Przejdź do komentarzyKocfaj
Tekst 6 z 11 ze zbioru: Przyjaciele z dzieciństwa
Autor
Gatunekobyczajowe
Formaproza
Data dodania2011-02-25
Poprawność językowa
Poziom literacki
Wyświetleń3459

Kocfaj


Było jeszcze chłodne przedwiośnie. Na podwórku spotkałem go 

zupełnie przypadkowo. Siedział koło stodoły wtulony w stertę słomy i drżał 

z zimna. Zauważyłem błyszczące oczy wpatrujące się błagalnie we mnie. 

Kiedy ruszyłem w jego stronę, nieśmiało wyszedł na spotkanie, lekko 

utykając. Wziąłem go do rąk. Był wygłodzony i zziębnięty, a spomiędzy 

pierza wyglądały jątrzące się rany. Postanowiłem zabrać go do domu, bo a 

nuż Mruczkowi mogła nagle zasmakować świeża gołębina, a i piesek 

Panek też może miałby ochotę urozmaicić swój jadłospis. Nie 

zapominałem również o kunach, które zadomowiły się na poddaszu obory i 

też chciałyby spróbować takiej atrakcji. Ewentualny atak jastrzębia 

gołębiarza wykluczałem, gdyż te nigdy nie zapuszczały się na podwórko, a 

jedynie na kilkadziesiąt metrów od ogrodzenia. I kiedy myślałem o tym 

drapieżniku, nagle zaświtała mi myśl, że to chyba mój gołąbek umknął ze 

szpon tej bestii i ukrył się w słomie. 

Uradowany pobiegłem do domu ze swoją zdobyczą, wołając z daleka 

do starszego brata, że mamy nowego gołębia pocztowego. Kazik wstał 

ociężale, podszedł do mnie i popatrzył na wynędzniałego ptaka. - To ma 

być gołąb pocztowy? - zapytał z sarkazmem. - Nie widzisz, że to tylko kok, 

po prostu zwykły kocfaj. Porządnym gołębiarzem to ty nigdy nie będziesz. 

Przecież to widać. Szkoda zachodu – zakończył złośliwie. 

Po takiej ripoście wiedziałem doskonale, że nie ma co marzyć, by brat 

pozwolił umieścić mojego gołębia na strychu domu w gołębniku 

zrobionym ze starej, dębowej szafy. Tego zaszczytu mogły dostąpić 

wyłącznie gołębie pocztowe i winerki, ewentualnie krymki, wiedyny lub 

też tranzule i bocianki. Inne nie, a szczególnie te nierasowe, zwane 

potocznie kokami lub pogardliwie kocfajami. Kazik jako wytrawny 

gołębiarz miał swoje zasady i nigdy, ale to nigdy od nich nie odstępował. 

W tej sytuacji uprosiłem mamusię, by pozwoliła przetrzymać gołębia 

do następnego dnia w pokoju pod przetakiem. Przed południem zrobiłem 

mu klatkę z wikliny, wyścieliłem dno starymi „Chłopskimi Drogami”, co 

brat skwitował, że papier bardziej przydałby się do podcierania tyłka. 

Potem wybłagałem przedłużenie terminu i zgodę na ustawienie klatki na 

kredensie. Wstawiłem do niej słoik z mieszanką grochu, żyta, pszenicy, 

prosa i kaszy oraz drugi słoik z wodą. Potem do klatki wpuściłem mojego 

Kocfaja, bo tak go nazwałem. 

Gołąb łapczywie obżerał się do granic możliwości, szybko przybierał 

na wadze, rany błyskawicznie się goiły, a upierzenie nabierało połysku i 

pięknych barw. Czasami wypuszczałem go z klatki, by próbował pofrunąć, 

ale nie mógł nawet oderwać się od podłogi. Za którymś jednak razem udało 

się. Przefrunął kilka metrów, potem coraz więcej, wreszcie udało mu się 

kilka razy oblecieć pokój. Zawsze swoje próby kończył na moim ramieniu 

lub głowie i wtedy swoją radość demonstrował trzepotaniem skrzydeł i 

głośnym gruchaniem. A jeżeli kiedyś zapomniałem go wypuścić z klatki, to 

w ten sam sposób dopominał się o swoje prawa. Polubiliśmy się nawzajem. 

Któregoś dnia Kazik wyjął Kocfaja z klatki, z błyskiem w oczach 

popatrzył na jego kształty i piękniejące upierzenie, zważył go w dłoniach i 

zaproponował, by dać mu szansę spróbowania sił w pustej o tej porze 

stodole. Bardzo bałem się, że ucieknie przez szczeliny między deskami, a 

może nawet wpadnie w szpony napastliwego jastrzębia. Z drugiej zaś 

strony uznałem, że kiedyś trzeba zaryzykować. W stodole gołąb zrobił 

kilka okrążeń, szybując to w górę, to w dół, jakby cieszył się wolnością. 

Potem wylądował na moim ramieniu, zatrzepotał skrzydłami i zagruchał. 

Cieszyliśmy się całą trójką, to znaczy Kocfaj, Kazik i ja. 

W tej sytuacji uległem namowie brata, by puścić gołębia na wolnym 

powietrzu. Ten wbił się wysoko, zrobił kilka okrążeń wokół podwórka, 

pofrunął w kierunku lasu, potem zaniepokojony wrócił i usiadł na dachu 

stodoły, wciskając się w zmurszałą słomę. Nagle wystrzelił jak z katapulty 

w przestworza i zniknął, a my po chwili dostrzegliśmy jastrzębia krążącego 

nad podwórkiem. - Wiesz co – powiedział do mnie Kazik – to był 

naprawdę piękny i mądry ptak. Na pewno kiedyś jeszcze do ciebie wróci, 

widziałem to w jego oczach.

  Spis treści zbioru
Komentarze (2)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
avatar
Czyta się z przyjemnością tę ulotną opowiastkę. Życie dopisało jej kolejny rozdział.
Może szkoda, że nie odsłoniło go przed autorem i przed nami.
avatar
Nie wrócił, prawda?
© 2010-2016 by Creative Media
×