Przejdź do komentarzyM. Sałtykow-Ssiedrin - rozdz. VII Bilans - i wypłata/15
Tekst 229 z 240 ze zbioru: Tłumaczenia na nasze
Autor
Gatunekobyczajowe
Formaproza
Data dodania2019-07-22
Poprawność językowa
- brak ocen -
Poziom literacki
- brak ocen -
Wyświetleń71

Pytania te sprawiały, że aż musiała jęczeć. Biegała i kręciła się po amfiladzie, starając się zagłuszyć zbudzone zmory. A na spotkanie wciąż płynęły i hercoginia Herolstein, potrząsająca na scenie huzarskim kutasem, i Cleretta Ango` w podkasanej spódnicy, z dekoltem z przodu do samego pępka, i Piękna Helena z rozcięciami w greckiej sukni do pasa z tyłu, z obu boków i z przodu... Nic prócz bezwstydu i golizny... oto, na czym zeszło całe to artystyczne życie! Czyż to wszystko naprawdę było?!


Około 7:00 wieczorem dom ponownie zaczynał się budzić. Słychać było przygotowania do zapowiedzianej wcześniej przez Jewpraksiejuszkę herbaty, a w końcu również rozlegał się głos Porfirego Władimirycza. Wujek i jego siostrzenica sadowili się przy stole, wymieniali zwykłe uwagi o mijającym dniu, skoro jednak treść owego dnia była tak skąpa, to i rozmowa okazywała się takaż. Napiwszy się herbaty i spełniwszy obrzęd rodzinnego całowania na dobranoc, Judaszek definitywnie zapełzał do swojej nory, a Aniusia udawała się do pokoju Jewpraksiejuszki i grała z nią w *młynarza*.


Od 11:00 w nocy zaczynała się wreszcie pohulanka. Zawczasu jeszcze upewniwszy się, że Pijawka na dobre ucichł, Jewpraksiejuszka stawiała na stół różne wiejskie zaprawy, solenia-zakąski i karafkę z wódką. Przypominały się puste i bezwstydne pieśni, rozlegały dźwięki gitary, i w przerwach między występami i podłą rozmową Aniusia wypijała. Piła najpierw *po kukiszewsku*, obojętnie, metodą *boże, błogosław!*, lecz potem stopniowo przechodziła w coraz mroczniejszy ton, zaczynała jęczeć, przeklinać...


Jewpraksiejuszka patrzyła na to i całym sercem *żałowała*.


- Patrzę ja na was, panienko, - mówiła przy tym, - i tak mi was żal! tak żal!

- A to wypijcie ze mną - i nie będzie niczego żal! - przeczyła jej Aniusia.

- Nie, ja tak nie mogę! I tak przez waszego wujaszka mało co mnie z rodziny nie przegnali, a jakbym do tego jeszcze...

- No, to nie ma o czym gadać, skoro tak. Lepiej już wam zaśpiewam *Żuka wąsatego*, dobrze?


Znowu rozlegał się brzdęk gitary, znowu podnosiły się cygańskie okrzyki: i-ach! i-ech! I dopiero grubo po północy w końcu jak ten kamień zwalał się na Aniusię sen. Upragniony kamienny ten sen na kilka godzin zabijał jej przeszłość i nawet uciszał jej kaszel. Następnego zaś dnia rozbita, na poły szalona, ponownie wypełzała spod niego - i znowu zaczynała *żyć*.


I oto jednej z tych paskudnych nocy, kiedy tak bojowo wyśpiewywała przed Jewpraksiejuszką repertuar swych podleńkich pieśni, w drzwiach alkowy nagle ukazała się znużona, martwoblada figura Judaszka. Wargi mu drżały; oczy zapadły w głąb i przy mętnym w pokoju migotaniu lampki oliwnej zdawały się pustymi oczodołami; dłonie były złożone jak do modlitwy. Kilka sekund postał tak przed zmartwiałymi kobietami, po czym, powoli odwróciwszy się, wyszedł.



.....................................................................................................................................................................



Bywają rodziny, nad którymi ciąży jakby jakieś nieubłagane fatum. Zwłaszcza widać to pośród tej drobnej szlacheckiej ludzkiej szarzyzny, co to bez żadnej pracy, bez więzi z życiem narodu i bez ukierunkowanego znaczenia niegdyś tuliła się pod ochronnym kloszem prawa pańszczyźnianego, rozrzucona po bezkresach rosyjskiej ziemi, a dzisiaj już bez żadnej ochrony dożywa swego wieku w rozlatujących się dworach i dworkach. W życiu owych żałosnych rodów i powodzenie, i fiasko - wszystko jest jakieś ślepe, przypadkowe, nieprzewidywalne.


Czasami jednak nad taką familią nagle przeleje się strumień pomyślności. Gdzieś w takim zbiedniałym majątku jakiegoś korneta i jego żony, pokornie kisnących het! na jakiejś zabitej wiosze, ni stąd, ni zowąd pojawia się cała gromadka cudownych dzieci, krzepkich, czyściutkich, gibkich i nadzwyczaj szybko chłonących istotę sensu życia. Jednym słowem *mądrali*. Wszyscy co do jednego rozumni, oczytani i rozważni - tak młodzieńcy, jak i panienki. Kawalerowie na celująco kończą swoje świetne szkoły i już w szkolnych ławach nawiązują przyszłe koneksje i znajomości. We właściwym momencie umieją być pokorni /j`aime cette modestie! *)- powiadają o nich wówczas przełożeni/ i w odpowiedniej też chwili potrafią okazać niezależność i samodzielność /j`aime cette independance!**)/, trafnie zgadują wszelkiego rodzaju nowe trendy i mody, i z żadnymi z nich nigdy nie zrywają, nie pozostawiając - tak na wszelki wypadek - solidnej za sobą furtki. Dzięki temu na całe życie zapewniają sobie możność zrzucania własnej skóry i przywdziewania nowej bez skandalu i w każdym dogodnym okresie - a także - w razie czego - także bezpieczny powrót do skóry dawnej. Słowem, są to prawdziwi twórcy swojego czasu, którzy jako młodzi ludzie zawsze zaczynają od poszukiwań - i PRAWIE ZAWSZE kończą na zdradzie. Co do dziewcząt, to również i one, na miarę swych możliwości, przyczyniają się do odrodzenia swojego rodu, tj. szczęśliwie wychodzą za mąż, po czym w nowej familii przejawiają tyle taktu i klasy w dysponowaniu swoimi wszechstronnymi atrybutami, że bez trudu wywalczają sobie wysokie pozycje w każdym eleganckim tzw. towarzystwie.


...........................................................


*) j`aime cette modestie! - z franc. uwielbiam taką skromność!;

**) j`aime cette independance! - j.w. kocham ten typ niezależności!

  Spis treści zbioru
Komentarze (0)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
brak komentarzy
© 2010-2016 by Creative Media
×