Przejdź do komentarzyDystanazja (ostatni fragment powieści)
Tekst 3 z 3 ze zbioru: Dystanazja
Autor
Gatunekobyczajowe
Formaproza
Data dodania2018-10-08
Poprawność językowa
- brak ocen -
Poziom literacki
- brak ocen -
Wyświetleń401

Moja urna powinna być wykonana z protaktynu, radioaktywna, do tego - obowiązkowo - błyszcząca, pokryta cekinami.  

Pogrzeb w kiczowatym stylu lat 80., przy dźwiękach Franka Kimono, co to w klubie disco mógł zrobić wszystko, nieśmiertelnej Rodowiczki. Kondukt żałobny składający się z pierrotów, aktorów kabuki, sumowców, karłów. 

Na przedzie szedłby świecki mistrz ceremonii. Niósłby czarno-białe zdjęcie, na którym ja, z wąsami w stylu Wałęsy, w garsonce Margaret Thatcher, składam półmetrowym długopisem z papieżem, autografy. Na czym? Na swoich książkach, zabawkach z dzieciństwa, dawno wyrzuconych zeszytach szkolnych, na czaszkach niepotrzebnie zastrzelonych pupili, karoseriach samochodów sprzedanych później z oklepem, na papierze czerpanym, toaletowym, śniadaniowym, na szkle, metalu, rdzy, plastiku, wreszcie: na niebie. Ja podpisujący każdą z chmur: ostre cirrusy, wełnę łagodnych baranków, pierze niebiańskich, bezkształtnych ptaszysk.  

Ja zabazgrujący świat; wielki ściboliciel, mazacz po liściach, korze i promieniach słonecznych. Rafał de Nath, pseudonim literacki Florian Konrad - widnieje we wszystkich encyklopediach jako ten (szaleniec!), któremu udało się zmienić w słowo. Zmutować w ciąg liter. 

Na jego nieszczęście nikt nie chciał ich przeczytać. Odszedł w milczeniu, smutny, przegrany błazen. 

Kołyszę się, powolutku. Otaczają mnie leśne, zmyślone potwory. Dziś - współplemieńcy. Pozwólcie, że będę jednym z was; ubierzcie mnie w liście, darń, dajcie łuk, kozik, nauczcie podrzynać gardła (nie miałem jak dotąd doświadczenia w zabijaniu, nie licząc psa, pająków i samochodu). 

Staję się współkanibalem, niedługo wraz z innymi wojownikami odważę się przekroczyć granicę lasu. Wiem, wiem - garstka dzikusów będzie bez szans w starciu z cywilizacją żelaza i prochu. 

Słodko i pięknie polegniemy dla fludaktońskiej ojczyzny.  

Słyszycie? Werble. Małgorzata Ostrowska, cała pokryta fluorescencyjną farbą, jak szalona napiernicza w bębenek. Dziarsko maszerujemy (lewa, prawa, nie garbić się, do jasnej cholery!), by pożreć obco-groteskową kulturę. 

Wojenko, wojenko, cóżeś ty za pani - śpiewa, trzymając w jednej dłoni mikrofon, w drugiej - zsuwający się z głowy tupecik, Paweł Stasiak z Papa Dance.  

Haj fi, super star, super hit, Krzysztof Krawczyk szczerzy kły zza konsolety.  

Istny haj, z kątów ruin wychodzą półzapomniani artyści jednego przeboju; taki łysy siada na swym kawałku podłogi i każe się innym odpieprzyć, nikt nie będzie mu mówił, co ma robić; inny, zagraniczniak, z uporem maniaka twierdzi, że we don`t have to take our clothes out, to have a good time.  

I nagle, kompletnie nieoczekiwanie, bo ledwie chwilę wcześniej była piękna, śródletnia pogoda, zrywa się wiatr, niebo zasnuwają burzowe chmury.  

Nawałnica! Ściana deszczu wali sie z łoskotem, krople wielkości strusich jaj przebijają dziurawy dach budynku (jeśli nawet szalony projekt rewitalizacji kompletnej ruiny dojdzie do skutku i dawny magazyn nawozów kolejny raz otworzy swe podwoje dla imprezowiczów, konia z rzędem temu, kto będzie używać pełnej nazwy; jak znam życie - lidzie od razu zaczną skracać do `Kapsy`, albo - co bardziej prawdopodobne- `Kapska`), spadają na głowy.  

Deszcz zmywa fluid, brokat, wszelkie kolory poza bielą i czernią. Stajemy się do bólu rzeczowi, rzeczywiści, poukładani, by nie rzec: ułożeni. Jak psy łańcuchowe. Albo karty w talii.  

Nie jokery, stado waletów z nas, babowatych podlotków z prawiczym wąsikiem, jełopiąt w kubraczkach z bufiastymi rękawami. 

Pada dalej i nie bez zdziwienia patrzę, jak zachodzi w nas kolejna mutacja: zmieniamy się w najgorszy, bo najbanalniejszy typ ludzi: zwykłych, szarych obywateli, statystycznych Polaków bez twarzy i poglądów na kluczowe tematy. Przestajemy znać się na czymkolwiek, poza rodzajami najtańszej kiełbasy, wódki. Nawet narodowy sport - piłka nożna nas nudzi, zapominamy zasad gry. Ulewa spłukuje nasze pasje, zainteresowania, wiedzę. Idziemy osowiali, ubrani w niemodne swetry bez metek, szmateksowe spodnie. Na nogach - klapki Kubota, w rękach - Nasz dziennik, Gazeta polska, albo inny narodowo-katolicki tabloid.  

Mruczymy pod nosem przeboje Shazzy, Sławomira.  

`Oj pieniążki kochane, kiedy was dostanę` - mruczy się mantra pariasów bez grosza przy duszy.  

Niesiemy w sobie monument, katedrę świeżo wyrosłą na gruzach krwawej, plemiennej religii, kultu bogini-kanibalki-promiskuitki. Ciężki, ponury budynek, zlepiony z głazów i czaszek kacerzy, o dwóch strzelistych wieżach i wszystkowidzącej, wielobarwnej rozecie, groźny i budzący odrazę, jest naszym nowym, wewnętrznym domem. Jego grube mury doskonale chronią przed niebezpieczeństwem modernizmu, racjonalizmu, liberalizmu i szeregiem innych zboczeń, jakie Jego Świętobliwość Pius IX raczył umieścić w Syllabusie errorum. 

Przez czarny, gęsty i lepki cień, jaki rzuca na nas świątynia, nie przebija się myśl inna, niż ultrakonserwatywna. Dewociejemy na potęgę, w mętnych oczach czasami pojawiają się złe błyski.  

Choć staliśmy się szarymi zjadaczami chleba, ciepłokluchami, niekiedy odzywa się w nas żądza mordu, mamy nieodpartą chęć wyrżnięcia w pień każdego, kto nie z nami.  

Rozpraszamy się po okolicy, zajmujemy pustostany. Społeczeństwo wchłania nas, nie bierze za intruzów, bo w ogóle nie dostrzega; tak bardzo jesteśmy przezroczyści, konformistyczni.  

Ja, najbardziej podobny do nikogo, przychodzę jakby nigdy nic do pewnego domu w Wołominie i z miejsca zostaję członkiem mieszkającej tam rodziny, jestem brany za cudem odnalezionego brata, czy stryjka, który zaginął jeszcze za komuny, został porwany jako niemowlę z inkubatora i wychował się w zaarmalnowickim lesie pośród dzikusów.  

Bohaterowie przyszłej książki rozpuszczają się w tłumie, jaki ciągnie do biur, fabryk, wnikają w ściany, gubią się w alejkach hipermarketów.  

Nastąpiło wielkie odświecenie, zniknęło całe piękno i mistyka towarzysząca Fludaktończykom. Przyznaj się, Ewuniu - to twoja sprawka,. Tylko ty masz prawo być tajemnicza i niepoznawalna. Zesłać deszcz (wiedźma i czarodziejka!), bym otrzeźwiał, przepłukał zwoje mózgowe, wyzbył się głupot. Zmyłaś mi błoto z oczu.  

Tak! Teraz widzę wyraźnie: to ty byłaś wodzem plemienia, wokół twojej osoby jest osadzona akcja planowanej powieści.  

I prawidłowo. 

Puuuuu! - krzyczę w przestrzeń. Cuchnące superfosfatem echo odkrzykuje `Słodkiego, miłego życia`. Pod ścianą smętnie kiwa się jakiś pijaczyna. Ma głośniki zamiast oczu. Podchodzę, chcę zagadać, ze co jest, koleś, czemuś się tak durno wystroił, a może to taka ekstremalna modyfikacja ciała; nie możesz wyglądać mądrzej i bardziej sztampowo, popatrz na mnie - alles normalles, przechodzień, everyman, taki, co się nie wyróżnia, ma szanse, ze go nie przejdą na przykład drechy, nie zaliczy oklepu za damski ciul, choć morda nie szklanka, lepiej nie prowokować różnych troglodytów, w miastach pełno acefałów, co biją, jak ktoś im się nie spodoba, wyróżnia się, nie daj, Boże wygląda na pedzia. 

Już-już otwieram usta, by zagaić rozmowę, potem-wygłosić umoralniającą tyradę, oświecić gościa, by zszedł z drogi donikąd, bo dziary- owszem, sam nawet mam trzy, ale ten, ostentacyjnie, jakby był śmiertelnie obrażony, odwraca się do mnie plecami i znika.  

Nie to nie, panie zwidzie, rób z siebie dalej czupiradło - a prędzej czy później będziesz wyglądał jak moja świętej pamięci alfa po oklepie. Porwą ci membranę i oślepniesz z milczenia, frajerze.

  Spis treści zbioru
Komentarze (0)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
brak komentarzy
© 2010-2016 by Creative Media
×