Przejdź do komentarzyGulgot
Tekst 7 z 11 ze zbioru: Przyjaciele z dzieciństwa
Autor
Gatunekobyczajowe
Formaproza
Data dodania2011-02-28
Poprawność językowa
Poziom literacki
Wyświetleń3440

Gulgot


Na początku nazywałem go Indorkiem. Pochodził z tego samego lęgu 

co moja zaginiona przed kilkoma dniami Indajka. Wybrałem jego, bo był 

większy od pozostałych piskląt, a Indajka była taka mała, więc 

prawdopodobnie dlatego przepadła bez wieści. Indorka to właściwie 

wskazała mi moja mamusia, bo to ona pierwsza zauważyła, że jest to 

samczyk. - Przecież to lepiej, żeby chłopak zaprzyjaźnił się z indykiem, a 

nie z jakąś indyczką - myślałem. Opiekowałem się nim bardzo troskliwie, 

chociaż jego indycza mama nie zawsze na to pozwalała. 

Pod jesień stadko się rozpierzchło, więc teoretycznie miałem większe 

możliwości doglądania mojego przyjaciela, ale od września poszedłem do 

pierwszej klasy i sporo czasu spędzałem w szkole. Ponadto wszystkie kury, 

indyki, a nawet kaczki zintegrowały się w jedną wielką ptasią rodzinę, 

tylko gęsi wciąż trzymały się oddzielnie. Mimo to po kryjomu 

dokarmiałem mojego Indorka, a on rósł niemal w oczach. Był duży, a 

zwisające czerwone korale i rozpostarty ogon czyniły go z każdym dniem 

coraz bardziej poważnym, dumnym oraz dostojnym. Niektórzy to nawet 

mówili, że Indorek puszy się jak paw. Nie wiedziałem, co to jest paw, ale 

wypowiadający te opinie na pewno się mylili, bo mój Indorek był 

najpiękniejszy i nie mógł być porównywany do jakiegoś tam pawia. 

Wiosną Indorek puszył się coraz częściej, szczególnie w obecności 

indyczek, donośnie gulgotał, czasami to nawet skakał na nie i niesamowicie 

trzepotał skrzydłami, a jego korale robiły się wtedy jeszcze bardziej 

czerwone i jakby większe. Nie wiedziałem, co to miało znaczyć, ale na 

własny użytek tłumaczyłem sobie, że w ten sposób Indorek podkreśla 

swoją wyższość nad innymi indykami. I właśnie wtedy uznałem, że skoro 

mój Indorek jest taki ważny, to nie może już nazywać się tak pospolicie, a 

będzie Gulgotem, bo jedynie on potrafił tak pięknie i donośnie gulgotać. 

Nowe imię przyjęło się u domowników niemal natychmiast. 

Gulgot, mimo swojej powagi, piękna i dostojności, wciąż się ze mną 

przyjaźnił. Często podchodził do mnie, by go dodatkowo dokarmiać, a ja 

głaskałem go po cudownych koralach i stawały się one wówczas jeszcze 

bardziej krwiste. Patrzył wtedy na mnie z wdzięcznością i cichuteńko 

gulgotał. Z czasem zauważyłem jednak, że nie dla wszystkich jest taki 

przyjazny, a wobec niektórych to bywa nawet agresywny. Kiedyś to 

pogonił ciocię Kamieniecką, potem Wróblową, ale najbardziej to uparł się 

na moją siostrę Wandzię. 

I wtedy właśnie wuj Kamieniecki powiedział mi w wielkiej tajemnicy, 

że Gulgot nie lubi komunistów, bo oni są czerwoni. A Wandzi to nie lubi 

szczególnie, bo ona nie dość że stroi się w czerwone kiecki, to nosi jeszcze 

to samo imię co słynna komunistka Wasilewska, ni to Polka, ni to Ruska. 

Nic z tego nie rozumiałem, chociaż rzeczywiście Wandzia lubiła ubierać 

się na czerwono. 

Któregoś popołudnia, kiedy nikogo nie było w domu, razem z 

Gulgotem poszliśmy do stodoły. Tam weszliśmy do zasieka, położyliśmy 

się na pachnącym sianie, bo pachnące siano wzmagało myślenie, i 

przytulony do indora próbowałem to wszystko jakoś sobie w głowie 

poukładać. - A właściwie to kim są ci komuniści, o których wuj mówił z 

taką pogardą, a i Gulgot też ich rzekomo nie lubił? – myślałem. - Bo 

przecież Stalin, którego śmierć przed ponad rokiem opłakiwaliśmy w 

przedszkolu, oraz Bierut byli dobrymi i wspaniałymi ludźmi; nawet ich 

portrety wisiały w szkole. A mój tatuś kiedy jeszcze żył i pracował przy 

odbudowie stolicy, a był tam nawet przodownikiem pracy, to chciał, by 

Bierut został moim ojcem chrzestnym i czekał na to ponad półtora roku, ale 

się nie udało, bo kolejka była długa, inni przodownicy pracy mieli po 10 – 

12 dzieci, a nas było tylko siedmioro. W tej sytuacji moim chrzestnym 

został kuzyn Fredek z Marek, ale tatuś wciąż na każdą gwiazdkę przywoził 

nam od Bieruta pokaźne paczki. 

Nadal nie rozumiałem, dlaczego według wuja komuniści byli tacy źli, 

że nie lubiły ich nawet indory. A przecież latem zeszłego roku ja też chyba 

zostałem małym komunistą, bo przystąpiłem do pierwszej komunii świętej, 

a potem codziennie rano biegałem do kościoła, by służyć do mszy świętej. 

Bardzo chciałem spełnić oczekiwanie mamusi i zostać księdzem, a potem 

to może nawet świętym. Ze stodoły wyszedłem chyba bardziej otumaniony, 

niż do niej wchodziłem. Nie dawałem jednak za wygraną, więc poprosiłem 

wuja Kamienieckiego, by mi to wszystko wyjaśnił. Jednak tylko pogroził 

mi palcem, potem przystawił go do ust i tajemniczo pouczył, bym nigdy i 

nikogo więcej o to nie pytał, a szczególnie w szkole. Zasmucony wróciłem 

na podwórko, pogłaskałem Gulgota po główce i pomyślałem, ze gdyby żył 

tatuś, to na pewno wszystko by mi wytłumaczył. W tej sytuacji 

postanowiłem pozostać ze swoją niewiedzą, chociaż myśli te wciąż nie 

dawały mi spokoju. 

Gdzieś w połowie lipca, kiedy kolejne stadko indyczych piskląt 

dorastało i widać było, że będzie w nim indorek, mamusia tak niby sama do 

siebie powiedziała, że Gulgot spełnił już swoją rolę i trzeba teraz dać 

szansę młodszemu. Nie rozumiałem, co to miało oznaczać, a kiedy 

próbowałem o to dopytać mamusię, to Kazik z błyskiem w oczach 

powiedział: indyk myślał o niedzieli, a w sobotę mu łeb ucięli. 

Przeraziła mnie ta wizja, więc przez kilka dni nie odstępowałem 

mojego przyjaciela ani na krok. Szczególnie czujny byłem calutką sobotę, a 

w niedzielę do samego obiadu byłem przy nim. Zrezygnowałem nawet z 

pójścia do kościoła, bo Gulgot był wówczas dla mnie najważniejszy. Tym 

razem się udało, więc przez kilka dni miałem mieć więcej spokoju. Ale tak 

mi się tylko wydawało, bo kiedy we wtorek wczesnym rankiem wyszedłem 

przed dom, to natychmiast zauważyłem, że na podwórku nie ma wozu. 

Pobiegłem do stajni, ale Gniadej tam nie było, więc w te pędy ruszyłem do 

kurnika, a tam po Gulgocie też nie było śladu. - Pewnie mamusia i Kazik 

wywieźli go do Wyszkowa na jarmark - wrzasnąłem z płaczem, potem 

wbiegłem do izby, zakopałem się pod pierzynę i długo tłumiłem 

spazmatyczny szloch.

  Spis treści zbioru
Komentarze (2)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
avatar
Bardzo lubię Twoje wiejskie opowieści. Są tak prawdziwe, że czuję zapach wiejskiego podwórka, słyszę zwierzęcy gwar, od czasu do czasu przerywany drobniejszym, lub większym zamieszaniem - kwikiem, szczekiem, pianiem, stukotem siekiery i odgłosem metalowych obręczy wozu toczącego się po wybojach wiejskiej drogi.
Miło wieczorem usiąść i przeczytać opowieść bez przemocy, destrukcji. Jeśli nawet występuje w Twojej opowieści śmierć - ma ona swoje uzasadnienie. I choć napawa smutkiem - jest niejako koleją wiejskiego życia.
Kasia
avatar
Wzruszający tekst, już ma tyle lat, dorasta, choć jest dojrzały. Świat widziany oczyma dziecka, które kocha, wierzy, ale i nie rozumie. Dorośli są jak płotki na bieżni, trzeba ich (je) przeskakiwać.

Dziecięca miłość, zdruzgotana. Koniec,wzruszył do głębi. Pierzyna, jak indorek, ma pierze. Tyle, że dziecko nie wie, że kosztem cierpienia zwierząt. Wtula się. Bajka 37
© 2010-2016 by Creative Media
×