Przejdź do komentarzyKonstantin Simonow - Przypadek Połynina /21
Tekst 255 z 255 ze zbioru: Tłumaczenia na nasze
Autor
Gatunekobyczajowe
Formaproza
Data dodania2020-01-31
Poprawność językowa
- brak ocen -
Poziom literacki
- brak ocen -
Wyświetleń209

Kiedy zasiadano do kolacji, Galinę Pietrowną posadzono vis-a-vis Połynina, pośród jego lotników. Każdy z tych ludzi, strącających nad Murmańskiem samoloty niemieckie,  był dla niej bohaterem, lecz z ich słów i zachowania zrozumiała także to, że nie tylko młodziutki porucznik, a wszyscy oni są prawdziwie dumni ze swojego dowódcy.


Atmosfera, otaczająca go tutaj, podziałała i na nią. Podobało się jej w nim wszystko - i to, jak się z nią przywitał: przyjaźnie, krótko i po męsku uścisnął jej rękę i sam przedstawił się po imieniu i otciestwie - Nikołaj Nikołajewicz; i to, że nie namawiał ją do dalszego picia, kiedy, wypiwszy dwa kieliszki, przy trzecim toaście nakryła go dłonią na znak, że dosyć, i to, że, kiedy ją  poproszono, by zaśpiewała, najpierw zapytał: *Może nie trzeba, jeśli pani jest zmęczona?* - a kiedy odpowiedziała: *A może pan po prostu nie chce tego?* - bez uśmiechu odparł, że, przeciwnie, bardzo chce, lecz pomyślał, że po występach może czuć już zmęczenie.


I zaczęła śpiewać nie tak zwyczajnie, dla całej widowni, a właśnie dla niego i, kiedy patrzyła na jego ordery i zaskakująco młodą twarz, w tym samym czasie przez jej głowę przebłyskiwała straszna myśl, że oto dzisiaj siedzi naprzeciw niego i mu śpiewa, a jutro on poleci i raptem nie zestrzeli żadnej już maszyny, a na odwrót - to jego strącą, i jego pułk go pochowa tak, jak kiedyś chowano Czkałowa, w żelaznej zamkniętej trumnie.


A później, kiedy już była pora pożegnać się, patrząc na Połynina, ze wstydem pomyślała, jakim jednak tchórzem jest ten cały jej odprowadzający ją na moskiewski dworzec Witieńka. I to w czasie, kiedy obok na tym świecie są tacy wspaniali mężczyźni! I ona, w istocie też przecież dobry człowiek, nie wiadomo dlaczego przez całe swoje życie przechodziła mimo nich.


Pomyślała i zaśpiewała pieśń o jarzębinie i dębie. Wydawało się jej, że pułkownik, słuchając jej, czymś się zasmucił, a potem nagle wziął i pocałował jej dłoń, czego przecież chwilę wcześniej nie mogła przewidzieć i tym bardziej po nim się spodziewać.


A dwa dni później powiedziano jej, że pułkownik Połynin strącił nad Murmańskiem w jednym boju trzy samoloty, po czym sam się rozbił podczas przymusowego lądowania i leży w szpitalu. Usłyszawszy to, cała roztrzęsiona przypomniała sobie, jak, śpiewając, pomyślała: *A jeśli go raptem zabiją?* Od urodzenia nigdy nie była płaczliwa, jednak tym razem aż zapłakała i wówczas postanowiła - niech będzie, co ma być - pojechać do niego do szpitala.


Tak się zrodziło to jej uczucie, które pochopnie w swoim liście do Połynina nazwała miłością.


Śpieszyła jak najrychlej wznieść się na kolejne nowe stopnie rosnącej w niej euforii, zanim je jeszcze przed sobą wyraźnie dojrzała. Rzeczywista gotowość do miłości współgrała w niej z przesadnym odczuwaniem wszystkiego, co w głębi serca przeżywała. Ta jej gorączkowość reakcji była wynikiem jakiejś niezależnej od niej siły, nad którą nie potrafiła zapanować.

  Spis treści zbioru
Komentarze (0)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
brak komentarzy
© 2010-2016 by Creative Media
×