Przejdź do komentarzySumienie
Tekst 56 z 110 ze zbioru: Różne teksty
Autor
Gatunekobyczajowe
Formaproza
Data dodania2019-06-22
Poprawność językowa
Poziom literacki
Wyświetleń421

Mała dziewczynka siedzi na skraju lasu. Bardzo jej zimno i smutno. Nawet zachodzące słońce, które zdaje się do niej uśmiechać, nie wzbudza zaciekawienia na pyzatej buzi. Wyschnięte ślady łez już dawno zapomniały drogę, którą przebyły. A nowych w oczach po prostu zabrakło. Jakiś czas temu ostatnie z nich, wsiąkły w cząstkę łąki. Nie wie dlaczego tu jest i skąd. Mały robaczek wędrujący po dłoni, też sprawia wrażenie przygnębionego tą całą sytuacją. Patrzy na nią współczująco, śmiesznie ślizgając się po paznokciu. Rześki wiatr błądzi na głowie dziewczynki, jakby szukał dla niej pocieszenia, przytulnie ją głaskając. Rozwichrzone włosy falują na wszystkie strony, szukając ratunku dla tej małej zmartwionej istotki.


Zaczyna odczuwać ból. Zdejmuje buciki i skarpetki. Kolorowe motylki, śmiesznie marszczą skrzydełka na wełnianym świecie. Patrzy na małe stopy. Robią się szare i zgniło-brzydkie. Dotyka je rączką. Są zimne i lepkie. Zaczynają cuchnąć. Dziewczynka jest bardzo przestraszona. Nie wie, co się z nią dzieje.


Czuje ruch obok siebie. Spogląda do tyłu. Widzi świetlistą postać. Na jej twarzy widnieje smutny uśmiech.


–– Bardzo cię boli dziewczynko?

–– Bardzo, proszę pani.

–– A może być jeszcze gorzej, niestety.

–– Ale dlaczego? Ja nie chcę, żeby mnie bolało.


Nigdzie się stąd nie ruszaj. Za chwilę wrócę.


Dziewczynka nadal cierpi. Rzeczywiście jest coraz gorzej. Widzi, że jej nóżki dziwnie wyglądają. Skóra zaczyna odpadać. Chce ją zatrzymać swoją rączką, żeby od niej nie uciekała. Wyślizguje się między palcami. Sukienka i ona cała, przesiąknięte są mdlącym zapachem. Ból się nasila a ona nie wie co robić. Patrzy w niebo, jakby tam szukała pomocy.


Wróciłam –– słyszy głos.


Świetlista postać znowu przy niej stoi. Nie uśmiecha się nawet smutno. Jest bardzo przygnębiona.

Mówi do dziewczynki:


–– Niestety. Nie chce naprawić krzywdy, którą wyrządził. Jesteś mu obojętna. Bardzo mi przykro. Naprawdę.

–– Proszę pani. Mnie bardzo boli. Widzi pani moje nóżki. Dlaczego są takie brzydkie. Nie lubię takich. Nie chce takich mieć. Jestem jeszcze malutka. Dlaczego musi mnie tak boleć. Ja tak nie chcę i już.

–– Muszę coś ci powiedzieć, dziewczynko. Teraz tego nie zrozumiesz, ale chcę, żebyś wiedziała kim jesteś.

–– No kim, proszę pani?

–– Sumieniem... niestety akurat jego. Tutaj twój czas płynie szybciej, a jego – wolniej.

–– A co to jest sumienie? Ojej, naprawdę mnie boli.

–– To każdy człowiek powinien mieć w sobie.

–– Ja przecież nie jestem w sobie, proszę pani.

–– Postaram się tobie pomóc. Zniknę na jakiś czas. Może go przekonam.

–– Do czego?

–– Postaraj się wytrzymać. Wrócę.


Dziewczynka cierpi coraz bardziej. Przez sukienkę wyczuwa dziecięce ciało. Materiał robi się lepki i cuchnący. Dotyka go rękami. Trzyma w garści wilgotny fragment paska z miękką skórą w środku. Małe obrazki piesków nie są już kolorowe, tylko szare, oblepione zielonkawą cieczą. Nie może wytrzymać smrodu a nie może od niego uciec. Trupi odór przytula ją do siebie. Już nie wie, co jest dla niej gorsze: ból, czy to wszystko co widzi i czuje. Nie chce takiego ciała. Nie chce i już.


Wróciłam –– słyszy ponownie.


–– Proszę mi pomóc. Nie chcę taką być. Jestem wstrętna.

–– Nie ty, dziewczynko. Mimo tego jak wyglądasz.

–– Jestem brzydka i koniec. Mówię przecież. Dlaczego pani mi nie pomoże? Jestem małą dziewczynką. Sama nie umiem.

–– Ten człowiek jest uparty. Mówiłam, że cierpisz. To go nic nie obchodzi.

–– Niech pani go przekona. Proszę. Mnie bardzo boli. Nie lubię tak wyglądać.

–– No dobrze. Ostatni raz... ale nic nie mogę obiecać. Do zobaczenia.


Ciało jest w rozkładzie, lecz ona żyje. Ma jeszcze nadzieję. Nagle w ułamku sekundy zdaje sobie sprawę, że wszystko zależy od tego człowieka, co ma naprawić krzywdę, którą wyrządził.


*


Świetlista postać wraca na skraj lasu. Nie dostrzega dziewczynki. Idzie do miejsca, w którym siedziała. U swoich stóp widzi kałużę śmierdzącego obrzydlistwa, pomieszanego z dziecięcym ubrankiem. Skrzydełka motylków i małe pieski postrzępione są odłamkami kości.


–– Nie mogłam nic więcej dla ciebie zrobić, ale ty zrobiłaś bardzo wiele. Dałaś mu swym cierpieniem szansę.

  Spis treści zbioru
Komentarze (3)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
avatar
Witaj Dekaos. Widzę, że poszukujesz nowych wrażeń i nowych czytelników. Myślę, że nie bardzo trafiłeś. Ten portal stał się od jakiegoś czasu miejscem przepychanek pseudo-politycznych i osobistych wycieczek. Kiedyś był bardzo fajny.

Twój tekst jak zawsze, bardzo dekaosowy.
Pozdrawiam.
avatar
Dzięki Marianie. No właśnie! Tak to bywa. A jeszcze to moje dziwne pisanie:) Pozdrawiam:)
avatar
Bardzo ciekawie operujesz nastrojem, czy klimatem uczuciowym. Nie dałem najwyższych ocen za poprawność, by nie narazić się na zarzut, że mojej uwadze umknął jakiś przecinek, co, jak zauważyłem, zdarza się Tobie, podobnie jak i mnie.
© 2010-2016 by Creative Media
×