jak to załatwimy? – wtrąciła i zmieniła temat, który robił się cierpki.

– Nie wiem. Nigdy nie byłem w podobnej sytuacji.

Podrapał palcami po zmarszczonym czole. Jego domeną była pogoda, a nie walka z łotrami. Patrzył nieraz z góry na wojny, zatargi i kibicował silniejszym. Wiedział, jak trzymać miecz, nawet raz go użył, ale to chyba wszystko, jeśli chodzi o samoobronę. Jednak był teraz tam, gdzie był i musiał zawalczyć o przetrwanie.

– Idziemy na żywioł – oświadczyła i wyszła z ukrycia; Rewint otworzył szeroko usta.

Pewnym krokiem kroczyła do gniazda żmij. Siedzący przy ogniu wojownicy, szybko zauważyli niewiastę, wstali i zaczęli gwizdać – było ich czworo, uzbrojonych po zęby.

– Zabłądziłaś? – zagadnął zarośnięty mięśniak. – Chodź do nas, mamy napitek i trochę przysypiamy.

– Ładna jesteś – rzucił drugi i wyszedł dziewczynie naprzeciw. – Chcesz. – Wyprostował rękę, kierując kubek w jej kierunku.

Metrysa milczała i analizowała w głowie, jak to rozegrać. Woj był coraz bliżej, a pozostali cieszyli buzie, poklepywali się nawzajem po plecach i zacierali ręce. Zrobiła dwa głębokie wdechy i…


  Spis treści zbioru
Komentarze (0)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
brak komentarzy
© 2010-2016 by Creative Media
×