Przejdź do komentarzyDziadek
Tekst 12 z 43 ze zbioru: Opowiadania - Brama
Autor
Gatunekobyczajowe
Formaproza
Data dodania2013-10-06
Poprawność językowa
Poziom literacki
Wyświetleń1741


DZIADEK


Dziadek był szczupły, wysoki, miał siwe, krótko przystrzyżone włosy zaczesane od przodu do tyłu, niebieskie oczy a pod nosem mały wąsik. Dzisiaj, jeśli miałabym wśród ogólnie znanych osób wskazać kogoś, kto jest do niego podobny, powiedziałabym, że najbardziej przypominał Tadeusza Mazowieckiego.

Z jego ubrań najlepiej zapamiętałam dziwną marynarkę w stylu kolonialnym. Była płócienna, biała, z rękawem do połowy łokcia, z czterema nakładanymi kieszeniami, ściągnięta w pasie paskiem przesuwanym przez klamrę z kości. Zakładał marynarkę w ciepłe, letnie dni na popołudniową przechadzkę, na którą zabierał też mnie, dopóki byłam w odpowiednim wieku. Szliśmy do parku, gdzie przy pętli tramwajowej znajdował się niewielki ogródek - z huśtawkami i z piaskownicą pośrodku.

Dziadek posiadał talent do nawiązywania kontaktów z przypadkowo napotkanymi osobami. Chętnie wdawał się w pogawędki. Dzięki temu nie cierpiałam na brak towarzystwa – byłam przedstawiana różnym dzieciakom towarzyszącym osobom dorosłym i miałam z kim bawić się.

Często też spotykaliśmy jego znajomych z pracy. Był urzędnikiem zatrudnionym w biurach kolei państwowej. Mieściły się one w olbrzymim gmachu zbudowanym w początkach XX wieku w pobliżu centrum miasta. W czasie wojny funkcjonowało w nim Gestapo. Teraz znowu gmach zajmowały zwyczajne biura.

Ze dwa razy zabrał mnie tam ze sobą. Miał wtedy wolny dzień albo też załatwiał coś w mieście i chciał oddać papiery przed zamknięciem urzędu.

Muszę przyznać, że budynek zrobił na mnie ogromne wrażenie - rozległy hol, wysokie schody prowadzące na piętra a przy nich wielkie, witrażowe okna z grubym szkłem w kolorze piwa i zielonej oranżady, dające ciepłe światło. Na piętrach zobaczyłam labirynt korytarzy z ponumerowanymi drzwiami oraz rząd, tym razem jasnych okien na ścianie na przeciwko rzędu drzwi. Moją uwagę natychmiast przykuły numerki na drzwiach – złote, metalowe, zamknięte owalną ramką i bardzo eleganckie.

Weszliśmy do pokoju na pierwszym piętrze tuż przy bocznym małym wejściu, za którym być może znajdował się jakiś korytarzyk.

W środku wszystko było zwyczajne, bez żadnych luksusów – wąskie, wysokie pomieszczenie z gołymi ścianami, dwoma biurkami, szafą i drzwiami do drugiego pokoju. Urzędniczki ucieszyły się na nasz widok. Od razu zainteresowała je moja osobą.

Chcesz się pobawić? - spytała jedna.

Chcę – kiwnęłam głową.

Posadziła mnie przy biurku przed maszyną do pisania. Wkręciła w nią papier.

Jak będziesz stukać w klawisze to maszyna będzie pisać – powiedziała. - Spróbuj.

Spróbowałam. Maszyna rzeczywiście pisała tylko, że ja nie odróżniałam jeszcze liter. . Wystukiwałam rząd przypadkowych znaków nieoddzielonych od siebie, ponieważ nic nie wiedziałam o istnieniu spacji. Nawet chciałam spytać jak to się robi, żeby była przerwa między literami ale obie panie wyszły z dziadkiem do drugiego pokoju zostawiając mnie samą.

Siedziałam więc za biurkiem, stukałam w maszynę do pisania, udawałam urzędniczkę i cieszyłam się z przesuwającego się papieru oraz z pojawiających się na nim znaków. Gdyby to było z siedem czy osiem lat później, mogłabym wyobrażać sobie, że jestem tajnym pracownikiem wywiadu, który podczas II wojny światowej w obozie wrogiej armii wypełnia swoją misję. Wtedy jednak nie mogłam tak myśleć, gdyż ogólnie znany wojenny szpiegowski serial telewizyjny „Stawka większa niż życie” powstał dopiero w 1962 roku a telewizja upowszechniła się niewiele wcześniej. O Gestapo też nie myślałam, bo nikt mnie wtedy nie informował o tym, co wcześniej mieściło się w tym ogromnym budynku. Samo słowo pewnie już znałam, ponieważ w tamtych czasach wojna była częstym tematem rozmów.




Kiedy już zapisałam spory kawałek papieru, powoli zaczęłam tracić zainteresowanie dla mechanicznej czynności. Na szczęście dziadek z urzędniczkami wrócił do pokoju.

Przy następnej wizycie nie proponowano mi pisania na maszynie. Dostałam kawałek papieru podaniowego i ołówek kopiowy do wykonania dowolnego rysunku. Najłatwiej i najszybciej dało się narysować spacerujące dzieci.

To dzieło wywołały lekkie zdziwienie. Panie urzędniczki, co prawda wyrażały swój zachwyt ale starszy mężczyzna, który coś omawiał z dziadkiem zdecydował się wyrazić wątpliwości.

Dlaczego dzieci mają tylko po jednym oku? - spytał.

Bo stoją bokiem – oświadczyłam lekko obrażona o to, że nie rozumie mojej koncepcji.

Aha... - pokiwał głową. - W takim razie gdzie jest nos, skoro stoją bokiem?

Wzruszyłam ramionami:

Nosa nie ma, bo nie umiem go narysować.

No to teraz wszystko jasne – roześmiał się.

Instytucja, w której pracował dziadek budziła szacunek. To samo dotyczyło zatrudnionych w niej ludzi – zwłaszcza tych starszych, którzy sprawiali wrażenie przeniesionych żywcem z innej epoki.

Niektórzy z nich związali się z koleją jeszcze przed pierwszą wojną światową. Tworzyli zgrany, solidny i odpowiedzialny zespół. Ich atutem była dobra znajomość dokumentacji – i tej starej, i tej nowej, co uświadomiłam sobie znacznie później, gdy byłam już starsza. Wyglądali nieco inaczej niż pracownicy stacji – ich mundury były z materiałów w lepszym gatunku, toteż na ulicy od razu było widać kto jest urzędnikiem. Oprócz tego dostawali darmowe bilety kolejowe na przejazdy pierwszą klasą co wyróżniało ich w pociągu. Należeli jednak do świata, który powoli zanikał. Wiek tych pracowników wymagał odesłania ich na emeryturę – jeśli nie w danym momencie, to na pewno za parę lat. Dlatego też nie podlegali zbyt dużym naciskom jeśli chodzi o ideologię. Traktowano ich normalnie – jako dobrych fachowców, z których umiejętności należy korzystać póki się da.

Dziadek z przykrością patrzył jak rok po roku ubywało jego kolegów – jedni przestawali pracować i można było spotkać ich tylko na popołudniowej przechadzce, inni umierali. Być może z tego powodu cmentarze należały do miejsc, gdzie często spacerowaliśmy. Jak na tak niewielkie miasto, było ich sporo. Przeważnie panował tu spokój, jeśli nie zakłócił go pogrzeb. W upalne dni cieniste alejki dawały dobre schronienie przed słońcem a zimna woda w pompach umożliwiała obmycie rąk i przetarcie czoła mokrą chusteczką. Stare pomniki wyglądały tajemniczo i dostojnie. Na prawdę jednak cmentarz przypominał ogród botaniczny. Na stawianie nagrobków ludzie często nie mieli pieniędzy – w zamian za to szczególnie dbali o dekorowanie grobów kwiatami. Rosły więc na cmentarzu najróżniejsze byliny, rośliny jednoroczne i dwuletnie oraz krzewy. Temu wszystkiemu towarzyszył świat owadów – osy, bąki, biedronki, świerszcze, czerwone pluskwiaki, czarne żuki gnojniki, motyle, ważki, mrówki, pająki, muchy i pewnie coś tam jeszcze. Wszystko to brzęczało, fruwało, pełzało, przysiadało na roślinach i pozostawało w ustawicznym ruchu. Dla mnie cały ten świat przyrody był bardzo interesujący. Pilnie obserwowałam kopczyki kretów i śledziłam małe jaszczurki wygrzewające się na rozgrzanych kamieniach w słońcu. Życie postrzegałam jako proces trwający wiecznie, który przerwać może jedynie przypadek w postaci choroby lub innego nieszczęśliwego zdarzenia.

Jeśli na cmentarzu odbywał się pogrzeb, dyskretnie dołączaliśmy do niego.

A kto to umarł? - pytał cicho dziadek kogoś stojącego z tyłu.

Przeważnie otrzymywał tak dokładne wyjaśnienia, że w gruncie rzeczy, zmarły nagle stawał się osobą znajomą.

Raz jeden zabrał mnie na pogrzeb, który był niezwykły. Nie pamiętam ile wtedy miałam lat. Ceremonia odbywała się poza cmentarzem. Dzień był chłodny, szary i mglisty. Poszliśmy na dworzec kolejowy. Była to stacja towarowa, która mieściła nieco dalej niż stacja osobowa. Przy





torach ciągnęły się magazyny a przy nich rampy. Był również peron – taki, jak na stacji osobowej -

tylko brakowało tam pasażerów. Stała na nim orkiestra kolejowa i ludzie w kolejowych mundurach. Wszyscy czekali na pociąg, który miał nadjechać.

A kto to umarł? - spytałam dziadka.

Dziadek zawsze skory do wyjaśnień tym razem potraktował rzecz bardzo krótko:

Kolejarz – powiedział i zakazał mi dalszych rozmów.

Czekaliśmy na dworcu dosyć długo. Wreszcie pociąg wolno wtoczył się i zatrzymał przed peronem.

Nie jechał przez miasto ale z przeciwnej strony. Był to pociąg towarowy z czerwonymi wagonami. Orkiestra zaczęła grać - pewnie hymn państwowy albo marsz żałobny, ale ja byłam jeszcze za mała, by rozpoznawać takie utwory.

Patrzyłam, jak kolejarze podchodzą do jednego z wagonów, odsuwają drzwi, wchodzą do środka a po chwili wydostają z niego trumnę – wąską, srebrną, metalową. Musiała być bardzo ciężka, bo wiele osób stanęło w szeregu, by ją nieść. Szli wolno przez peron a za nimi posuwała się grająca orkiestra. Na pustym placu przy dworcu towarowym czekała zakryta ciężarówka. Orszak żałobny podszedł do niej. Trumnę załadowano do środka. Ciężarówka jeszcze przez chwilę postała. Na koniec ruszyła w drogę, która musiała biec poza miastem. Zgromadzeni odprowadzali samochód wzrokiem Gdy zniknęła z oczu, orkiestra przestała grać i wszyscy w milczeniu zaczęli rozchodzić się.

Wróciliśmy z dziadkiem do domu i nie rozmawialiśmy więcej o tym zdarzeniu.

Najbardziej lubiłam chodzić na cmentarz położony blisko naszej ulicy. Nie był duży. Miał swoją starą i nową część. Przy bramie głównej stał niewielki domek o szarych ścianach. Przed nim był ogródek obsadzony kwiatami i odgrodzony od głównej alei czarnym, metalowym parkanem. Drzwi domku zazwyczaj stały otworem ale rzadko ktoś obcy wchodził do środka. Ci, którzy mieli jakiś interes przeważnie siadali na ławce przed domkiem i czekali aż ktoś wyjdzie. Na parterze mieszkał grabarz z rodziną. Jego wygląd budził respekt. Miał w sobie coś z patriarchy – wysoki, silny, z długą, pofalowaną, opadającą na pierś brodą w brązowo-popielatym kolorze. Prawą nogę sztywną w kolanie pociągał za sobą podpierając się grubą laską. Grabarz prowadził pogawędki z dziadkiem. Narzekał na reumatyzm. Pomimo tych narzekań i uszkodzonej nogi bardzo zręcznie wykonywał swoją pracę. Czasami pomagał mu zięć. Grabarz ciągle martwił się o córkę. Była to rudowłosa kobieta, która rzadko wychodziła z domu. Właściwie nie znałam jej. Podobno cierpiała na jakiś rozstrój nerwowy.

Wnuczki grabarza dość szybko stały się moimi przyjaciółkami. Z niewiadomych przyczyn zaczęły nagle zwracać się do mojego dziadka: dziadek. Dziadek śmiał się i bez przekonania protestował:

Jaki ja wam dziadek? - pytał.

W gruncie rzeczy nie przeszkadzało mu to. On też zaczął je przezywać i ponadawał im inne imiona niż miały.

Dołączyła do nas jeszcze jedna dziewczynka – mieszkała z rodzicami na poddaszu cmentarnego domku.

Biegałyśmy całą czwórką po alejkach usiłując łapać rude wiewiórki, skakałyśmy na skakance przed domem albo też chodziłyśmy na podwórko na huśtawkę.

Podwórko zostało ogrodzone wysokim drewnianym płotem z desek, który wszystko szczelnie zasłaniał. Oprócz huśtawki były tam jakieś chlewiki i kurnik. Kury chodziły po podwórzu gdacząc i grzebiąc w piasku. Nie był to zbyt piękny widok – sucha, udeptana ziemia bez śladu trawy. Na dodatek z chlewika śmierdziało. Cmentarz wydawał się o wiele przyjemniejszy. W jednym jego rogu rosła przy ogrodzeniu wiśnia. Po przeciwnej stronie, przy siatce rozkwitały latem krzewy dzikich róż. W zacienionym rogu cmentarza stała zawsze zamknięta kaplica z czerwonej cegły. Wnuczki grabarza próbowały opowiadać o niej niestworzone historie ale jakoś im to nie wychodziło. W końcu stanęło na tym, że w kaplicy mieszkają wiewiórki, które wskakują do środka




przez wybite okienko. Moja rudowłosa koleżanka – tak samo ruda jak jej matka – widziała to

podobno na własne oczy. Ich dziadek czasami otwierał kaplicę, żeby zajrzeć co w niej się dzieje ale dziewczynkom nie wolno było tam wchodzić.

Mogło i tak być, skoro w zielonej drewnianej budce przy stadionie miał mieszkać murzynek, którego nigdy nie było w domu. Pukaliśmy z dziadkiem do niego parę razy ale nie otwierał.

Później przestałam wierzyć w murzynka. Co do tego, że cmentarne wiewiórki mieszkają w kaplicy, miałam mniej wątpliwości, chociaż w rosnących tu starych drzewach były przecież dziuple.

Spacerowanie po cmentarzach skończyło się, gdy zaczęłam chodzić do szkoły. Dziadek zresztą też

już nie miał tyle wolnego czasu co dawniej. Jego instytucja poddana została reorganizacji –

większość oddziałów przenosiła się do innego miasta. Było przy tym sporo roboty i zamieszania.

Oprócz tego pojawił się problem z tym, co my mamy robić? Ojcu i mamie nikt nie proponował zmiany miejsca zamieszkania. Musieliby o to szczególnie zabiegać. Na dodatek, ojciec zżyty ze swoim środowiskiem chyba nie chciał takiej zmiany. Dziadek też miał wątpliwości.

Przecież mnie zaraz na emeryturę odeślą. Po co mi taka przeprowadzka? - stwierdził.

Po krótkiej naradzie ze znajomymi postanowił przenieść się do oddziału geodezji, który musiał pozostać na miejscu. Wiązało się to ze zmianą sposobu życia, ponieważ praca była głównie w terenie. Czuł się jednak na siłach, by sobie z tym poradzić.

Teraz na pięć dni w tygodniu znikał z domu. Wyjeżdżał w teren z brygadą robotników kolejowych.

Zabierał ze sobą najpotrzebniejsze rzeczy oraz talię wyświechtanych kart a na ciepłe dni jasne, popelinowe ubranie. Wracał w sobotę po południu by spędzić z nami niedzielę. Taki sposób funkcjonowania trwał chyba ze dwa albo nawet i trzy lata.

Później nadszedł moment, który budził w nim największe obawy – emerytura.

Bronił się przed nią jak mógł ale nie dało się już nic przedłużyć. Na dodatek, po rozpatrzeniu dokumentów wyszło, że na pełną emeryturę nie zasłużył. Nie ważne było, że pracował na kolei bodajże, od 1912 roku. O ile można było zrozumieć, iż nie brano pod uwagę zatrudnienia na kolejach rosyjskich, co trwało do końca pierwszej wojny światowej, to odrzucenie całego okresu międzywojennego wydawało się cokolwiek dziwne i bez sensu. Było to tak, jakby istniały dwie Polski: ta obecna - właściwa i ta międzywojenna – nie właściwa, za którą się nie płaci. Okres wojny nie podlegał dyskusji. Traktowano go dwuznacznie – zwłaszcza, jeśli nie było przymusowej przerwy w życiorysie zawodowym. Dodatkowo gmatwały sprawę przesunięcia granic w tym okresie. Nie, o tym lepiej było nie wspominać.

Tak więc dziadek wyszedł na coś w rodzaju emerytury i zupełnie nie wiedział co ze sobą zrobić. Po tylu latach pracy nie miał pojęcia czym wypełnić wolne dni. Wstawał rano, szedł do sklepu po zakupy, wracał, czytał gazetę, drzemał do obiadu, po obiedzie wychodził na spacer, po spacerze drzemał lub czytał książkę, następnie jadł kolację i kładł się spać.

Wytrzymał tak kilka miesięcy.

Gdy jego dawny biurowy kolega – również emeryt – zaproponował wspólny interes, bez wahania skorzystał z propozycji.

W ich instytucji, w obszernym holu na parterze znajdował się punk sprzedaży z gazetami, papierosami, kosmetykami oraz innymi drobiazgami, które zazwyczaj sprzedaje się w takim miejscu. Był to duży, oszklony z trzech stron kiosk, dobrze ogrzany i otwarty tylko w godzinach urzędowania pracowników instytucji. Przypominał to, co dzisiaj określa się mianem saloników prasowych. Po drugiej stronie holu funkcjonowała szatnia, gdzie zawsze można było zostawić wierzchnie okrycie. Jednym słowem – warunki dość komfortowe, praca jak w biurze. Obaj panowie postanowili wspólnie poprowadzić ten interes.

Dziadkowi od razu nastrój poprawił się. Znowu chodził codziennie do swojej dawnej firmy. Było to, co prawda tylko na kilka godzin, na zmianę z kolegą ale spotykał byłych współpracowników – oczywiście, tych młodszych, z którymi teraz wdawał się w towarzyskie pogawędki a czasem nawet




udzielał jakichś porad w ich sprawach zawodowych, tym samym podtrzymując swój autorytet.

Idylla trwała niezbyt długo - może ze dwa lata. Niestety, wdał się w to jakiś diabeł. Właściwie wiadomo nawet jaki...

Diabeł, jak to diabeł użył typowych dla siebie sposobów - przede wszystkim posłużył się kobietą. Kobieta była wprawdzie nie pierwszej młodości ale potrafiła zakręcić się koło interesującej ją

sprawy i postawić na swoim. Diabeł musiał jej w tym wydatnie dopomóc. W te mętne układy lepiej mimo wszystko nie wnikać. Tym bardziej, że dalszy rozwój wypadków nie napawał optymizmem.

Tak czy owak, nie było wyjścia - dziadek z kolegą i z kioskiem w gmachu biurowym musiał się rozstać. Wyjaśnienie sytuacji wyglądało bardzo prosto – jego wspólnik ożenił się, dlatego też zamierza teraz pracować razem z żoną.

Znając przykre położenie emeryta, który nie ma za wiele pieniędzy i przez całe dnie nie wie co ze sobą zrobić, zdecydował się nie rezygnować z pracy.

Zatrudnienie znalazł w innym kiosku – takim zwyczajnym, na peryferiach miasta przy przystanku autobusowym.

Tam już nie było żadnych luksusów. Praca trwała od wczesnego ranka do późnego wieczoru.

Oprócz tego warunki były dość prymitywne – ciasno, elektryczny piecyk do ogrzewania, brak toalety, ciężkie, drewniane okiennice, które rano zdejmowało się a wieczorem zakładało na okna. I jeszcze odwożenie przed osiemnastą utargu do banku... Jemu jednak wszystko wydawało się lepsze niż siedzenie w domu, nie mówiąc już o tym, że potrzebował dodatkowych pieniędzy.

W tej sytuacji konieczna była pomoc. Babcia, która przez całe życie nie pracowała i zajmowała się wyłącznie domem, teraz musiała pójść do pracy. Popołudniami zastępowała go w kiosku przez kilka godzin. W tym czasie przyjeżdżał autobusem do domu, zjadał przygotowany wcześniej obiad, trochę podrzemał, później liczył pieniądze, szedł zrobić przelew bankowy a następnie na przystanek i autobusem jechał do kiosku. Wolną miał tylko jedną niedzielę w miesiącu.

Nowe miejsce pracy dało nowe znajomości. Byli to różni ludzie z okolicznych domków, jak również z pobliskiej wsi. W tej okolicy zakupy robiło się tylko w kiosku i w pobliskim małym sklepiku spożywczym. Najczęściej zaglądał do kiosku nadleśniczy, który mieszkał naprzeciwko. Przy dobrej pogodzie miał zwyczaj długo stać pod okienkiem i rozprawiać o różnych rzeczach.

Z niewiadomych przyczyn ekspedientki ze sklepiku spożywczego od razu nastawiły się wobec dziadka negatywnie – jakby stanowił dla nich jakąś konkurencję. W końcu oba punkty sprzedaży były państwowe. Nie wykluczone jednak, że miało to jakiś związek z dochodami, które mogły być uzależnione od obrotów. W każdym razie, oprócz papierosów, w kiosku sprzedawało się zupełnie inne rzeczy niż w sklepiku a o tym, gdzie kiosk miał stać decydowały władze miasta - tak więc, nie było o co robić hałasu. Głupie baby postanowiły jednak w jakiś sposób odegrać się. Zrobiły to co mogły zrobić - odmówiły dostępu do toalety w ich sklepiku. Na szczęście mieszkańcy sąsiadującego z kioskiem domku zgodzili się na korzystanie z ich prywatnej ubikacji.

Wyraźnie widać było, że wszystko to jest dla kogoś solą w oku. Do naszych uszu docierać zaczęły zadziwiające pogłoski dotyczące rzekomego kumoterstwa. Jakbym to słyszała: „Z państwowego kiosku robi prywatną firmę. Pracuje z żoną a czasami i córka na parę godzin przychodzi...” Tym czasem prawda była taka, że mało kto starał się o takie zajęcie – było zbyt uciążliwe i jeszcze wymagało opanowania podstaw księgowości.

Powoli jednak sprawy zawodowe dziadka zaczęły stabilizować się. Co prawda, jego praca nie należała do zajęć prestiżowych ale przecież miał już siedemdziesiąt lat i takie rzeczy jak prestiż przestały robić na nim wrażenie. Cieszył się tym, że nie został zepchnięty na margines, ponieważ życie emeryta o bardzo skromnych dochodach nie było niczym ciekawym a o jego umiejętnościach czy zasługach zawodowych i tak nikt nie miał zamiaru zbyt długo pamiętać skoro przestał pracować w dawnym zawodzie.

Co do wiewiórek – to zniknęły. Nie ma ich u nas – ani w parkach, ani w lesie, ani na cmentarzach.



  Spis treści zbioru
Komentarze (1)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
avatar
Bardzo piękna, niezwykle obrazowa i sentymentalna opowieść o minionym czasie. Barwny, bogaty i soczysty język.
Tylko szkoda, ze nieco szwankuje poprawność językowa. Wskażę jedynie błędy w dwóch spośród pięciu wyraźnie wyodrębnionych fragmentów. "Na przeciwko" oraz "na prawdę" piszemy łącznie. Zainteresowała się mną, a nie moją osobą. Na początku dialogów przed wypowiedziami brakuje myślników. W zwrocie "która mieściła" brakuje "się". Nie ma znaku interpunkcyjnego składającego się z dwóch kropek. Brakuje przecinków przed: a pod, a przy, to, tylko, że, jak to, ale, zostawiając, a telewizja, ale, zdecydował, kto jest, co wyróżniało, póki, jak rok, a zimna, ale. Zbędne są przecinki przed: dające, tym, że (W zwrocie "tylko że"), co prawda, zmarły.
© 2010-2016 by Creative Media
×