Przejdź do komentarzyGniada
Tekst 2 z 11 ze zbioru: Przyjaciele z dzieciństwa
Autor
Gatunekobyczajowe
Formaproza
Data dodania2011-02-15
Poprawność językowa
Poziom literacki
Wyświetleń2688

Gniada


Pamiętam ją z czasów, kiedy była jeszcze małym źrebiątkiem. Już 

wówczas fachowcy mówili, że będzie piękną i dorodną klaczą. I nie mylili 

się, piękniała oraz rosła o wiele szybciej niż ja. Bo kiedy ja byłem jeszcze 

przedszkolakiem, to Gniada – tak ją nazwaliśmy – wyrosła na okazałą i 

dojrzałą klacz, potrafiącą ciągnąć wóz z największym ładunkiem i pług po 

najbardziej zaperzonym polu. Lubiłem ją bardzo, zresztą nie tylko ja. 

Wszyscy podziwiali jej niezwykłą siłę, posłuszeństwo, urodę oraz 

niebywały spokój. Byłem nawet zazdrosny, gdy obcy poklepywali ją i 

podziwiali niemal doskonałą budowę i piękną maść. Bo Gniada miała 

rzeczywiście posągowe kształty, lśniącą, czerwonobrązową sierść i czarną, 

bujną grzywę oraz taki sam ogon. 

Kilka razy w tygodniu, za zgodą dorosłych, czyściłem zgrzebłem jej 

błyszczącą sierść, czesałem grzywę i splatałem w dziesiątki warkoczyków 

oraz wiązałem fantazyjny węzeł na ogonie. Obowiązkowo w warkoczyk 

opadający jej między oczy wplatałem czerwoną kokardkę, by przypadkiem 

ktoś jej nie zauroczył. Gniada odwdzięczała się za to dobrotliwym 

spojrzeniem, ciepłym pomrukiwaniem, a niekiedy nawet lizaniem po 

twarzy, rękach i plecach. Lubiłem zapach jej ciała, szczególnie woń jej 

bułkowatych odchodów, a nawet tak popularnych przegazówek. 

Rozpoznawałem też jej bułeczki leżące na drodze, bo tak kształtne odchody 

mogły pochodzić jedynie od naszej Gniadej. 

Zdarzało się czasami, że po nocy Gniada miała rozczochraną i 

potarganą grzywę. Zbierało się wówczas lokalne konsylium, któremu 

zawsze przewodniczył wuj Kamieniecki mieszkający tuż za miedzą, który 

zawsze wszystko wiedział najlepiej. A najbardziej to znał się on na 

strachach i wiedział o nich prawie wszystko, nawet co, gdzie i jak straszy w 

najbliższej okolicy. Często opowiadał o nich podczas zimowych, 

wieczornych spotkań, co u dzieci, ale również i niektórych dorosłych, 

wywoływało zaciekawienie i niepokój. Nie wiem gdzie wuj się tego 

wszystkiego nauczył, ale na pewno nie bez znaczenia był kilkumiesięczny 

pobyt w pułtuskim więzieniu za kradzież z pobliskiego lasu suchych gałęzi 

na opał. Kiedyś owo konsylium orzekło, że Gniadą męczą zmory. I z 

pewnością muszą to być zmory płci męskiej, choć zdarza się czasami, że 

zmora może być tej samej płci co jej ofiara. Ale wuj Kamieniecki znał też 

sposób na zidentyfikowanie zmory. W sobotę o zachodzie słońca należało 

uciąć strzęp poplątanej grzywy, wcisnąć w szczelinę między belki chałupy, 

zabić drewnianym klinem oraz wypowiedzieć formułkę: Zmoro, 

zapraszam cię jutro na śniadanie. Zmora podczas niedzielnego śniadania 

pojawi się pod byle pretekstem. 

Któregoś dnia po raz kolejny dostrzegłem poplątaną grzywę Gniadej. 

Poczekałem wówczas do sobotniego zachodu słońca i w tajemnicy przed 

domownikami zrobiłem wszystko według wujowej instrukcji. I 

rzeczywiście podczas niedzielnego śniadania pojawiła się w naszym domu 

ciocia Julka, żona wuja Kamienieckiego. Nikt inny w tym czasie nie 

przybył. I niby wszystko było jasne, tylko że ciocia Julka bywała w naszym 

domu po kilka lub kilkanaście razy dziennie. A to po sól, cukier, chleb, 

mleko lub też przekazać najnowsze plotki przyniesione z kościoła lub 

sklepu. Miałem więc niebywały dylemat, bo choć ciotka dość często 

wieczorami myła mi zabrudzone do granic możliwości nogi, to od tego 

momentu nabrałem do niej sporego dystansu. 

Gniada zawsze poruszała się dostojnie, powoli i z niezwykłą gracją. Na 

ogół stępem, czasami kłusem, szczególnie podczas powrotów z jarmarku w 

Wyszkowie, ale chyba nigdy galopem, a tym bardziej cwałem. Często 

służyła też do jazdy wierzchem, bo rowery w najbliższej okolicy mieli 

tylko listonosze Wróbel oraz Szczerba, młynarz Kmoch i jeszcze ktoś, kto 

niedawno wrócił z Ameryki. Do krótkich podjazdów służyły więc konie. 

Czułem się niesamowicie dumny, kiedy jechałem przez wieś wierzchem, na 

oklep, bez żadnej uprzęży na urokliwej Gniadej, a ona stąpała najbardziej 

fantazyjnie jak potrafiła. Była jednocześnie ambitna i nikomu nie 

pozwalała się wyprzedzać. Zdarzyło się kiedyś, że gdy wracaliśmy ze wsi 

do domu piaszczystym gościńcem, wysadzonym po obu stronach garbatymi 

wierzbami, nad drogą przelatywał dwupłatowy samolot, nazywany przez 

nas parkotem. I kiedy cień samolotu zbliżył się do Gniadej i zaczął ją 

wyprzedzać, ta ruszyła kłusem, potem przeszła w galop i być może nie 

pozwoliłaby się wyprzedzić, gdyby nie moje przeraźliwe krzyki, kurczowe 

trzymanie się grzywy oraz wyraźne osuwanie się z jej grzbietu. 

Gniada co roku po wykopkach odbywała kilka wypraw do stolicy, 

ciągnąc za sobą wóz załadowany worami ziemniaków. Pociła się wtedy i 

ciężko sapała, szczególnie podczas podjazdów pod wzniesienia drogi, ale 

nigdy nie zawiodła. Powroty do domu z pustym wozem były już 

drobnostką. Wtedy pozwalała sobie nawet na lekkiego kłusa. Tych 

żywicielskich podróży odbyła wiele. Podczas jednej z nich towarzyszyłem 

Gniadej i starszemu bratu. Któregoś jednak razu zasłabła w połowie drogi 

do celu. Rzekomo ochwaciła się. Nie pomogli nawet weterynarze 

sprowadzeni z Radzymina. Bardzo żałowałem, że nie mogłem towarzyszyć 

jej w ostatniej drodze.

  Spis treści zbioru
Komentarze (3)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
avatar
Nie mogłeś towarzyszyć jej w ostatniej drodze... W zamian wystawiłeś jej pomnik - opowieść o Gniadej.
To intrygujące, że zwierzęta zajmują w naszych sercach tak dużo miejsca i na tak długo:)
avatar
Kocham zwierzęta. Jestem zauroczona tymi opowieściami.:)
avatar
czytam te opowieści z prawdziwą przyjemnością
© 2010-2016 by Creative Media
×