Przejdź do komentarzyKaowiec na wczasach
Tekst 4 z 19 ze zbioru: Wycinki z odkurzonych zszywek
Autor
Gatunekpublicystyka i reportaż
Formaartykuł / esej
Data dodania2013-05-18
Poprawność językowa
Poziom literacki
Wyświetleń3184

Kaowiec na wczasach


Od kilku lat prześladuje mnie pragnienie zostania kaowcem (instruktorem kulturalno-oświatowym) na wczasach i pojawia się ono zawsze wtedy, kiedy uda mi się zdobyć karty do nieetatowych domów wypoczynkowych. Nie oznacza to, że marzenie takie nie pojawiłoby sie po pobycie na przykład w Szklarskiej Porębie, Juracie lub Zakopanem. Tego jednak stwierdzić nie mogę, gdyż kategoria etetowych domów wypoczynkowych jest terenem przeze mnie niezbadanym.

Kaowiec w nieetatowych ośrodkach wypoczynkowych jest na ogół tzw. osobą oddelegowaną do czasowego  wykonywania nowych obowiązków. Ale czy rzeczywiście są to obowiązki nowe? Śmiem twierdzić, że nie, gdyż na te stanowiska są zazwyczaj wyznaczani kierownicy lub instruktorzy z etatowych klubów i domów kultury. A więc są to, choć może słuszniej byłoby powiedzieć, że powinni być, fachowcy z prawdziwego zdarzenia. A jak jest w rzeczywistości? Najtrafniejsza byłaby odpowiedź, że różnie, choć skłonny byłbym sugerować ocenę bardziej krytyczną.

Kiedyś kaowcy opracowywali plany imprez na poszczególne turnusy, często nawet w dwóch wariantach, w zależności od pogody. Skłonność Polaków do usprawnień spowodowała, że z czasem pojawiły się tzw. plany uniwersalne, zawierające imprezy na kolejne dni turnusu (od pierwszego do czternastego). Plany takie z powodzeniem mogły funkcjonować przez wiele lat w różnych warunkach krajobrazowych, kulturowych, klimatycznych i pogodowych. Ostatnią nowością jest natomiast brak jakiegokolwiek planu, a przynajmniej skuteczne jego ukrywanie przed dociekliwymi wczasowiczami.

Czy jednak sposoby planowania mają swoje odzwierciedlenie w ofertach kulturalno-rekreacyjnych? Odważyłbym się powiedzieć, że nie. Plany na ogół żyją swoim życiem, a rzeczywistość swoim, to znaczy nijakim, nudnym. Stałym elementem propozycji wczasowych są tzw. wieczorki zapoznawcze i pożegnalne. Ich przebieg nie ma zazwyczaj nic z nazwy. Są też ogniska, z rzadka dobrze przygotowane. Szczególnie utkwiło mi w pamięci, ze względu na swoją unikalność, ognisko w znanym i popularyzowanym w prasie ośrodku położonym na uroczym jeziorem w lubuskich lasach, przekładanym zresztą dwukrotnie, na którym nie zjawił się nikt z bardzo licznego personelu.

Wszędzie są też punkty biblioteczne. Usprawniacze rzeczywistości uznali jednak, że funkcję bibliotekarza lepiej od kaowca spełniał będzie personel administracyjny, w rezultacie czego wyznaczony czas wypożyczania książek bywa najzwyklejszą fikcją. Nic to jednak w porównaniu z przypadkiem, kiedy to w przywoływanym ośrodku nad urokliwym jeziorem personel kuturalno-oświatowy doszedł do wniosku, że wczasowicz na pięć dni przed końcem turnusu nie powinien zaprzątać sobie głowy czytaniem lektur i kategorycznie egzekwował swoje decyzje.

Na papierze bywa jeszcze wiele propozycji. Kaowiec tym się jednak nie przejmuje. Ma on bowiem własny, wypróbowany i jemu tylko znany sposób spędzania czasu. Zawsze pilnie śledzi prognozę pogody. Skwar jest jego najlepszym sprzymierzeńcem. Nieźle jest też podczas ulewy, kiedy wczasowicze wychodzą z domków tylko na posiłki. Najgorsza dla kaowca jest  tak zwana pogoda nijaka, to znaczy ani nie słoneczna, ani nie deszczowa. Wtedy wczasowicze są bardziej natrętni niż komary. Takich dni jest na ogół bardzo mało, gdyż w tej dziedzinie kaowiec ma na górze odpowiednie układy. Kaowca dość często wspiera wuefiak i zazwyczaj doskonale uzupełniają się w swojej bezczynności. Gdy zaś wuefiaka w ośrodku nie ma, kaowiec męczy się sam.

Kuriozalne zdarzenie miało miejsce w dwukrotnie przywoływanym ośrodku w lasach lubuskich. Kaowiec podczas wieczorku zapoznawczego ogłosił konkurs na tekst hymnu ośrodka, a jego rozstrzygnięcie miało nastapić na wieczorku pożegnalnym. Już następnego dnia złożylem pracę konkursową i niecierpliwie czekałem na koniec turnusu. Ale kiedy wieczorek pożegnalny dobiegał końca, dyskretnie spytałem kaowca o wyniki konkursu. Ten niefrasobliwie oznajmił, że rozstrzygnięcia nie będzie, bo po pierwsze, wpłynęła tylko jedna praca, a po drugie, ten dobrze zapowiadający się tekst został zjedzony przez jego psa. Cóż miałem robić? Rano dyskretnie wpisałem do kroniki ośrodka dwuwiersz:

Miał powstać hymn, mialy być śpiewy,

Pies pożarł słowa, zostały plewy.

Bardzo chciałbym być kaowcem w ośrodku wypoczynkowym. Może to, co przez wiele lat zaobserwowałem w ośrodkach nieetatowych, nie jest jeszcze zwyczajem uświęconym tradycją. Ale przekorni czasami twierdzą, że i tradycje dają się zmienić.


MALKONTENT


28.09.1990 r. (data publikacji w prasie).

  Spis treści zbioru
Komentarze (4)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
avatar
można się się pocieszyć iż młodzież np. na koloniach,obozach, ale zaznaczam że nie na wszystkich,ma już o niebo lepiej:)
avatar
Każdy temat jest skrupulatnie przeprowadzony przez emocje czytelnika, autor jest zapobiegliwym, uprzedza odpowiedzią każde ewentualne zapytanie. Syci dbałością o szczegół w obrazie.
avatar
Do medicus:
Mnie też zdarzyło się być w sanatorium i nikt nam lasek nie przydzielał, a mimo to był ich dostatek.
avatar
widzę, ze jesteś świetny w każdej formie :)
© 2010-2016 by Creative Media
×