| Autor | |
| Gatunek | przygodowe |
| Forma | proza |
| Data dodania | 2026-03-11 |
| Poprawność językowa | - brak ocen - |
| Poziom literacki | - brak ocen - |
| Wyświetleń | 200 |

Idę. Przede mną ciemność – droga skąpana w mroku pożera każdy mój krok niczym wąż, który swoją silną szczęką złapał bezbronne zwierzę i milimetr po milimetrze konsumuje ofiarę. Jestem bezbronny. Zjada mnie asfaltowy gad. Idę. Nie mam innego wyboru – muszę przeć naprzód. Wszystkie inne możliwości już wyczerpałem. Chociaż czuję ogromne zmęczenie i nogi nie chcą mnie nieść, przesuwam się w kierunku wcześniej obranym i tak bardzo wytęsknionym.
Krok po kroku zbliżam się do celu, a jednocześnie oddalam od tego nieprzyjemnego miasta, w którym spotkało mnie tyle przykrości. Idę. Nie mam zegarka, ale myślę, że moja wędrówka trwa już około godziny. Tak mi mówi moje przeczucie. Chociaż… czy w takiej ciemności można czuć czas?
Przeszedłem jakieś trzy, cztery kilometry. Znam okolicę. Mogę dość precyzyjnie stwierdzić, jaką odległość udało mi się pokonać. Właśnie mijam łąkę ogrodzoną lichym płotem z plecionego drutu. Ciemność. Oglądam się za siebie. W oddali majaczą światła tego miasta. Już ledwo przecinają tę bezksiężycową noc. Kresu mej wędrówki nie widać i przez długi, niewiadomy czas go nie zobaczę. Wszystko zależy od moich sił i determinacji. Muszę zrobić jeszcze wiele kroków, by dotrzeć do przyjaznych chodników i cieplutkiego łóżka, którego tak bardzo mi teraz brakuje.
Idę. Kolejne metry. Z prawej strony gołe pole, z lewej gęsty, enigmatyczny las. Podnoszę głowę i… Na środku drogi stoi on. Wyrósł tak nagle i niespodziewanie. Nie powinno go tutaj być. Może cały czas mnie obserwował i w najmniej oczekiwanym momencie zaskoczył mnie swoją obecnością? Mój wzrok spotyka się z jego wzrokiem. Stoimy naprzeciwko siebie niczym rewolwerowcy szykujący się do pojedynku na śmierć i życie. Stoję zaskoczony. Jednak widzę, że on również wygląda na zaskoczonego. Któż mógł przypuszczać, że spotkamy się na tej drodze o tak nieludzkiej godzinie? Mróz szczypie w uszy. Nos jest już koloru krwi. Grudzień, środek nocy. Dlaczego to właśnie on pojawił się tutaj i nie daje mi przejść?
To nadzwyczajne spotkanie nie miałoby miejsca, gdyby nie splot nieprzyjemnych zdarzeń. Byłem w mieście B. Przekonany o tym, że autobusy kursują z taką częstotliwością jak w normalny dzień tygodnia, pozwoliłem sobie przedłużyć pobyt w mieście o kilka godzin. Czas płynął powoli i przyjemnie. Do głowy mi nie przyszło, że może spotkać mnie taka niemiła niespodzianka. Pożegnałem tę jedyną i lekkim krokiem ruszyłem na przystanek. Według moich skrupulatnych obliczeń zostało mi kilkanaście minut do odjazdu. Jak bardzo się myliłem. Bezlitosny rozkład autobusowy krzyczał na całe gardło, że ostatni kurs do mojej miejscowości w ten szary i mroźny dzień był dwie godziny temu. Chwila paniki. Poszedłem do poczekalni. Nad kasami wisiała tablica odjazdów. Jedyny ratunek to dotarcie do miasta Sz, a później dwunastokilometrowy spacer do domu.
Gdy dotarłem do tego miasta, panował mrok. Postanowiłem złapać okazję. Stanąłem przy drodze wylotowej, wyciągnąłem kciuk i rozpocząłem modlitwę do życzliwego kierowcy. Ciemność jednak nie sprzyjała mojej modlitwie, która rozproszyła się po kątach. Po pół godzinie łapania stopa zrezygnowałem. Dlatego teraz idę, chociaż już coraz mniej wytrwale.
Ten splot niezwykłych okoliczności doprowadził mnie do miejsca, w którym stoi on. Patrzy na mnie jak na kogoś, kto w przeszłości zawinił i nie poniósł kary. Nie wiem, jak przedstawia się jego historia – czy szedł do tego miasta, z którego ja uciekałem, czy też miał zamiar skręcić w boczną, przerażającą polną drogę. Faktem jest, że prawdopodobnie pokrzyżowałem mu plany. Wyglądał na pełnego trwogi. Poruszył się niecierpliwie. Chce uciekać i zatrzeć za sobą wszelkie ślady istnienia. Jego postura nieco się zmieniła. Nie jest taki groźny, na jakiego z początku wyglądał.
Zachodzę mu drogę. Boi się mnie. Ja jednak nie czuję do niego wrogości. Wręcz przeciwnie – chcę mu pomóc. Serce wypełnia mi głęboka litość i żal dla tego małego żyjątka. Droga to nie jest najbezpieczniejsze miejsce dla jeża.
Powoli zbliżam się do niego. Ręce chowam w rękawy. Biorę zwierzątko na ręce i kładę na kupce liści pachnących wilgocią. Na szczęście jeszcze nie spadł śnieg. Może zagrzebie się w nich i zapadnie w spóźniony zimowy sen. Ja natomiast ruszam dalej.
Idę.







