Przejdź do komentarzy6. lipca 1998 r. Tam
Tekst 1 z 11 ze zbioru: New York City. Dziennik
Autor
Gatunekpublicystyka i reportaż
Formaproza
Data dodania2017-05-23
Poprawność językowa
- brak ocen -
Poziom literacki
- brak ocen -
Wyświetleń979

Kiedy 6. lipca o 13:10 startujemy z Pawłem z Okęcia, Warszawa od świtu jest po horyzont przesłonięta ciężkimi chmurami, z których to mży, to znów leje zimny, uporczywy deszcz. Mamy za sobą nieprzespaną noc w pośpiesznym ze Szczecina, jednak przed nami... Nowy Jork... i około 9 godzin lotu nad oceanem na wysokości średnio 9 tysięcy metrów n.p.m., czyli ponad strefą jakichkolwiek opadów.


Nasz samolot jest wprost wymuskany, obsługa - ta widoczna, bo kto w kokpicie, nie wiemy - (Paweł: - Takie starawe babki?? Ja: - O, matko, ciszej...) damska obsługa zaskakująco... dojrzała; od progu wita nas dyskretna muzyka relaksacyjna oraz powitalny w dwóch językach głos szefowej stewardessy.


Zanim trafiliśmy na ten pokład, przeszliśmy kilka kolejek, w tym odprawa bagażowa, celna, pasażerska; informacja na reprezentacyjnym polskim lotnisku katastrofalnie szczątkowa; tumult okienek, ogonków (ogonów chyba!), pękatych tobołów i waliz, żegnających i żegnanych wprost straszny... Przesuwamy się z moim 15-latkiem na zasadzie głównie inercji. Z Okęcia lecimy pierwszy raz sami - i nic nie umiemy.. Paweł od zerówki chodzi na korepetycje z angielskiego, a ja umiem tylko po rosyjsku, i poza tym w głowie żenujące pustki... Dobrze, że znamy chociaż ten język miejscowy, więc, co i rusz pytając podobnie jak my zagubionych współpodróżnych, cudem trafiamy w końcu, gdzie trzeba... A tak się bałam, że polecimy w rezultacie na Seszele...


Na pokładzie boeinga okazuje się, że naszym po lewej stronie przy bulaju sąsiadem - my siedzimy w środkowych rzędach - jest - życie pisze scenariusze! - naszym sąsiadem jest... rodzony brat naszego jedynego polskiego kosmonauty, Mirosława Hermaszewskiego! miły starszy pan, który od lat mieszka w kontynentalnych Stanach gdzieś nad środkową Missisipi River, jednak interesa swoje prowadzi głównie u nas, w Małopolsce... W trakcie lotu ucinamy sobie pasjonujące pogawędki i w przerwach między nimi *uczymy się* (on - mnie) wypełniania anglojęzycznych formularzy - papierów niezbędnych przy kolejnej odprawie na lotnisku JFK w Nowym Jorku.


Lecimy nad coraz bardziej północną Polską, przez Danię, kanał La Manche, Szkocję, dalej łukiem przez północny Atlantyk, nad wschodnimi wybrzeżami Labradoru, przez Long Island - i w środku upalnego dnia (co za fokus!) lądujemy wśród burzy oklasków na lotnisku Kennedy`ego...


Kiedy po 9 godzinach opuszczamy samolot, jest już... dużo mniej wymuskany, a tak właściwie to o żadnym wymuskaniu mowy już nie ma: na podłodze wyraźne ślady pobytu sfrustrowanych naszych szan. Rodaków: zmięte papierki, niedojadki jakieś, chusteczki odświeżające, zapomniane kubki plastikowe, gazeta `Wyborcza`... Wysiadamy.


Gmatwaniną korytarzy i owczym pędem raczej docieramy do... polskojęzycznej ekipy (w tym jedna Murzynka??), która to ekipa bardzo sprawnie przejmuje nas, jak te pogubione dzieci, pod swoją opiekę; nic nie musimy umieć ni wiedzieć: wędrujemy dalej, gdzie każą, odbieramy swoje walizy na kółkach, i trwa to wprost błyskawicznie - a jest nas z rejsu *Kopernikiem* na oko dobra dwusetka! Jak w jakimś odurzeniu - za nami dwie doby bez snu *na nogach* - obejmujemy już i ściskamy naszą Siostrę, Ciocię i Guru w jednej osobie: Bernadkę... chociaż listownie i w rozmowach telefonicznych uprzedzała mnie po wielekroć, że będzie nas odbierał z portu lotniczego ich 12-latek, Piotruś...


Nie widzieliśmy się dobre 10 lat z okładem, mamy jednak przy sobie zdjęcia *nowego* Piotrka i wszystkich innych *dzisiejszych* Motyli i Antosiaków - i rozpoznajemy się w tym potężnym tłumie witających i witanych natychmiast... chociaż mój Paweł wyrósł ostatnimi czasy na chłopisko o wzroście koszykarza, a my obie z Bernadką ciągle już jesteśmy tylko... *piękne* :)


Kierowca naszej taxi jest... Polakiem, mówiącym nienaganną warszawską literacką polszczyzną. Jedziemy na północny wschód na Long Island do... Babilonu... święta nasza Patronko z Gwadelupy... Rzymski skwar leje z nieba błękitnego, jednak - dziwne - nie jest agresywny, nie dobija nas po tej naszej jedna po drugiej podróży małej i dużej...


Zaskakująco niska zabudowa!  (Paweł: - Taki jest Nowy Jork??) domy - budynki co najwyżej trzykondygnacyjne - w otoczeniu wszechobecnej w tym upale żywej zieleni... Kilka ciągów samochodów, jak my, płynnie jadących z centrum  w kierunku miast satelitarnych na Long Island, i - równolegle - identyczny ciąg wielopasmowy, znoszący ruch z powrotem, w stronę kontynentu.


Wreszcie docieramy do Copiague i dalej, już na Bechview Str., na miejsce, gdzie witają nas stremowane dzieciaki Bernadki: 4-klasistka, śliczna jak ta malowanka, Martha, i wysoki jak na swój wiek, 13-letni jej braciszek, Peter. Odbieram wszystko, jak ogłuszona, nie do końca pojmując, co tak naprawdę się dzieje... za dużo tego, jak na mnie... mam chyba jakieś rojenia...


Dzwonią telefony: to reszta tutejszych Motyli i Antosiaków sprawdza, czy już dolecieliśmy i czy koniecznie cali i zdrowi...


Wchodzimy w końcu - Boże, jaka ulga... - pod prysznice, myjemy się, odświeżamy, przebieramy w rzymskie ciuchy. Wracają z pracy Jurek, mąż i ojciec, męska głowa domu, oraz Jacek - bratanek Bernadki. Jesteśmy w komplecie. Zasiadamy do istnej po staropolsku uczty; na stole milion dań... Potem trochę jeszcze gadamy, ale zmordowanie bierze  w końcu górę, i wszyscy idziemy spać... Śpi się, jak u mamy, bosko...

  Spis treści zbioru
Komentarze (0)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
brak komentarzy
© 2010-2016 by Creative Media
×