Przejdź do komentarzyM. Sałtykow-Ssiedrin - Ród Gołowliowych rozdz. VI - Na wymarciu/8
Tekst 206 z 240 ze zbioru: Tłumaczenia na nasze
Autor
Gatunekobyczajowe
Formaproza
Data dodania2019-06-28
Poprawność językowa
- brak ocen -
Poziom literacki
- brak ocen -
Wyświetleń80

Do tej pory jakby w ogóle nie czuł swojego istnienia, nie pojmował, że ma ono jakieś uwarunkowania, okoliczności, które zachodzą nie bez czyjegoś udziału, wcale nie same przez się. Przez całe dziesięciolecia trwał wedle raz zaprowadzonego ładu; wszystko we dworze koncentrowało się wokół jego osoby i dla niego jednego; wszystko działo się w swoim ściśle wyznaczonym czasie; każdy przedmiot miał swoje sobie przeznaczone miejsce - słowem, wszędzie panowała tak niezmienna precyzja, że aż nie przykładał do tego żadnego znaczenia. Dzięki owemu ustalonemu biegowi spraw i rzeczy do syta mógł oddawać się i tej swojej czczej gadaninie, i swej bezmyślności, nie obawiając się, by dokuczliwość szarego życia mogła go kiedykolwiek wyprowadzić na jakieś inne nieznane wody. Prawda, że cała ta sztuczna wokół niego machina na jednym włosku wisiała, lecz człowiekowi wciąż pogrążonemu w samym sobie do głowy nawet nie mogło wpaść, że włosek ów - to coś niebywale cienkiego, kruchego, łamliwego... Myślał, że życie ułożyło się dla niego solidnie, na zawsze... Aż tu raptem wszystko winno się rozpaść, rozpaść w jednej sekundzie tylko z powodu czyjegoś idiotycznego: nie! dosyć! odejdę!


Judaszek całkiem stracił rezon. Co będzie, jak ta rzeczywiście odejdzie? I w myśli zaczynał budować wszelkie możliwe bezsensowne kombinacje, by ją jednak jakoś zatrzymać, a nawet posuwał się do takich ustępstw na rzecz zbuntowanej młodości Jewpraksiejuszki, jakie dawniej w ogóle nie byłyby wręcz wcale do wyobrażenia.


- Tfu! tfu! tfu! - spluwał, kiedy fantazja w całej nagości rysowała przed nim możliwość konkurowania z kuczerem*) Archipuszką czy z Ignatem z kantoru.


Ale już niebawem przekonał się, że jego strach co do jej odejścia był mało uzasadniony, i w ślad za tym jego życie jakoś tak ostro weszło w nową, zupełnie nieoczekiwaną fazę. Jewpraksiejuszka nie tylko że nie wróciła do rodziców, ale nawet wyraźnie ze swoimi zaczepkami przycichła. Za to całkiem Krwiopijcę porzuciła.


Nastał maj, nadeszły piękne dni, a ona prawie wcale nie pokazywała się w domu. Tylko po rzadkim trzaskaniu drzwiami Judaszek domyślał się, że po coś wpadła do siebie do pokoju, by znowu potem gdzieś przepaść. Wstając rano, na zwykłym miejscu nie zastawał swojego ubrania i musiał prowadzić długie pertraktacje, żeby dostać czystą koszulę. Herbatę i obiad podawano a to zbyt wcześnie, to znowu za późno, przy czym usługiwał mu na wpół pijany lokaj Prochor, który pojawiał się przy stole w poplamionym surducie i od którego wiecznie zalatywało nieprzyjemną mieszaniną ryby i wódki.


Tym niemniej Pijawka już nawet i temu był rad, że Jewpraksiejuszka zostawiała go w spokoju. Nawet z nieporządkiem się pogodził, byleby w domu był ktoś, kto ten bałagan trzymał w ręku. Nie tyle chaosu wokół siebie się obawiał, ile myśli o osobistej ingerencji w codzienny bieg życia. Z przerażeniem wyobrażał sobie, że może nastąpić taki moment, kiedy sam odtąd będzie musiał o wszystkim decydować, wydawać polecenia, wszystkiego doglądać. W przewidywaniu tego starał się w sobie zdusić wszelki protest, na rozpoczynające się we dworze bezhołowie przymykał oczy, kładł uszy po sobie - i milczał.


Tymczasem na pańskim majątku codziennie odchodziły jawne hulanki. Z nastaniem ciepła gołowliowska sadyba, dotąd stateczna, by nie powiedzieć ponura, ożywiła się. Wieczorami cała czeladź, i sezonowi, i służba stała, stary czy młody - wszyscy wylegali na dwór. Śpiewali piosenki, ktoś grał na harmonijce, ludzie chichotali, wrzeszczeli, bawili się w gonionego, piszczały dziewki. Na Ignacie z kantoru pojawiła się jasnokrwista rubaszka**) i jakiś niesłychanie ciasny żakiet, którego brzegi całkiem odsłaniały jego zuchowato wypiętą pierś. Kuczer Archipuszka samowolnie zawładnął pańską wyjściową jedwabną koszulą i plisowanym bezrękawkiem i wyraźnie rywalizował z Ignatem w staraniach o względy Jewpraksiejuszki. Ta zaś jak pomieszana biegała między nimi i rzucała się to od jednego, to od drugiego. Porfiry Władimirycz bał się spojrzeć w okno, by nie być świadkiem jakiejś miłosnej sceny, nie mógł jednak tego wszystkiego nie słyszeć. Od czasu do czasu rozlegał się odgłos ciężkiego klapsa: to kuczer Archipuszka z całych sił dawał sójkę w plecy Jewpraksiejuszki, goniąc ją w berka, a ta nie złościła się, a jedynie z lekka przysiadała.


................................................


*) kuczer - woźnica;

**) rubaszka - rosyjska koszula ze stójką wokół szyi zamiast kołnierzyka

  Spis treści zbioru
Komentarze (0)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
brak komentarzy
© 2010-2016 by Creative Media
×