Przejdź do komentarzyBez planu cz.7
Tekst 7 z 16 ze zbioru: Powiastka Nr 10
Autor
Gatunekromans
Formaartykuł / esej
Data dodania2019-12-10
Poprawność językowa
- brak ocen -
Poziom literacki
- brak ocen -
Wyświetleń292

W środę od dziewiątej rano Emily Foster krzątała się po kuchni. Powoli przygotowywała składniki przepisu dla Samanty, ktora właśnie dzisiaj miała zaczerpnąć swojej pierwszej nauki pieczenia. W poniedziałek wieczorem napisała sms, że przyjdzie na dziesiątą. Emily po paru minutach stwierdziła, że już wszystko jest gotowe. Spojrzała na zegarek, jego wskazówki pokazywały, że ma jeszcze pół godziny wolnego czasu. Usiadła więc do stołu. Jej myśli powędrowały do niedzielnego festynu... W głowie analizowała spotkanie z Garrettem. Nie miała pojęcia o kuzynce i jej synku, nic jej wcześniej o nich nie wspominał. Bardzo mile zaskoczyła ją jego opiekuńczość wobec tego chłopca. Dlatego kompletnie nie mogła zrozumieć dlaczego podczas rozmowy zaproponował jej aborcję skoro tak uwielbiał dzieci?! W końcu naszła ją myśł, że może Garrett boi się ojcostwa? Ach! - westchnęła.- Sama nie wiedziała co już sądzić o jego postępowaniu. A może zbyt ostro go potraktowała? - naszły ją lekkie wyrzuty sumienia. W tej samej chwli zapragnęła wtulić się w jego silne ramiona, jednak jej duma nie pozwalała uchylić nawet rąbka swoich uczuć jego obecności. Postanowiła nie zawracać sobie już nim głowy.

Zadzwonił dzwonek, w drzwiach ukazała się spodziewana przez nią osoba. Emily zaprosiła ją gestem dłoni do środka.

Witaj Samanto. - uśmiechnęła się. - Gotowa na podbój cukierniczy?

Trochę się stresuję, ale tak, gotowa.

Emily uniosła brew.

Stresujesz? Ależ czym na Boga?

Aj, że mi nie wyjdzie i bedziesz musiała robić wszystko od nowa. - zawstydziła się.

Och. Samanto, daj że już spokój z tym twoim pesymizmem. - roześmiała się. - Przecież produktów u mnie w bród jak w sklepie. Zawsze mam nagromadzony zapas więc nie ma najmniejszego z tym problemu. Dasz radę. To nie jest takie znów trudne.

No dobrze, przekonałaś mnie. - odrzekła pewniej dziewczyna.

Pamiętasz te rurki, które u mnie jadłaś?

Samanta podekscytowała się.

Żartujesz?! Jakim cudem można by o nich zapomnieć? Nie da się! Przepyszne.

Doskonale. To właśnie wykonasz na swojej pierwszej lekcji.

Naprawdę? - ucieszyła się. - Wspaniale.

Ok. Do dzieła.

Kobiety przemyły dłonie, założyły fartuszki i podeszły do stołu zastawionego składnikami.

Na stole znajduja się produkty do zrobienia rurek.


Na ciasto potrzebujemy:

500 g mąki pszennej

kostkę margaryny

250 g kwaśnej śmietany 18%

oraz szczyptę soli


Z tego ciasta upeczemy rurki, - kontynuowała Emilly. - lecz do nich potrzebujemy kremu więc na niego składa się:


kostka margaryny

3 szklanki mleka

2 budynie waniliowe bez cukru

6 łyżek cukru kryształu

2 łyzki mąki

olejek pomarańczowy


Chodź pomożesz mi zrobić ciasto. - zachęcała Emily.

Ja będę zagniatać ciasto?

Jak najbardziej, zobaczysz szybko to załapiesz. Nie bój się, poradzisz sobie. Jestem obok, będę ciebie instruować. Do miski wrzuć wszystkie składniki i delikatnymi ruchami zagnieć ciasto. - po paru minutach ciasto było gotowe. - Dobrze. Następnie zawiń je w folię spożywczą i włożymy je do lodówki na pół godziny.

Po upływie czasu wyjęły ciasto.

Samanto teraz należy je rozwałkować na stolnicy i podzielić na pół. Pierwszą połowę cienko rozwałkuj i pokrój w paski o wymiarach 1,5cm szrokości o długości 20cm. Foremki posmaruj masłem i od węższej strony nawijaj pasek ciasta ku górze, tak aby powstała spirala. Gotowe stożki posmaruj rozkłóconym jajkiem i posyp cukrem. Bez obaw zaraz się do ciebie dołącze. W niczym się nie pogubisz.

Obie zabrały się do roboty, gdy blacha była już wypełniona surowymi rurkami, wstawiły ją do piekarnika nagrzanego do 200 stopni na 15min.

No dobrze. Samanto najbardziej pochłaniającą pracę właśnie wykonałyśmy. Teraz przejdziemy do kremu. Pozwól, że sama go zrobię, gdyż potrzebuje to trochę większej zręczności.

Jasne, będę pilnie się przyglądać.

Doskonale. - W jednej szklance mleka, należy rozmieszać mąkę i dwa budynie. Pozostałe dwie szklanki mleka wlewamy do garnka, wsypujemy cukier i pod wpływem ciepła pozwalamy mu się rozpuścić, zagotuwujemy. Do wrzącego mleka wlewamy zawiesinę i szybkimi ruchami mieszamy łyżką po to, aby nie powstały grudki. Budyń studzimy. Margarynę należy utrzeć mikserem. Wrzucając po łyżce budyniu do misy nadal ucierając powstanie nam krem. Pod koniec ucierania dodam olejek pomarańczowy, który doda śiweżość i ciekawego smaku. Następnym krokiem jest nałożenie kremu do rękawa cukierniczego, po czym szprycujemy puste rurki. I to cała filozofia. Jak ci się podobało?

Emily, to wspaniałe doświadczenie. Nie miałam pojęcia, że pieczenie może być taką frajdą. - odpowiedziała zafascynowana, pełna entuzjazmu dziewczyna.

A, widzisz? Mówiłam, że jak spróbujesz to nauczysz się tego fachu. Widzę w tobie potencjał. Kilka lekcji ze mną i zaczniesz wypiekać smakołyki dla swojej mamy.

Samanta roześmiała się.

A z chęcią, tylko za jakiś czas. Na lekcje zaś przyjdę z wielką przyjemnością.

Doskonale. - Emily zauważyła, że dziewczyna szykuje się do zmywania naczyń. - O nie moja droga. - chwyciła ją za rękę i zaciągnęła do salonu. - Natychmiast zostawisz te gary. Siadaj.

Reakcja koleżanki zaskoczyła mile Samantę. Zastanawiała się co jej chodzi po głowie.

No, ale także tu pracowałam. - próbowała stawić opór. - Moge zmyć, dla mnie to nie kłopot.

Już ty tak się nie wyrywaj mloda damo. Zasłużyłysmy na odpoczynek. W obecnej chwili najbardziej interesuje mnie to, jak potoczyły się sprawy z Robertem na urodzinowym festynie twojego taty?

Samanta w jednej chwili zaruminiała się. Emily spojrzała na nią i wybuchła śmiechem.

A jednak! Spotkałaś się z nim! Natychmiast opowiadaj bo oszaleję z ciekawości.

Samanta usiadła wygodniej na kanapie i próbowała się odprężyć.

Uff.... No tak. To prawda. Udało mi się spotkać Roberta.

Super. Kiedy to się stało?

Cudem udało mi się wyrwać, gdy brat był zajęty krojeniem tortu dla mieszkańców.

Wspaniale to wymyśliłaś. I gdzie się spotkaliście?

Wśród tłumu zawołał mnie gestem dłoni i zaprowadził do stajni. Schowaliśmy się w boksie.

Oooo! Zapowiada się gorąca historia.

Samanta jeszcze bardziej sponsowiała.

Ej no co ty, nie wyobrażaj sobie zbyt wiele. Jestem porządną dziewczyną.

Ależ oczywiście, wybacz.

Samanta przyuważyła, że koleżanka zpoważniała więc kontynuowała dalej.

Emmm. No dobra. Było trochę namiętnie. Całowaliśmy się.

Na twarzy Emily rozbłysła figlarna radość.

Wiedziałam!

No, ale na tym poprzestaliśmy. W pewnym momencie poddałam się, nie dawał mi chwili do namysłu. Byłam pewna, że pójdziemy na całość, ale Robert okazał się dżentelmenem. Obiecał, że porozmawia z Johnem o nas. Muszę ci coś jeszcze wyznać.

Co takiego? - zaciekawiła się Emily.

Robert zapytał mnie czy zostanę jego dziewczyną? Zgodziłam się.

Emily uścisnęła Samantę.

Wspaniale. Nawet nie wiesz jak się cieszę z twojego szczęścia.

Ja też jestem zadowolona. Nareszcie mam chłopaka. - uśmiechnela się.

Niespodziewanie ktoś zadzwonił do drzwi. Emily otworzyła je, ale nikogo nie zauważyła. Wyjrzała na zewnątrz. Na drewnianej poręczy tarasu ujrzała zawieszonego zdechłego kota. Wystraszona, odruchowo przytknęła dłoń do ust jednocześnie cofając się w głąb domu. Samanta zaniepokojona dłuższą nieobecnością koleżanki pobiegła do niej.

Czemu tak długo ciebie nie było? Martwiłam się.

Emily nie musiała odpowiadać. W jednej sekundzie przyuważyła kudłaty `prezent`.

O mój Boże! Co to jest? Kto to zrobił? Fuj, to jest okropne. - rzekła przerażona.

Nie mam pojęcia. - po chwili ochłonęła z wrażeń. - Trzeba to uprzątnąć.

Samanta chwyciła ją za rękę.

Nie, stój. Ja zadzwonię do taty. Niczego nie ruszaj.

Ujęła w dłoń telefon i wykręciła numer. Starszy mężczyzna ucieszył się z telefonu.

Córcia! Fajnie, że dzwonisz. Akurat mam przerwę. Może zechciałabyś zjeść ze mną obiad?

Tato. Dzwonię w ważniejszej sprawie. - rzekła ponuro.

Mathew poznał po głosie, że stało się coś złego.

Córcia, wszystko w porządku? Masz roztrzęsiony głos.

Tato, musisz koniecznie przyjechać do Emily Foster.

A to ta pani, co upiekła mi tort?

Tak. Tylko przyjedź tu, dobrze? Ktoś zadzwonił do drzwi i zostawił zdechłego kota zawieszonego na poręczy.

Dobrze córcia. Postarajcie się uspokoić. Za niedługo przyjadę do was z Johnem.

Samanta rozłączyła się. Zaparzyła herbatę ziołową na uspokojenie. Tak jak tata rzekł, tak i szybko przyjechał. Drzwi były otwarte więc wszedł z synem nie pukając.

Dzień dobry. Jestem Mathew Window, a to mój syn John. Mimo zaistniałej sytuacji nie miałem jeszcze okazji podziękować za pyszny tort.

Emily machnęła ręką z lekka uśmiechając się.

Polecam się na przyszłość. Cieszę się, że panu smakował.

Taak... Pani Foster. Przechodząc do sprawy.... Proszę powiedzieć mi kiedy i w jakich okolicznościach znalazła pani tego kota?

Otóż, ten incydent stal się tuż przed telefonem pańskiej córki do pana. Piekłyśmy słodycze w kuchni. Potem rozmawiałyśmy w salonie, gdy nagle zadzownił dzwonek do drzwi wiec poszłam otworzyć. Nikogo tam nie zastałam. Wyjrzałam na zewnątrz, aby się rozejrzeć i zobaczyłam tego kota. Wtedy Samanta zareagowała.

Mathew spisał zeznania. A czy ma pani wrogów? Ktoś pani groził?

Nie. -zaprzeczyła natychmiast. - Absolutnie nic z tych rzeczy. Wydawało mi się, że to spokojna mieścina. Po głębszym namyśle stwierdziłam, że to może jakieś dzieciaki zrobiły mi taki może ich zdaniem niestety nie śmieszny żart?

Możliwe. - odrzekł szeryf. - Bardzo dobrze zrobiłyście powiadamiając mnie o tym. Zwierzęciem proszę się nie martwić. - zwrócił się do Emily. - Zabierzemy kocie zwłoki.

Emily pożegnała się z szeryfem, Johnem i Samantą. Przez więkrzość wieczoru była niespokojna. Cieszyło ją jedynie to, że jej siostra niczego nie świadoma bawiła się z Grece w domu Trampa. Mała chciała tam zostać na noc więc się zgodziła. Przed północa nadal nie spała. Księżyc wręcz rozświetlał pomieszczenie, tak że mogła zobaczyć każdy mebel i swobodnie bez światła poruszać po pokoju.

W jej głowie krążyły myśli dotyczące incydentu z kotem. Zastanawiała się nad tym czy aby na pewno dzieci były by zdolne do takiego makabrycznego czynu? Potrząsnęła głową. Dobra Colombo, detektywem to ty nie jesteś więc zostaw to szefyfowi. - nakazała sobie. Zamknęła oczy i zapadła w głęboki sen.

Nazajutrz postanowiła zamontować kamerę na tarasie. Przynajmniej będzie wiadomo kto ` nawiedza` jej spokój. Monter kamer pracował intensywnie. W tym czasie Emily pakowała rurki z kremem do torby. Mężczyzna zajrzał do kuchni.

Przepraszam panią.

Emily drgnęła na dźwięk jego głosu.

Chciałem zapytać... Czy mógłbym skorzystać z łazienki?

Ach. Tak. Oczywiście. Pokieruje pana. Proszę przejść przez salon, po schodach na piętro. Zaraz po prawej stronie znajdzie pan łazienkę.

Dziękuję pani. Za chwileczkę wrócę.

Odwrócił się i ruszył w swoją stronę. Emily postanowiła zająć sobie ten czas i przygotowała dla montera kawę i kilka rurek, ponieważ zauważyła, że jeszcze ta jego praca potrwa dłuższą chwilę. Po paru minutach mężczyzna ponownie pokazał się w kuchni.

Obecny. - zawołał wesoło.

Doskonale. - odrzekła. - Mam tu dla pana przygotowaną kawę i rurki z kremem. W prawdzie nie zapytałam pana o zdanie, ale mam nadzieję, że lubi pan słodkości.

Mężczyzna machnął ręką z zadowoleniem.

Naturalnie. Może tak nie wyglądam, ale na spokojnie potrafię obalić dwie tabliczki czekolady dziennie. Ubustwiam słodycze. Nawet zdadzę swoją tajemnicę, że jestem fanem pani wypieków.

Rozpromieniona Emily niosła dumnie kawę i rurki na taras. Postawiła je na stoliku.

Doprawdy? Miło mi. Wypieki nawet dobrze się sprzedają. Jestem z tego zadowolona. - uśmiechnęła się i spojrzała na wiszące kable. - A jak panu idzie montowanie kamery?

Mężczyzna chwycił łapczywie rurkę i upił w pośpiechu duży łyk kawy.

Pani pewnie się spieszy? Proszę jeszcze chwilkę zaczekać. Dosłownie dziesięć minut. Potem pokaże na tablecie jak przeglądać nagrania. Widziałem, że pakuje pani słodycze? Wybiera się pani dokądś?

Tak, tak. Przejdę się do cukierni. Jestem umówiona z panią Relaks.

O. To ja mógłbym zaoferować podwózkę w zamian za te smakołyki, które dostałem. Proszę mi nie odmawiać.

Zrobił smutną minę chłopca wybrzuszając dolną wargę, wyglądało to dosyć komicznie, tak jakby miał się włąśnie rozpłakać.

Emily roześmiała się.

No dobrze. Proszę mnie zawołać jak pan skończy. Po kwadransie siedziała już obok kierowcy. Trochę niezręcznie się czuła będąc w aucie z kompletnie obcym facetem, ale uznała że pan Paul Lewis jest poprostu mieszkańcem Jukon. Tylko pewnie jescze nie zdążyła go zapoznać. - stwierdziła. Zbyt krótko jest w tym miasteczku, by znać całą jego populację.

Paul sprawnie i spokojnie prowadził swoją furgonetkę, naszła mu chęć by postraszyć trochę pasażerkę. Mianowicie wybrał nieco dłuższą trasę, przez las. Emily zastanawiało to, dlaczego ten facet wiezie ją taką droga, bo przecież jadąc obok wulkanizacji Wielkiego Maxa było by znacznie krócej. Nie znała do końca tych leśnych dróg, dlatego poczuła lekki niepokój. Paul zauważył, że kobieta zaczyna się kręcić w fotelu. Uśmiechnął się nieznacznie; uzyskał to czego oczekiwał. Udało mu się podnieść adrenalinę.

Przepraszam panią, że wioze ją inna drogą, ale jest tak pięknie, że nie mogłem oprzeć się, by nią nie pojechać. Uwielbiam przyrodę. Zapach świerku, spokojny szum wiatru i kojący śpiew ptaków. - kobieta już ze spokojem patrzyła na niego. - Swego czasu, gdy byłem jeszcze dzieciakiem miałem brata przyrodniego z którym robiłem częste biwaki wraz z jego ojcem, a moim ojczymem. Bardzo dobrze wspominam dzieciństwo. - skłamał. - Powiem pani, że moje uwielbienie czekolady również pochodzi z dziwciństwa, ponieważ niegdyś matka pracowała w firmie, która wytwarzała czekoladę. Dlatego zawsze miałem do niej darmowy dostęp. Naszczęście dbam o formę i moge wcinać tyle słodkości ile zechcę.

To wspaniałe wspomnienia z dzieciństwa. Cieszy mnie to. Niewiele osób może się tym pochwalić.

Ma pani absolutną rację. Miałem to szczęście. A jak pani spędziła dzieciństwo?

Emily nie w smak było opowiadać o swojej przeszłości obcemu i ucieszyła się, że już dojeżdżają do cukierni. Dzięki temu mogła uniknąć odpowiedzi.

O! Już dojeżdżamy!

Gdy auto zatrzymało się, wyskoczyła z niego jak poparzona. Trzasnęła drzwiami.

Dziękuje panu za ten gest.

Odwróciła się. Już zamieżała odejść, ale zatrzymał ją głos Paula.

Hallo! Pani Foster!

Emily ujrzała jego uśmiechnięta twarz przez otwarte okno furgonetki.

Zapomniała pani tych pysznych rurek. - rzekł podająć je przez okno.

Ach! Faktycznie. Gdzie moja głowa. - wyrwała mu je z dłoni. - Dziękuję za wszelaką pomoc. - dodała drżącym głosem.

Ależ polecam się na przyszłość. - puścił jej oczko zawadiacko uśmiechając się.

Serce Emily drgnęło, ale nie z radości tylko z przestrachu. W myślach rzekła:

Nigdy więcej!

Uśmiechnęła się sztucznie do kierowcy i weszła do cukierni. Dorothy Relaks uradowała się na jej widok.

Dzień dobry Emily!

Witam panią. Przyniosłam rurki z kremem budyniowym z dodatkiem olejku poamrańczowego. Mają obłędny smak. Zwłaszcza, że jest włożone w nie podwójne serce.

Dorothy uniosła brew.

Podwójce serce? Co ty mówisz? Ahaaaa... Annabel ci pomagała? Mam rację?

Emily roześmiała się.

No tym razem nie trafiła pani.

Zaciekawiona cukierniczka podesza do niej zza lady.

O to faktycznie. A kto jeszcze wypiekał z tobą te pyszności? Może jakiś adorator? Widziałam, że ktoś ciebie podwiózł.

Uczę piec córkę szeryfa, Samantę. A ten pan to Paul Lewis, montował u mnie kamerę na tarasie.

Kamerę? A po cóż ci to?

Nie słyszałaś? - kobieta zaprzeczyła kręcąc głową. - Wczoraj, gdy wypiekałyśmy rurki ktoś zadzownił do drzwi. Wyjrzałam i nikogo nie zastałam żywego... - zrobiła pauzę.

`Żywego`? Powtórzyła Dorothy. - Jak to? Nie rozumiem.

Ufff. Tylko nie wystrasz się. Na poręczy tarasu był uwieszony zdechły kot.

Przejęta wiadomością Dorothy instynktownie położyła sobie dłoń na klatce piersiowej i usiadła z wrażenia przy stoliku obok.

Co ty mi opowiadasz? Kto to mógł zrobić? Zapewne bardzo się przestraszyłaś. Współczuję tobie.

Emily przysiadła się do stoliczka.

Proszę się uspokoić. Już jest po całym zajściu, nie ma się czym martwić. Samanta zadzwoniła do ojca, który spisał zeznanie i zabrał kocie zwłoki. Wdzięczna jestem losowi, że siostra nocowała u Grece. A właśnie muszę wrócić do domu i zadzwonić do Grece, aby odwiozła mi małą. Niech tak tam nie przesiaduje.

Dokładnie. Dobrze, że tego nie widziała, mogłaby przeżyć kolejną traume, a tego byś na pewno nie chciała. Jeszcze zniechęciłaby się do zwiarząt.

Właśnie. Pani Relaks, proszę wybaczyć, ale muszę już iść.

Nie odchodź jeszcze. Sprzedałam całą blache twojego ciasta `Cycki Murzynki`. Powiem ci, że jestem w szoku. Ciasto jest tak pyszne, że sprzedałam je w ciągu jednego dnia. Kochana zarobiłaś stówkę jak nic.

Naprawdę? Aż tyle? Wspaniale. A rurki po ile wycenisz?

Myślę, że za sztuke bedzie 1,50 dolarów kanadyjskich. Powiedz, a ile wzięłaś za tort szeryfa?

Za ten tort wzięłam 300 dolarów, to znaczy 250 d., ale szeryf mi dopłacił.

To super. Wybijasz się w cukiernictwie. Próbowałam ten tort, był wyśmienity. Wart takich pieniędzy.

Masz troche racji. Sama jestem z siebie dumna. Powoli spełniam swoje marzenie. A propos. Dorothy czy pytał ktoś może o lekcje pieczenia? Bo tak sobie pomyslałam, że za niewielka kwotę mogłabym uczyć chętnych wypieków i wtedy miałabym więcej słodkości do sprzedaży. Również myślę o tobie. Gdyby sprzedaż się zwiękrzyła, to i tobie odpaliłabym trochę. Co ty na to?

Hmm... Pomysł jest dobry. A gdzie byś ich uczyła? Wynajmiesz lokal?

Nie. Mam sporą kuchnię. Zakupiłabym stosowny piec. Tak pięć osób grupa. Każda grupa na inny dzień. Sądzę, że by wypaliło.

Muszę przyznać, kreatywna jesteś Emily. - rzekła z zadowoleniem Doroty. - Podobają mi sie twoje pomysły. Popytam wsród klientów, może ktoś się zgłosi. Dobrze by było, gdybyś zrobiła plakat – ogłoszenie na ten temat.

Uhmm. Tak zrobię. Wydrukuję także małe ogłoszenia i rozdasz tu klientom, tak będzie szybciej. A duże rozwieszę na tablicy ogłoszeń. Są tu jakieś, prawda?

Tak. Jedna przy kościele Św. Alberta, a druga przy nowo otwartym gabinecie ginekologicznym.

Tak? Jest tu taki gabinet?

Tak od paru miesięcy. Tak mniej więcej od tego czasu co ty przyjechałaś. Ludzie Bardzo chwalą tę klinikę.

Dobrze, to tam także powieszę ogłoszenie. Dorothy wybacz, ale muszę uciekać. Miło się gawędzi, ale zoriętuję się co z małą.

W porządku. Już ciebie nie zatrzymuję. Jak tylko zgłosi się ktoś chętny na twoje lekcję od razu zawiadomię ciebie.

Super. Do zobaczenia. - pożegnała się.

Po powrocie do domu natychmiast chwyciła za tablet. Parę razy kliknęła w niego i jej oczom ukazał się taras. Pusty taras. Na szczęście. Kamera zarejestrowała tylko obraz, gdy wyszła i weszła do domu. Uspokojona zrobiła sobie kawę mając na uwadzę, by wykonać telefon do Grece. Jednak nie zdążyła tego zrobić, ponieważ zadzwonił dzwonek oznajmiający, że ktoś zawitał w jej skromne progi. W drzwiach zastała roześmianą siostrę i ... Garretta.

Annabel?! - krzyknęła i uściskała małą. - Witaj w domu. Dobrze się bawiłaś? Wejdźcie proszę do środka.

Garrett zrobił niepewny krok, lecz nie czekał na ponowne zaproszenie.

Było super! - krzyknęła entuzjastycznie Annabel. - Bawiłam się z Grece. Pomagałam w gotowaniu obiadu, a pan Garrett woził mnie na barana i udawł konika, a ja siedziałam mu na plecach. I robił `ihahahahaa`. Jak prawdziwy konik.

Rozbawiona Emily spojrzała na mężczyznę, który lekko zawstydzony zarumienił się. Pierwszy raz zobaczyła, że dorosły facet tak się wstydzi. Rozumiała go nie co. Przecież `facetowi` nie można się tak zachowywać, to pewnie ujmuje jego męskości, ale że dzieci wszystko klepią co im ślina na język przyniesie, to i się wydało. Zaśmiała się pod nosem. Szybko zpoważniała, nie chciała by Garrett się źle z tym poczół więc zleciła siostrze:

Annabel jeśli masz ochotę, to w kuchni na stole są rurki z kremem. Poczęstuj także pana Garretta.

Rurki! Rurki! - wykrzyknęła dziewczynka zostawiając ich samych w salonie.

  Spis treści zbioru
Komentarze (0)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
brak komentarzy
© 2010-2016 by Creative Media
×