Przejdź do komentarzySzalone wakacje (XIX cz.)
Tekst 19 z 20 ze zbioru: Powieść przygodowa
Autor
Gatunekprzygodowe
Formaproza
Data dodania2019-04-12
Poprawność językowa
- brak ocen -
Poziom literacki
- brak ocen -
Wyświetleń148

Szalone wakacje (XIX cz.)



W kuchni rodzinki Czarneckich zrobiło się gwarno i wesoło. Cała szóstka zajęła się szykowaniem obiadu. Choć to zajęcie bardzo poważne, to nawet i przy tym zajęciu wszyscy tryskali humorem i zabawiali się ile wlezie. Dowcipkowali i śmiali się. Każdy też podjadał ogórki kiszone przyniesione przez pana Michała z piwnicy, wyrywając je sobie dla żartu z rąk nawzajem. Śmiechu było jeszcze więcej, kiedy pan Michał opowiedział jaki obrazek zastał w piwnicy. Otóż, kiedy pan Michał zszedł tam po ogórki, zobaczył trzy sąsiadki, które debatowały na temat zaskakująco czystej piwnicy. Miny miały przy tym wielce zdziwione a zarazem komiczne. A kiedy czwarta sąsiadka dołączyła do nich, to pan Michał nie mógł już opanować wybuchu śmiechu, gdyż jej fizjonomia zmieniała się jak w kalejdoskopie. Od zaskoczonej, po zdziwioną, wystraszoną, zaciekawioną, oniemiałą, aż wreszcie po zadowoloną, która się w niej utrwaliła i została na dłużej. Wszystkie cztery, widząc ubawionego pana Michała, zaczęły jedna przez drugą dopytywać się, czy wie coś o tym, kto wykonał taką krecią robotę. Wtedy pan Michał, chichocząc jak niesforny chłopczyk, powiedział im, iż zna takie dwa domokrążne krasnoludki i podejrzewa, że to ich robota.

Śmiejąc się i żartując sobie z sąsiadek i ich min na widok czyściutkiej piwnicy (jakiej chyba jeszcze nigdy nie widziały), wyjedli ze słoika wszystkie ogórki, ale obiad też już kończyli przygotowywać. Półmisek z całą stertą usmażonych na rumiano kotlecików stał już na stole. Ziemniaki były ugotowane i pani Lodzia odlewała z nich wodę do drugiego garnka. Sałatka wielowarzywna też już była prawie na ukończeniu. Wszystkie warzywa wymyte przez dziewczynki i pokrojone przez obie mamy w ogromnej misie czekały na przyprawienie. A przyprawianie to czynność pana Michała, wytrawnego smakosza. Pan Michał przysunął do siebie miskę i z kompletem przeróżnych przypraw zabrał się ochoczo do wyeksponowania należytego smaku sałatki.

— Apsssik! — kichnął głośno, mieszając zawzięcie zawartość miski. — Chyba przesadziłem z tym pieprzem… Aaaa… apsssik! Auuua! Moja szczęka… to było kichnięcie… ho, ho, ho, niczym salwa armatnia… Ale… przepraszam!

— Oj, tatku, tatku... Na zdrowie! — zaśmiała się Zuza i nagle, ni stąd, ni zowąd, zaczęła deklamować:


Był sobie raz Bardecki Michał,

który beztrosko na wszystko kichał…

Razu pewnego, tak gromko kichnął,

że aż nieborak sobie szczękę zwichnął.


Lecz Michał Bardecki — tym się już wsławił,

że kichać lubił. Kichnął więc znów… i szczękę nastawił.

Na zdrowie! Szanowny panie Michale.

Kichaj sobie zdrowo, bez żadnego: — „ale”.


— Patrzcie ludziska, co za poetkę wychowałem. No, no, no… Ty słyszysz Lodziu? — Pan Michał chichotał jak mały chłopczyk.

— Słyszę, słyszę. Rzeczywiście zdolne mamy dziecko… Ale… niestety musi być jedno „ale”. Ale lepiej się przyznaj, panie Michale, czy przypadkiem nie nakichałeś do sałatki? — Pani Lodzia popatrzyła z nad garnka z ziemniakami, które tłukła akurat tłuczkiem.

— No coś ty, Leokadio! W porę odwróciłem głowę, dlatego teraz szczęka mnie tak boli, bo nie prosto a na bok kichałem — poinformował grzecznie pan Michał.

— Zuzieńko, a skąd ci się nasunął pomysł na taki wierszyk o mnie? — Pan Michał zainteresował się zaskakującymi zdolnościami córki. — Nie wiedziałem, że znasz się na poezji.

— To żadna poezja. Ty swoim kichnięciem nasunąłeś mi taki pomysł. A że nazywasz się Michał, to już samo mi się jakoś wymyśliło. Nie będę ukrywać, że wcześniej słyszałam podobny wierszyk o babci Michalinie — odpowiedziała zadowolona z siebie Zuza.

— A co babcia Michalina ma za mną wspólnego? — dociekał dalej pan Michał.

— Co nieco ma. Bo musisz wiedzieć, że babcia Michalina, wcześniej od ciebie była Michałem. — Zuza buchnęła śmiechem na widok zaokrąglonych oczu ojca.

— Tak, to prawda, Michał. — Do wyjaśnień Zuzy dołączyła pani Hania. — Przypominam sobie, moja mama mi kiedyś o tym opowiadała. Wiesz, ona w dzieciństwie spędzała wakacje u swojego wujostwa na wsi. I tam na wsi… Pilcz bodajże nazywa się ta wieś, na użytek jej starszego kuzyna, przez długie lata nazywana była Michałem.

— A to ci numer. Ani bym nie przypuszczał nawet, że mam imienniczkę w osobie pani Michaliny. Jak dzisiaj przyjdzie muszę z nią koniecznie bruderszaft przepić — zachichotał pan Michał.

— No, warto! Bo muszę ci powiedzieć, że z mojej teściowej, to dobry kompan — rzekł pan Jerzy i porozumiewawczo łupnął swego przyjaciela po plecach, wskazując oczami na kuchenny barek.

— Aaaa… jak się sprawy tak mają, to bruderszaft pewny. — Pan Michał puścił oczko przyjacielowi. — No, sałatka pierwsza klasa. Wszystko gotowe, miłe panie? Tak? A więc siadajmy w końcu do stołu. Umieram z głodu.

Rodzinka Czarneckich i Bardeckich zasiadła do stołu. Wszyscy rzucili się na jedzenie jak wygłodniałe wilki. W kuchni Czarneckich zapanowała chwilowe milczenie. Słychać było tylko dźwięk pracujących na talerzach sztućców. I kiedy każdy najadł się już do syta, milczenie zostało przerwane.

— Dziewczynki, a babcia Michalina mówiła, o której godzinie przyjedzie? — spytała pani Hania.

— Mówiła tylko, że jakoś pod wieczór — odpowiedziała Mira.

— No tak, ona szybciej ze stadniny nie wraca jak o osiemnastej — głośno myślała pani Hania. — Macie już dość jedzenia? Tak? To dobrze. To ja schowam to co zostało, bo może mama będzie głodna. Będę miała ją czym poczęstować.

— Właśnie. Ale z nas żarłoki, niewiele tego zostało — zmartwiła się Mira.

— Nie martw się Miruniu, wystarczy — uspokoiła córkę pani Hania. — A teraz sprzątnijmy ze stołu. Panowie, wy do zmywania naczyń.

— Nie, nie, nich panowie sobie posiedzą. My pozmywamy naczynia — zadeklarowała się Zuza, patrząc konspiracyjnie na Mirę.

— Jasne! A wy, panie, też siadajcie z powrotem — z uśmiechem powiedziała Mira. — Zrobimy wam kawę w ekspresie i same wszystko posprzątamy po obiedzie.

Rodzice miło zaskoczeni, robiąc do siebie szczęśliwe miny, posłusznie usiedli do stołu z powrotem. Na początku rozmawiali z dziewczynkami. Dopytywali się jak tam w szkole. Czy cała ich klasa ma szansę przejść do następnej klasy. Czy ich pani wychowawczyni już wyzdrowiała i czy po długiej chorobie wróciła już do szkoły. A pan Jerzy, śmiejąc się, pytał, czy ich świadectwa znów będą tak nudne jak w poprzednich latach, bo jak do tej pory na ich świadectwach nie było co czytać, gdyż zawsze stało na nich z góry na dół to samo, czyli same bardzo dobre. I gdy otrzymał od dziewczynek twierdzącą odpowiedź, ucieszył się bardzo. Pozostali rodzice również. Potem jeden przez drugiego zaczęli się dopytywać, czy dziewczynki są zadowolone, iż wakacje się już zbliżają. Dziewczynki odpowiedziały oczywiście, że są zadowolone, nawet bardzo. Ale jednakowoż wyczuły, iż rozmowa zaczyna schodzić na śliski grunt, podały więc w pośpiechu rodzicom kawę i poprosiły, aby zajęli się już sobą i nie przeszkadzali im w pracy.

Przy kawie rodzice z wielką rozkoszą podjęli temat niedalekiego już urlopu w Tunezji. Rozmawiając i zachwalając ten wspaniały kraj, co rusz spoglądali na swoje córki, aby sprawdzić, czy to co mówią też do nich dociera i czy odnosi pozytywny skutek. Niewiele jednak mogli stwierdzić, gdyż dziewczynki, zmywając naczynia, były ciągle odwrócone do nich plecami. Ciągle i długo. Zbyt długo. W końcu znudziło ich wyczekiwanie, podjęli więc inny temat. Temat polityki. Temat, który z wielkim zacietrzewieniem potrafili godzinami omawiać, roztrząsać, ostro krytykować, mało kiedy chwalić. Czasami tak bardzo zapamiętale dyskutowali na jej temat, że niekiedy aż się kłócili między sobą, gdyż każdy z nich miał inne zdanie i próbował swoje zdanie obronić. Bo co jak co, ale polityka na świecie, a zwłaszcza w kraju, jest niezmiernie bogata w wydarzenia. Jest też nieprzewidywalna i bardzo kontrowersyjna. A kiedy wgłębili się w omawianie nowego kryzysu w rządzie, to tak bardzo zatracili się w temacie, że już zupełnie zapomnieli o swoich córkach.

Dziewczynki kończyły zmywanie naczyń. Na wszelki wypadek nie odwracały się jednak od zlewozmywaka. Słyszały dyskusję rodziców, wiedziały więc, że temat urlopu w Tunezji mają na razie z głowy. Były zadowolone. Zerkały na siebie porozumiewawczo. Doskonale znały swoich rodziców i były pewne, że podjęty przez nich temat polityki pochłonął ich bez reszty. Ale że temat urlopu był dla nich obu tematem bardzo niebezpiecznym, wolały chuchać na zimne. Postanowiły więc nie odwracać się od zlewozmywaka i trwać przy nim w zaparte tak długo, jak to się tylko da. Najlepiej aż do przyjścia babci Michaliny.

Taki obrazek w kuchni Czarneckich widoczny był jeszcze przez chwilę, ale niedługą już, gdyż nagle rozległ się dzwonek u drzwi i w kuchni powstało zamieszanie. Dziewczynki podskoczyły aż z wrażenia i puściły się zlewozmywaka, chcąc biegnąć do drzwi. Jednak w połowie drogi, Mira, która zachowała więcej zimnej krwi niż Zuza, pociągnęła ją z powrotem do zlewozmywaka. Wszyscy rodzice natomiast poderwali się od stołu jak na alarm, szurając krzesłami po podłodze. Hałasu narobili przy tym co niemiara. W końcu jednak z powrotem klapnęli na krzesła, bo pani Lodzia, która siedziała akurat najbliżej przedpokoju, nakazała im to gestem ręki i sama poszła otworzyć drzwi wejściowe.

— Dzień dobry, Aleksander Wielki jestem... — rozległo się w progu drzwi wejściowych.

— Że niby kto? Żarty pan sobie ze mnie stroi? — oburzyła się pani Lodzia, sądząc że to jakiś żartowniś.

— Gdzież bym śmiał. Nazywam się Aleksander Wielki — powtórzył gość u drzwi. — Mam pod tym adresem specjalną misję do spełnienia… Ojej, pani robi takie duże oczy, czyżby to oznaczało, że pani Michalina zapomniała o mnie wspomnieć?

Zuza i Mira dokładnie słyszały wypowiedziane przy drzwiach słowa, ale były tak okropnie zaskoczone, że nie mogły oderwać się od zlewozmywaka. Po chwili swoje ogromne zaskoczenie pokonały ogromniejszą jeszcze ciekawością i obydwie jak na komendę, pognały do przedpokoju.

— O Jezus… pan Aleksander Wielki! — wrzasnęły z podniecenia jednocześnie.

— Nie Jezus, a tylko Aleksander Wielki — z szerokim uśmiechem uściślił gość w progu. — Witam was, dziewczynki!

— Mamusiu, tatusiu, państwo Bardeccy, przedstawiam wam pana Aleksandra Wielkiego! — zawołała ciągle zaskoczona, ale i bardzo podniecona, a przede wszystkim niesamowicie uradowana Mira.

— Witamy pana serdecznie w naszych progach! — Pani Hania tym razem pierwsza doszła do siebie. — Ależ proszę dalej, proszę wejść do środka. Co za niespodzianka. Dziewczynki wspominały nam, że pana poznały w niedzielę. I są panem zachwycone. Bucefałem również. Kto by przypuszczał, że pan się sam do nas pofatyguje? Bo wie pan, my mieliśmy zamiar w najbliższą sobotę odwiedzić pańską stadninę i mieliśmy nadzieję poznać pana. A tu taka miła niespodzianka, taka niespodzianka! Pan u nas…

— Bo widzicie, państwo, pani Michalina zaprosiła mnie pod ten adres — wyjaśniał pan Aleksander. — Kazała mi najpierw zadzwonić do drzwi na parterze, a gdyby mi nikt tam nie otworzył, mówiła żebym dzwonił na drugim piętrze… A co, czyżbym nie zastał u państwa pani Michaliny?

— Nie, mamy jeszcze nie ma — poinformowała gościa pani Hania. — Dziewczynki mówiły, że ma przyjść pod wieczór, ale same nie wiedzą o której godzinie. Więc ja myślę, że przyjdzie po osiemnastej, gdyż najczęściej do tej pory jest w stadninie.

— Właśnie że dzisiaj wyszła specjalnie wcześniej, aby już przed siedemnastą zjawić się u państwa. A mnie kazała przyjść o siedemnastej trzydzieści. No a teraz jest już siedemnasta trzydzieści pięć — rzekł pan Aleksander w zadumie, spoglądając na swój kieszonkowy zegarek. — Mam nadzieję, że nic złego się jej nie przytrafiło.

— O matko moja! — krzyknęła pani Hania. — Przecież ona zawsze jest słowna i punktualna. I gdy jej coś niespodziewanego wypadnie, to zaraz dzwoni by powiadomić… Już do niej dzwonię… Ale proszę, niech pan usiądzie.

Pani Hania pobiegła do pokoju stołowego i wystukała numer matki. I nic. Cisza. Nikt w mieszkaniu na ulicy Moniuszki nie odbierał. Wystukała więc kolejny numer, numer telefonu komórkowego mamy. I też nic. Telefon milczał. Pani Hania zmartwiła się bardzo. Wróciła do kuchni i poinformowała wszystkich o swoim zmartwieniu.

— Naprawdę martwię się już okropnie. To do mojej mamy niepodobne. No nic, poczekajmy jeszcze z kwadrans. Jak się do tej pory nie zjawi, to ty Jerzy będziesz musiał podjechać na Moniuszki i zobaczyć co tam się dzieje. Ale wierzę jednak, że zaraz wszystko się wyjaśni i mama stanie w drzwiach… A teraz musimy ugościć jakoś naszego drogiego gościa… Panie Aleksandrze, może miałby pan ochotę na coś z obiadu?

— Ależ nie chciałbym sprawiać kłopotu…

— To żaden kłopot, proszę mi wierzyć — z uśmiechem przekonywała pani Hania. — Wprawdzie my już jesteśmy po obiedzie, ale zostało nam jeszcze co nieco, więc to żaden problem. Włożę tylko do mikrofalówki… i już gotowe.

Po chwili pan Aleksander Wielki raczył się pysznym obiadem, w postaci ostatnich trzech kotlecików mielonych z resztką ziemniaczków i sałatki wielowarzywnej. Aż miło było patrzeć, tak zajadał, chwaląc przy tym zdolności kulinarne pani tego domu. Bo jak mówił, przepadał za mielonymi z dużą ilością czosnku. A gdy się dowiedział, że obiad który spożywał był szykowany przez wszystkich członków obu rodzin, to z zachwytu aż peany pochwalne wygłosił na cześć obu rodzin. Na cześć ich wspaniałej organizacji życia rodzinnego i wzajemnej przyjaźni.

Po obiedzie pani Hania poczęstowała pana Aleksandra kawą. Świeżą, aromatyczną kawą zrobioną w międzyczasie przez przewidujące dziewczynki. Przy filiżance kawy panowie zajęli się dyskusją na temat koni. Temat ten rozpoczął pan Jerzy. A zrobił to celowo, ażeby ich gość się rozluźnił i nie czuł się nieswojo w tej niezręcznej sytuacji, w jaką wpakowała go babcia Michalina. Okazało się, że pan Jerzy trafił w samą dziesiątkę, gdyż pan Aleksander rozpływał się wręcz w temacie. Opowiadał o koniach z przeogromną pasją. Ochoczo też odpowiadał na każde zadane pytanie. I nie było mowy, żeby choć na ułamek sekundy poczuł się wśród nowo poznanych ludzi niezręcznie lub nieswojo.

Mira i Zuza promieniowały szczęściem. Bo jak tu nie być szczęśliwym? Pan Aleksander Wielki jest u nich w domu. Siedzi z ich rodzicami i opowiada o koniach. Opowiada o Stadninie Bucefała i o samym Bucefale. Wreszcie opowiada też o wymiernych osiągnięciach jego Szkółki Jeździeckiej. Wspaniały pan Aleksander Wielki osobiście u nich w domu. — „Boże” — wzdychały obie. — „Jaki to cudowny obrazek”. — Obie doskonale wiedziały, komu ten obrazek zawdzięczają.

Pana Hania i pani Lodzia usiadły naprzeciw panów i z wielkim zainteresowaniem przysłuchiwały się ich rozmowom. A zwłaszcza wspaniałym opowieściom pana Aleksandra.

Pani Hania była jednak coraz bardziej zdenerwowana nieobecnością matki. Lecz by nie peszyć gościa nie dawała tego po sobie poznać. Co rusz próbowała nawet się do niego szeroko uśmiechać, chociaż czuła, że kąciki ust aż drżą jej ze zdenerwowania. Coraz częściej też zerkała na zegarek, starając się to robić jak najdyskretniej. Mijał właśnie już drugi kwadrans, a matki ani widu ani słychu. W końcu jej nerwy nie wytrzymały dalszej próby czasu. Nic też nie pomogła jej wewnętrzna mobilizacja. Postanowiła, już, natychmiast, poprosić męża, aby pojechał na ulicę Moniuszki. Już otworzyła nawet usta, gdy nagle… rozbrzmiał cudowny dźwięk. Najcudowniejszy dźwięk z dźwięków. Tak bardzo wytęskniony dźwięk. Tak bardzo wyczekiwany dźwięk. Dźwięk dzwonka u drzwi.

Wszyscy jak na rozkaz zerwali się z krzeseł, nawet pan Aleksander, i hurmem ruszyli do przedpokoju.

Pani Hania w ogromnych emocjach biegła najszybciej. I to ona pierwsza dopadła drzwi wejściowych. Natychmiast złapała za klamkę i z wielkim impetem otworzyła drzwi na oścież.

— Mamusiu kochana, jesteś! — krzyknęła z radości i jak mała dziewczynka rzuciła się matce na szyję. — Umierałam już ze strachu. Gdzieś ty była? Co się z tobą działo?

— No, to się nazywa przywitanie! — zawołała zaskoczona babcia Michalina. — Cha, cha, cha… widzę, że warto czasami zawalić na całej linii, by potem być tak wylewnie witaną… No dobra, żarty żartami… Zaraz się wytłumaczę, bo zawalanie nie leży jednak w mojej naturze. I sama też najadłam się nerwów co niemiara… Ale o tym potem. Najpierw muszę przeprosić pana Aleksandra, bo swoją nieobecnością wpakowałam go w niezłą kabałę… Błagam niech mi pan wybaczy!

— Ależ ja nie mam czego pani wybaczać, pani Michalino — odrzekł pan Aleksander z figlarnym uśmiechem. — Powinienem być pani wręcz wdzięczny, że dzięki pani poznałem tak wspaniałych ludzi.

— Mówi pan prawdę? — Zatroskanie zniknęło babci Michalinie z twarzy i pojawiła się radość. — Tak…? No, to mnie pan uspokoił, bo najbardziej martwiłam się o pana… Haniu a zadbałaś o pana Aleksandra?

— Mało, że zadbała, rozpieściła nawet — odpowiedział za panią Hanię pan Aleksander. — Zostałem poczęstowany przepysznym, rodzinnym obiadem. Ba, nawet dwurodzinnym obiadem.

— To dobrze — ucieszyła się babcia Michalina. — Proszę Haniu, przyniosłam ze sobą sernik, który wczoraj z dziewczynkami upiekłam, specjalnie na dzisiejszy wieczór.

— Mamuś, jak zwykle jesteś wspaniała, bo akurat nie mamy żadnego ciasta na podwieczorek. — Pani Hania z ucieszoną miną odebrała z rąk matki całą blachę sernika.

— To nie ja jestem wspaniała, a dziewczynki, bo to one wpadły na taki pomysł — uściśliła babcia.

— A właśnie, nie podziękowałam dziewczynkom. Dziękuję wam, moje drogie. Jesteście bardzo kochane — zawołała pani Hania i zaraz jakoś niepewnie spojrzała na swoją przyjaciółkę, a potem jeszcze bardziej niepewnym wzrokiem omiotła swoją córkę i córkę swojej przyjaciółki. — Proszę, przejdźmy teraz do pokoju stołowego. Zaraz pokroję pysznego sernika wykonanego przez nasze trzy najukochańsze istoty i podam coś do picia… No właśnie, kto życzy sobie jeszcze kawę, a kto herbatę?

— Haniu, dziewczynki zajmą się tym później, a ty też usiądź z nami, bo chciałabym z wami wszystkimi porozmawiać — zażyczyła sobie babcia Michalina. — Ale najpierw wytłumaczę się ze swojego spóźnienia. A potem powiem wam, po co dzisiaj zrobiłam zbiórkę u was wraz z panem Aleksandrem.

Babcia Michalina konspiracyjnie spojrzała na pana Aleksandra, a gdy ten puścił do niej oczko i pokiwał przecząco głową, zrozumiała, że on się nie zdradził z jaką misją tu przyszedł. Zadowolona, poprowadziła pana Aleksandra do pokoju stołowego, a za nimi weszli domownicy. Wszyscy rozsiedli się na kanapach i w fotelach i wyczekująco wpatrywali się w babcię. Babcia Michalina uśmiechnęła się serdecznie i zaczęła opowiadać, co jej się przytrafiło.

— Otóż, kiedy przed godziną siedemnastą wybiegłam z domu na ulicę, nawet nie przypuszczałam, że utkwię na niej w swoim autku na tak długo. Wyobraźcie sobie, że gdy dojeżdżałam do skrzyżowania z ulicą Powstańców, zatrzymał mnie policjant i kazał mi stać na włączonych światłach awaryjnych, aby wszystkie samochody nadjeżdżające za mną, zatrzymały się również. Okazało się, że przed skrzyżowaniem zdarzył się wypadek. Kolizja dwóch samochodów. Na początku bardzo się przeraziłam, bo to przecież okropna rzecz. Wyszłam z mojego Polo i już z daleka zauważyłam po obu stronach ulicy zbiegowisko ludzi, a na środku jezdni dwa strzaskane samochody. Przy samochodach zaś dwóch kierowców zamaszyście gestykulujących i głośno wykłócających się o to, kto jest większą ofermą i kto jest winien kolizji. No, to wtedy trochę się zezłościłam, że dla ich kłótni muszę stać w korku, a przecież czas mnie nagli. Ludzie siedzący w samochodach przede mną i w coraz dłuższym korku za mną też zaczęli się niecierpliwić, dając temu wyraz orkiestrą klaksonów. Na ulicy powstał niesamowity rwetes. Gapie zbiegali się ze wszystkich stron i już nie wiadomo było co się dzieje. Zła byłam na siebie, że wcześniej nie próbowałam jakoś zawrócić i uciec drugą stroną ulicy. Niestety, było już za późno. Żadnej możliwości manewru. Ulica była zapchana. Musiałam stać w tym gigantycznym korku i czekać. Wtedy nagle ludzie zaczęli wrzeszczeć, że jakaś kobieta rodzi w samochodzie. No, to wtedy zamieszanie zrobiło się już przeokropne. Zewsząd krzyczano: „Wzywać Pogotowie Ratunkowe!”. Znów przybiegł ten sam policjant i pobiegł w kierunku wskazanym przez ludzi stojących na chodniku. Okazało się, że kilka samochodów za mną, w małym fiaciku, jakaś młoda kobieta, którą mąż wiózł do szpitala na porodówkę, zaczęła rodzić. To było straszne. Kobieta krzyczała tak przeraźliwie, że przekrzykiwała nawet cały harmider na ulicy. Policjant blady na twarzy jak ściana biegał dookoła fiacika i wrzeszczał: „Robić miejsce dla karetki!”. Okropność! Byłam tym wszystkim tak wstrząśnięta, że nie zauważyłam nawet upływu czasu. Kiedy wreszcie spojrzałam na zegarek, zamarłam, dochodziła siedemnasta trzydzieści. Pierwsze, co chciałam zrobić, to zadzwonić do pana, panie Aleksandrze, by uprzedzić o zaistniałej sytuacji i przeprosić za moje spóźnienie. No i poprosić, aby pan przyszedł później, oczywiście o ile by pan mógł. I wtedy zorientowałam się, że niestety moją komórkę zapomniałam w domu. Ależ byłam wściekła na siebie. Bo właściwie to mi się nie zdarza. Przed wyjściem z domu bardzo długo rozmawiałam przez telefon stacjonarny, a potem jeszcze przez komórkowy. Byłam tak bardzo podekscytowana moimi rozmowami telefonicznymi, że nawet nie sprawdzałam czasu. Tak że kiedy wreszcie spostrzegłam się, że czas wychodzić, złapałam za torebkę oraz blachę z sernikiem i wyszłam z mieszkania. A moja komórka najprawdopodobniej została obok telefonu stacjonarnego… Myślałam, że mnie coś trafi, taka byłam zła! Zostałam na własnej ulicy uwięziona z kretesem. Wprawdzie nie z własnej winy sterczałam tam jak kołek, ale z własnej winy zostałam bez możliwości kontaktu z kimkolwiek z was. Wyskoczyłam z Polo wściekła jak osa i próbowałam od kogoś pożyczyć telefon. I wyobraźcie sobie, że nikt nie chciał mi pomóc. Co za ludzie! Najpierw poprosiłam jedną kobietę, która siedziała w samochodzie zaraz za mną. Powiedziała, że w ogóle nie posiada telefonu komórkowego. Pytałam jeszcze parę innych osób, lecz tylko dwóch facetów przyznało się, że mają komórę, ale niestety baterie im się wyładowały. Zrezygnowana usiadłam z powrotem do mojego autka… i wiecie, co zobaczyłam w lusterku wstecznym? Ta kobieta siedząca w samochodzie zaraz za mną, jak gdyby nigdy nic, spokojnie sobie rozmawiała przez telefon komórkowy. Przyznam, że podłamała mnie ta nieżyczliwość ludzka. Ale co było robić? W tym samym czasie usłyszałam ponowny krzyk rodzącej kobiety, ale jeszcze bardziej rozpaczliwy i przeciągły. Kobieta krzyczała już raz po raz. Długo się nie namyślałam, wyskoczyłam z mojego Polo i pobiegłam w stronę małego fiacika. Zastałam tam widok przerażający. Kobieta na wpół siedziała, na wpół leżała na przednim siedzeniu otwartego malucha i nogami zapierała się o jezdnię. Obiema zaś rękami trzymała brzuch i krzyczała: „Ja już nie moooogę… ja roooooodzę… raaaatuuuunkuuuu!”. Zaś jej mąż klęczał przy niej i trzymał się tylko za głowę, nie wydając z siebie żadnego dźwięku. Podleciałam do tej biednej kobiety i zaczęłam też krzyczeć: „Lekaaarza… czy jest tu gdzieś jakiś lekarz?!”. I wiecie co, na szczęście okazało się, że ni stąd, ni zowąd, zjawił się jakiś młody mężczyzna i powiedział, że jest lekarzem. Na początku nie bardzo chciałam mu wierzyć, gdyż on sam był tak przerażony i blady na twarzy, że to aż nie pasowało jak na lekarza. Ale kiedy zauważyłam, że on ma ze sobą walizeczkę ze sprzętem medycznym, musiałam uwierzyć. Zresztą i tak nie było innego wyjścia, bo karetki pogotowia ani widu ani słychu. Trzeba było więc być zadowolonym, że chociaż jakiś młodzik-lekarz jest pod ręką. Kobieta już rodziła. To było widać, że dziecko lada moment przyjdzie na świat. Nie wiele się namyślając, pognałam do swojego autka, gdyż przypomniałam sobie, że w bagażniku miałam trzy derki Gladiatora i kilka ręczników. Rzeczy te, po wypraniu w domu, miałam zamiar zostawić dzisiaj w stadninie. Ale że całe przedpołudnie spieszyłam się bardzo ze wszystkim, by móc wcześniej wyjść ze stadniny, po prostu zapomniałem je z bagażnika wyładować i zanieść do swojej szafki. No i widzicie, moje roztargnienie pospołu z zapominalstwem okazało się być tym razem przydatne, gdyż wszystkie te rzeczy mogły się przydać do porodu… Kiedy z tym końskim ekwipunkiem przybiegłam z powrotem do rodzącej, od razu podałam ręczniki lekarzowi, a jeden pled rozłożyłam na asfalcie. Potem wraz z mężem rodzącej kobiety delikatnie położyliśmy ją na tym pledzie. Mężczyzna był tak przerażony, że z powrotem łupnął na kolana i jedną ręką złapał się znów za głowę, a drugą położył na czole żony. Natomiast lekarz z ręcznikami w rękach stał pochylony nad rodzącą i nie wiedział od czego zacząć. Widząc jego lęk i niezdecydowanie, wystraszyłam się. Zdałam sobie sprawę, że ten biedny, młody lekarzyna, najprawdopodobniej jeszcze nigdy sam nie odbierał porodu. Ale co było robić? Przecież musieliśmy się zająć przyjściem na świat nowego obywatela naszego miasta. Chwyciłam lekarza za rękę i mocno ją ścisnęłam. Lekarz popatrzył na mnie błędnym wzrokiem, ale usilnie starał się uśmiechnąć. No to ja, żeby dodać mu odwagi, i przy okazji też i sobie, szepnęłam mu do ucha: „Panie doktorze, do roboty, to nic strasznego, dziecko samo się urodzi”. Podziałało. Lekarz natychmiast ukląkł przy rodzącej i przystąpił do odbierania porodu. Uspokojona już, odwróciłam nagle głowę, i zamarłam. Dookoła nas stało pełno gapiów z policjantem na czele i z otwartymi ustami nam się przyglądało. Krzyknęłam do policjanta, żeby kazał ludziom się odsunąć. Policjant nie reagował. Powtórzyłam jeszcze raz, ale o wiele głośniej. Zaskoczył. Rozłożył ramiona, i pokrzykując na ludzi: „To żaden teatr, proszę się rozejść, natychmiast proszę się odsunąć!”, porozpychał ludzi na boki. Na szczęście na dość dużą odległość, gdyż rodząca kobieta aż głośno odsapnęła między jednym bólem partym a drugim. Natomiast lekarz i mąż rodzącej, wpatrzeni w nią jak w obraz nie z tej planety, zapewne nic nie widzieli i nic nie słyszeli. Lżej mi się zrobiło, bo sytuacja zaczynała wyglądać nieco lepiej. Zawołałam na jedną starszą kobietę z tłumu gapiów i poprosiłam ją, żeby razem ze mną trzymała pled Gladiatora. Chciałam zrobić coś w rodzaju parawanu, zasłaniającego rodzącą i „personel medyczny” od spojrzeń ciekawskiej ciżby. Po chwili wszystko już było przygotowane na przyjście dziecka. My wszyscy również byliśmy już przygotowani. Przynajmniej psychicznie, bo nasze przygotowanie fizyczne było tak czy siak do kitu. Jednak nikt z nas najwyraźniej nie czuł już lęku i z wielką troską robił swoje. Lekarz robił za lekarza, mąż rodzącej kobiety za przejętego przyszłego ojca, a ja z kobietą z tłumu za parawan. Nie wiem już sama jak długo to jeszcze trwało. Wydawało mi się, że ledwie zaczęliśmy robić swoje, gdy nagle zaległą na ulicy Moniuszki ciszę przeszył rozdarty i donośny głos nowo narodzonego obywatela… Tak, obywatela… pięknego chłopczyka, którego spocony niesamowicie lekarz z szerokim uśmiechem trzymał w dłoniach. Po ulicy przeszła fala westchnienia. To wyczekujący w ciszy i napięciu tłum gapiów westchnął z ulgą. A po chwili, ulica rozbrzmiała oklaskami i okrzykami radości. Wtedy do tych wszystkich odgłosów: nowo narodzonego życia, oklasków i okrzyków radości, dołączył jeszcze jeden odgłos. Odgłos syreny nadjeżdżającej karetki pogotowia. Ludzie zaczęli się odsuwać i robić miejsce. Lecz oklaski i okrzyki nie ustawały. Wzmogły się nawet. Kiedy karetka podjechała do miejsca tej jakże swoistej porodówki, wtedy już świeżo upieczony ojciec trzymał noworodka opatulonego w moje ręczniki, i drżąc na całym ciele, wołał: „Boże mój najukochańszy, mam syna! Ludziska, słyszycie?! Mam synaaaaa!”. Z karetki wyskoczył lekarz oraz dwóch sanitariuszy i stanęli jak wryci. A gdy już nieco ochłonęli, sami zaczęli bić brawo. Nasz młodziutki lekarz, położnik mimo woli, nie krył zadowolenia. Ocierał pot z czoła i chichotał ze szczęścia jak mały chłopczyk, który niespodziewanie dostał piękną zabawkę. A nasza młoda mama, z wielką ulgą uśmiechała się do wszystkich. I choć było widać, iż była zupełnie wycieńczona tak niezwykłym przecież porodem, promieniowała szczęściem… Matczynym szczęściem. I kiedy sanitariusze przełożyli ją z jezdni na nosze i nieśli do karetki, kazała im się zatrzymać na chwilę. I wiecie co ona zrobiła? Nie wiecie, bo i skąd możecie wiedzieć… Otóż złapała mnie i młodego lekarza za ręce i… pocałowała. W ten sposób wyraziła swą wdzięczność za pomyślny poród. A gdy znalazła się już wraz ze swoim syneczkiem i mężem w karetce, i zanim karetka odjechała, przez swojego męża poprosiła mnie do środka. Weszłam do karetki. Jej mąż podał mi niepotrzebne już moje ręczniki, ona zaś półgłosem do mnie powiedziała: „Dziękuję pani. Dziękuję losowi, że postawił panią na mojej drodze…” Przytuliłam swoją twarz do jej twarzy i odrzekłam: „Ależ nie ma mi pani za co dziękować. Jestem szczęśliwa, że mogłam być świadkiem narodzin nowego życia. I to ja dziękuję pani”. Wtedy ona wzięła głęboki oddech… i nagle zaczęła się głośno chichotać. W karetce pogotowia zapanowała chwilowa konsternacja. Wszyscy wpatrywaliśmy się w leżącą położnicę i nie wiedzieliśmy jak mamy zareagować. A ona śmiała się i śmiała. Po chwili jednak przestała i z szerokim uśmiechem na rozjaśnionej twarzy powiedziała: „Proszę sobie wyobrazić, że naszego syneczka chcieliśmy nazwać Stasiek”. Powiedziała i znów zaczęła się chichotać. I kiedy przestała, dodała: „I kto by przypuszczał, że nasz syn Stanisław urodzi się na ulicy Stanisława Moniuszki… i to bezpośrednio na ulicy”. No to wtedy wszyscy zaczęliśmy się śmiać. Ludzie na ulicy jeden przez drugiego zaglądali do środka, chcąc wyłapać, co jest powodem wybuchu śmiechu w karetce pogotowia. Wtedy ja ze śmiechem wyszłam na zewnątrz, a pękające od śmiechu Pogotowie Ratunkowe odjechało. Ludzie zaczęli mnie obstępować i dopytywać się co się stało. No to im powiedziałam. Wtedy jeden drugiemu zaczął przekazywać co ode mnie usłyszał i fala śmiechu przeleciała przez ulicę Stanisława Moniuszki… No i w tak miłym i wesołym nastroju zaczęliśmy się rozchodzić. Każdy w swoją stronę. Ja też, bo w międzyczasie dwóch kłócących się kierowców przestało się w końcu kłócić i odblokowało jezdnię… No i wreszcie jestem już z wami… Mam nadzieję, że się wytłumaczyłam i że zrozumieliście moje spóźnienie, co?

— Mamuś, mamuś… jesteś wspaniała — wyszeptała pani Hania.

— Wiedziałem, że mam skarb w stadninie! — z entuzjazmem zawołał pan Aleksander Wielki. — Od początku o tym wiedziałem. Jest pani wspaniałym człowiekiem. Jestem dumny z pani.

— No, moja teściowa, to rzeczywiście istny skarb, którego wszyscy mi zazdroszczą. Bo mało która teściowa potrafi być też człowiekiem — zarechotał rubasznie pan Jerzy. Lecz zaraz dostał pstryczka w ucho od teściowej, więc się rechotać przestał. Złapał ją tylko za rękę, którą wymierzyła mu fizyczne napomnienie i złożył na niej siarczysty pocałunek, i po chwili zagrzmiał: — Wszystkie teściowe tego świata, wybaczcie!

Cały pokój stołowy rodzinki Czarneckich rozbrzmiał śmiechem. Najgłośniej śmiała się babcia Michalina oraz Mira i Zuza, gdyż w międzyczasie ich oczy się spotkały i babcia z pocieszną miną puściła im porozumiewawcze oczko. A śmiały się coraz głośniej, gdyż wyczuły, iż śmiech miło rozładowuje ich ogromne emocje nagromadzone od poprzedniego dnia z powodu tylko im wiadomego, jak i wielkie podenerwowanie, wynikające z obawy przed tym, co nastąpi za chwilę, kiedy powód ten stanie się wiadomym również i ich rodzicom.

— Uwielbiam pani opowieści — wysapała Zuza, śmiejąc się bez ustanku. — Jak zwykle są niesamowicie niezwykłe!

— Właśnie. Ja też tak myślę babciu. Najwyraźniej tobie w dalszym ciągu przytrafiają się same niezwykłe historie — skonstatowała Mira z zabawną miną.

— Niezwykłe, powiadacie? Czy ja wiem? — Babcia Michalina zamyśliła się na moment. Wreszcie znów się roześmiała i dodała: — Ale chyba macie trochę racji dziewczynki, bo ta akurat historia to całkiem zwykła nie była… Jakkolwiek, najważniejsze jest to, że się dobrze skończyła… No, a teraz dziewczynki, bardzo was proszę, zostawcie nas samych na chwilę. W międzyczasie pokrójcie sernik i zróbcie cały dzbanek kawy i herbaty, gdyż może nam w gardłach zaschnąć. Mamy przecież dużo do gadania i obgadania...



cdn.


  Spis treści zbioru
Komentarze (0)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
brak komentarzy
© 2010-2016 by Creative Media
×