Przejdź do komentarzySzalone wakacje (VIII cz.)
Tekst 8 z 20 ze zbioru: Powieść przygodowa
Autor
Gatunekprzygodowe
Formaproza
Data dodania2019-03-02
Poprawność językowa
- brak ocen -
Poziom literacki
- brak ocen -
Wyświetleń490

Szalone wakacje (VIII cz.)



Zrobiło się późno. Zapadał zmierzch. Milicja z trójką chuliganów na pokładzie odjechała już. Na podwórku Pawlaków jednak długo jeszcze było gwarno i wesoło.

Kiedy radiowóz milicyjny odjechał w swoją stronę, wszyscy wrócili z powrotem do stołu i długo jeszcze rozmawiali i dowcipkowali. Okazało się, że stara Pawlakowa potrafiła doskonale opowiadać dowcipy. I wiele też śmiesznych dowcipów opowiedziała. Najwięcej ze swojej młodości. Michalina dokładała swoje dowcipy. Znała ich też całą masę. Tak że wesoło było przy stole bardzo. Co chwilę biesiadnicy buchali gromkim i niepohamowanym śmiechem. Aż podwórkowy pies Pawlaków, nieprzywykły do takiego rodzaju dźwięków, wyskakiwał z budy i ujadał jak na trwogę.

W końcu nastała noc. A była piękna, ciepła, pachnąca, jasna. Gwiaździste niebo ze wschodzącym na horyzoncie księżycem ogarniało powracających do domu nie tylko jasnością. Ogarniało ich czymś więcej. Jakąś cudowną magią. Jakąś niesamowitą energią, lekkością, zwiewnością. Jakimś przejmującym na wskroś miłym ciepłem.

Jechali powoli. W milczeniu. Wczuwali się w otaczającą ich przyrodę spowitą nocą. Wczuwali się w siebie, w swoje jakże przyjemne uczucia.

Powinni czuć się zmęczeni, śpiący, ale nie, czuli się wspaniale. Wiele przeżyli tego dnia. Wiele smutku, wstydu, a nawet trwogi. Wiele wysiłku, a nawet mordęgi. Lecz wszystko to, opłaciło się. Byli bardzo zadowoleni. Dzień kończył się dla nich niezwykle przyjemnym akcentem. A to co było dla nich najwspanialsze, to to, że sami sobie zapracowali na te miłe uczucia. Byli tego świadomi. Każdy z nich obiecał sobie w duchu, że słowa danego starym Pawlakom na pożegnanie nigdy nie złamie. Zawsze będzie ich odwiedzał i w razie potrzeby będzie im pomagał.


Babcia Michalina zamilkła. Wstała od stołu i podeszła do okna. Mira i Zuza wpatrywały się w nią z rozdziawionymi buziami.

— Boże, jak ten czas szybko zleciał — z rozrzewnieniem wyszeptała babcia po chwili i odwróciła się od okna. — Zbyt szybko…

— Ależ pani potrafi wspaniale opowiadać — zachwycała się Zuza. — Moja babcia nigdy mi nic nie opowiadała.

— No to wiesz, Zuzka, my zawsze możemy razem przychodzić do mojej babci to ona już to nadrobi… i za twoją babcię. — Mira szybko zareagowała, by przyjaciółka nie popadła, co nie daj Bóg, w jakąś melancholię. — Prawda babciu? Będziesz nam częściej opowiadała?

— Będę. Jak tylko będziecie miały ochotę słuchać. Ale musicie mnie też częściej odwiedzać.

— Widzisz, Zuziu? Czuj się u mojej babci jak u swojej… to znaczy… jeszcze lepiej jak u swojej… — Mira zająknęła się, bo przypomniała sobie jaki stosunek jej przyjaciółka ma do swojej babci.

Zuza nic nie odpowiedziała. Ale Mira, wpatrując się w nią i z nadzieją doszukując się w niej jakiejś pozytywnej reakcji, z radością zauważyła, że jej oczy same się zaśmiały. I to jej wystarczyło. Znała Zuzkę i wiedziała, że taki wyraz jej twarzy oznacza aprobatę. Poklepała przyjaciółkę po ramieniu i uradowana popatrzyła znów na babcię.

— Ależ ta Michaśka miała wspaniałe wakacje. Takie inne, a takie wspaniałe. I właśnie przez tę swoją inność, jeszcze wspanialsze i jeszcze ciekawsze. Takie sobie niby całkiem zwyczajne wakacje na wsi, a przez tę swoją zwyczajność, jeszcze bardziej bajeczne. — Mira zachwycała się prawdziwie. — Szkoda, że ja nie mam żadnych kuzynów na wsi.

— Jak to nie masz? Masz. Tylko ich nie znasz. Wprawdzie są to kuzynowie z trzeciego już pokolenia. Ale są… Ojej, telefon! Muszę odebrać — zawołała babcia i wybiegła z kuchni do przedpokoju. — … A witam cię córciu! A cóż ty mi tyle znowu nadawałaś? Dziewczynki ledwie przyniosły… Co mówisz…? Nie, no cieszę się, oczywiście, że się cieszę, ale martwi mnie to, że znów wydałaś na mnie pieniądze… Tak, wiem… sama ciebie uczyłam, że pieniądze nie są w życiu najważniejsze… Oj, córciu, córciu, dziękuję za twoje dobre serce… Co mówisz o Mirze?... A nie, Mira ciągle jest u mnie, i Zuzia też… Obiad? A nie mówiły mi nic o obiedzie. Ale nie martw się, dałam im jeść… Że co…? Aaa, mama jej szuka?... No dobrze, zaraz Zuzi przekażę… Jak to co tak długo tu robią? Rozmawiamy... O czym? O wakacjach… Poczekaj, poczekaj… a cóż ciebie ten temat wakacji tak zainteresował?... Aha, no dobrze, milknę i zamieniam się w słuch.

Babcia Michalina ze słuchawką w ręku zaglądnęła z przedpokoju do kuchni i gdy zobaczyła, że dziewczynki siedzą sobie spokojnie i rozmawiają, ucieszyła się. Wsłuchując się w konspiracyjny głos córki wydobywający się ze słuchawki, poszła do pokoju stołowego. Dobrze że miała telefon bezprzewodowy, bo głos córki, choć konspiracyjny, był donośny.

Mama Miry, dowiadując się iż w mieszkaniu na ulicy Moniuszki odbywa się rozmowa na temat wakacji, od razu chciała ten moment wykorzystać. Prosiła swoją matkę, aby jakimś sposobem przemówiła Mirze i Zuzi do rozsądku i namówiła je do wyrażenia zgody na urlop w Tunezji. — „Bo Tunezja to piękny kraj” — mówiła — „I spędzenie dwóch tygodni na łonie tunezyjskiej ziemi powinno być dla nich nie byle jaką atrakcją. A te, nie wiedzieć czemu, kręcą nosami i nie chcą jechać… Mamusiu kochana, zrób coś! Masz na to tydzień, no, może dziesięć dni, ale nie dłużej, bo właśnie za dziesięć dni, Jurek będzie miał ostatni już dzwonek, by w biurze podróży opłacić te wczasy. Pamiętaj, w tobie nadzieja”.

Babcia Michalina wysłuchała tyrady córki, i chcąc nie chcąc, obiecała coś zaradzić. Odłożyła słuchawkę i weszła z powrotem do kuchni.

— Babciu, jesteś wreszcie! — zawołała Mira. — Domyślam się, że to mama nadwerężała twoje ucho tak długo. Co ona chciała?

— Masz rację, to była moja kochana Haniutka — zaśmiała się babcia Michalina. — Okazuje się, że wasi rodzice chcieli już za wami listy gończe słać. Nie mogli uwierzyć, że tak długo siedzicie u mnie. A to przecież wcale nie długo… Nie wiem o co im chodzi… Aha, Hania prosiła żebym ci Zuziu przekazała, że twoja mama potrzebuje ciebie i że zaraz musisz wrócić do domu.

— Och, na pewno zapomniała coś kupić na tych swoich wielkich zakupach z ojcem. Będę musiała teraz gnać do sklepu i uzupełnić jej listę zakupów — wyjęczała Zuza. — A tak tu miło u pani, że się nawet wychodzić nie chce. I miała pani jeszcze opowiedzieć Mirze o tych dwóch kuzynach z trzeciego pokolenia…

— Nic straconego! — zaśmiała się serdecznie babcia Michalina, wkładając do siatek plastikowe talerze z pozostałymi naleśnikami dla dziewczynek do domu. — Możemy się umówić na inny dzień. To wam znów trochę poopowiadam.

— I o kuzynach Miry też? — Zuzę najwyraźniej zainteresował ten temat.

— Też. I o czym tylko będziecie chciały.

— To może jutro? Co Mira, jak myślisz? — Zuza popatrzyła rozpromieniona na przyjaciółkę, ale nie czekając na jej odpowiedź, wzrok przeniosła znów na babcię Michalinę. — Jutro jest niedziela, i jakby to pani nie przeszkadzało, to może jutro. Bo w poniedziałek to my z Mirą mamy dużo zajęć po lekcjach.

— Może być jutro — zgodziła się babcia Michalina. — Z tym, że rano muszę jechać do stadniny do mojego Gladiatora… Zaraz, mam pomysł. A może miałybyście ochotę jechać tam ze mną?

— Ojojojojoj, to już od razu jutro muszę stawiać czoła memu osobistemu wyzwaniu?! — Zuza zlękła się.

— Nie, Zuziu. Nie musisz się martwić. Nikt ci nie będzie kazał zbliżać się do konia jak sama nie będziesz miała ochoty — uspokajała babcia Michalina. — Myślałam, że ja się zajmę trochę Gladiatorem, a wy będziecie za ten czas mogły sobie pochodzić po stadninie, albo po lesie, bo przecież obok rośnie piękny las… Albo… może pojeździłybyście sobie na wrotkach? Ty Miruniu masz wrotki, to wiem, bo dostałaś ode mnie na ostatnią gwiazdkę, a ty Zuziu, też masz?

— Ma, babciu. Tylko nie chce jej się jeździć, chociaż umie doskonale. Od kiedy dostała w prezencie na urodziny… ten… no… — Mira się zająknęła, bo przyszło jej na myśl, że jak wypowie to znienawidzone ostatnio przez siebie słowo: „komputer”, to całe jej odczynianie nałogu Zuzy straci moc i nadzieja pryśnie jak bańka mydlana. Podumała chwileczkę, cichutko chrząknęła, i dokończyła: — … ten ostatni prezent urodzinowy, to zapomniała o poprzednich prezentach urodzinowych.

— Nic z tego nie rozumiem, ale to, że ma Zuzia wrotki, zrozumiałam. — Babcia Michalina zachichotała jak mała dziewczynka. — A więc w czym problem? To pojeździcie sobie. A potem ja do was doszlusuję. Na wrotkach naturalnie…

— Babciu, coś ty? Ty na wrotkach? — Mira dostała aż wytrzeszczu oczu ze zdziwienia.

— Mirusiu, bo zaraz ugryzę cię w ucho! — Babcia Michalina udała obrażoną. — A co ty sobie myślisz, że ja to już jestem taki stary i niemrawy zgred? Żebyś wiedziała, ja bardzo często jeżdżę po stadninie na wrotkach… Przyswajasz? Cha, cha, cha…! Ale macie miny, jakbyście kijankę połknęły.

— Nie mogę w to uwierzyć! — Mira zawyła przeciągle, wytrzeszczając oczy jeszcze bardziej. — Zuza, ty widzisz jaką szaloną babcię ja mam? Niesamowite!... Babciu, nie znałam ciebie jeszcze z tej strony.

— To może czas najwyższy, abyś poznała — chichrała się w najlepsze babcia Michalina. — Wiesz, bo mój czas, czas szalonej babci, jest ograniczony. Kiedyś przyjdzie mi spoważnieć i usiąść dostojnie w fotelu z robótką ręczną w rękach i ciepłym pledem na kolanach. Tak że jak macie ochotę poszaleć jutro ze mną na wrotkach, to bardzo proszę. A potem możemy robić wszystko inne, co tylko będziecie chciały. Rodzicom powiemy, że znikamy na cały dzień i że mają „chatę wolną”. Na pewno nie będą mieli nic przeciwko temu. No co? Dobry pomysł?

— Chryste, babciu, ty jesteś więcej niż szalona! — wrzasnęła uszczęśliwiona Mira, bo podbudowana dodatkowo radosną miną Zuzy. — I przez to, jeszcze bardziej kochana! Dużo, dużo bardziej!

Następnego dnia, skoro świt, obydwie dziewczynki wyskoczyły ochoczo z łóżek i każda we własnym mieszkaniu przygotowywała się do wyjazdu z babcią Michaliną.

Poprzedniego wieczoru, po powrocie od babci Michaliny miały jeszcze tyle zajęć, że nie miały już siły spakować co trzeba. Najpierw naturalnie dodatkowe zakupy dla mamy Zuzy, na których były razem. Potem pomoc przy wspólnej, jak zwykle w sobotę, dwurodzinnej kolacji. A potem, jak zawsze w takiej wspólnocie, długie rozmowy z rodzicami. Tak że nie wiele miały czasu dla siebie. Po kolacji wpadły tylko na chwilę do pokoju Miry (bo tym razem wspólna, sobotnia kolacja przypadła — w kolejności — na dom rodziny Czarneckich), omówiły tylko co powinny ze sobą wziąć na wyjazd, i trzeba było już iść spać. Ale zanim udały się do łóżek, obydwie na krótko zajęły się jeszcze omawianiem swojego ogromnego zdziwienia, jakiego doznały przy kolacji. Bo przecież kolacja była taka długa, a przy niej, z ust rodziców ani razu nie padły słowa: „urlop w Tunezji”. Było to dla nich zaskakujące, a nawet bardzo, bardzo dziwne i podejrzane.

Rodzice obydwu dziewczynek byli bardzo zszokowani niezwykle wczesnym krążeniem dziewczynek po domu i to akurat w tak leniwym dniu, jakim jest niedziela. I chociaż dziewczynki starały się poruszać po domu cicho, to chyba jednak nie do końca im to wychodziło, skoro rodzice w wielkiej konsternacji również powyłazili z łóżek. Zarówno na parterze w mieszkaniu Zuzy, jak i na drugim piętrze w mieszkaniu Miry. I w obu ruch się nagle zrobił jak na Marszałkowskiej.

Dziewczynki w pośpiechu zbierały swoje rzeczy potrzebne na wyjazd. Niejednokrotnie musiały za niektórymi rzeczami szukać, bo okazywało się, że te rzeczy, które akurat według ich mniemania będą im potrzebne, dostały nóg i wywędrowały dokądś z miejsc im przynależnych.

Mira szukała za lotkami do badmintona, bo pomyślała, że im więcej sportu Zuźce zaaplikuje, tym lepiej. A tu lotki jakby wcięło i nigdzie nie mogła ich znaleźć. Biegała więc po mieszkaniu i przekopywała każdy zakamarek. Rodzice biegali za nią i też szukali. Czasami biegali w różnych kierunkach, po wszystkich pokojach i spotykali się z bezradnymi minami w przedpokoju. Bieganinie nie było końca.

Natomiast u Zuźki w mieszkaniu szukano za jej drugim tenisówkiem, bo gdzieś się schował. I za krótkimi spodenkami, tymi czerwonymi, bo akurat te Zuza zamierzała zabrać ze sobą. Żadne inne. Chociaż ich miała kilka równie dobrych. Szukano również za ochraniaczami do jazdy na wrotkach. Dobrze że Zuzy mieszkanie znajduje się na parterze, bo w nim to już był tumult niesamowity.

Po jakimś czasie udało się wreszcie przy pomocy mam wszystko odnaleźć i spakować. (Ojcowie też pomagali, ale najwięcej w bieganiu). Dziewczynki gotowe już i radosne spoglądały przez okno na ulicę. A były tak podniecone swoją wycieczką za miasto, że nawet nie przyszło im na myśl, by spożyć coś w rodzaju śniadania. Mama Miry już poprzedniego dnia wieczorem przygotowała kanapki i owoce. Spakowała je do plastikowego pojemnika i włożyła do plecaka Miry. Jedną zaś kanapkę wciskała jej do ręki by ta choć coś trochę przed wyjściem z domu przegryzła. Ale nie było mowy, żeby Mira dała się namówić. Wymawiała się zbyt wczesną porą na jedzenie. Zgodziła się tylko na miseczkę płatków z kukurydzy z mlekiem. I z tą miseczką w jednej ręce i z łyżką w drugiej stała przy oknie i powoli jadła.

Zuza zaś nie dała się zupełnie na nic do jedzenia namówić. Kiedy jej mama w pośpiechu przygotowywała jej prowiant na wycieczkę, ona stała ze szklanką herbaty przy oknie i obserwowała przez szybę leniwie budzący się dzień.

— Zuziu, proszę cię zjedz chociaż tost z dżemem — nalegała mama.

— Mamuś, nie przełknę. No co żeś się uparła? Nie chcę, żebyś się denerwowała, ale ja naprawdę nie jestem głodna. Nie trzeba było wychodzić z łóżka. Mogłaś sobie spokojnie dalej spać w objęciach tatulka, a ja bym sobie sama wszystko przygotowała. No po co wstawałaś? Teraz się tylko złościsz na mnie.

— Nie złoszczę się, tylko martwię.

— No to już się nie martw, tylko postaw mój plecak przed drzwiami i wskakuj z powrotem do łóżka, tak jak to zrobił tatuś… Oooo, słyszysz? Mira już pedałuje po schodach… A gdzie pani Michalina? Aaa, jest! Wjeżdża białe Polo. No jasne, Czarneccy mieszkają na wyżynach, to i widok na miasto mają lepszy i widzą wszystko szybciej… Pędzę, mamuś, cmoknij ode mnie tatka, no i przyjemnego dnia życzę. — Zuza złapała za plecak i worek z wrotkami, pocałowała mamę w policzek, i zamaszyście zamykając za sobą drzwi, zawyła: — „Córki nie ma, chata wolna… Oj, będzie bal!”.

— A ty co za koncert dajesz z samego rana? — spytała Mira, zbiegając ze schodów, i zatrzymując się tuż pod drzwiami rodziny Bardeckich.

— A tam zaraz koncert. Odśpiewałam tylko mamie pewną zawoalowaną sugestię na pożegnanie. Niech się starzy nacieszą swoją wolnością. Nie często im się to zdarza. A niech mają!

Dziewczynki w wyśmienitych nastrojach wybiegły z domu i popędziły do samochodu babci Michaliny.

— Witam was, dziewczynki! — zawołała babcia Michalina, stając przy otwartym bagażniku swojego Polo. — Wkładajcie swoje rzeczy… Ho, ho, ho, widzę, że sportowy dzień będziemy dzisiaj miały. Są wrotki, są rakiety do badmintona, są stroje sportowe i nastroje również. Iście sportowo-nastrojowa niedziela nas czeka. Cieszę się. Bo sport to zdrowie! Emerytowana nauczycielka wychowania fizycznego wam to mówi… No to jazda!

Po półgodzinnej jeździe sportowa drużyna wysypywała się już z samochodu zaparkowanego przez kapitana drużyny na parkingu przy stadninie.

Był jeszcze wczesny ranek. Cisza dookoła. W niedzielę o tej porze zawsze tu było jeszcze bardzo spokojnie. Słychać było tylko poszczekiwania psów i rżenie koni.

Na te odgłosy Zuzę trochę potrzepało, ale wzięła się w garść i nie pokazała żadnych lęków przed pozostałymi członkami niedzielnej drużyny. Starała się trzymać fason. Ale gdy Mira i babcia Michalina na nią nie patrzyły, niepewnym wzrokiem zerkała po zabudowaniach stadniny.

Piękny słoneczny poranek i wspaniały zapach natury zdziałał cuda. Dziewczynkom przyszła nagle ochota pójść do lasu, by pooddychać leśnym powietrzem i posłuchać śpiewu ptaków.

Babci Michalinie spodobał się ich pomysł. Pokazała im którędy powinny pójść, aby się nie zgubić i sama z uradowanym sercem pobiegła do swojego ukochanego Gladiatora.

Dziewczynki wędrowały po lesie, rozkoszując się jego świeżością i zielenią. Była to dla nich niesamowita nowość. Nigdy do tej pory nie miały okazji tak wcześnie być w lesie i napawać się jego pięknem i dostojeństwem. Uradowane więc chodziły po ścieżynkach leśnych i nozdrzami głośno wciągały jego zapach. Wsłuchiwały się w jego odgłosy. Wsłuchiwały się w świergotanie ptactwa leśnego i zabawiały się jednocześnie w zgadywanie: jaki to ptak. A spierały się przy tym co rusz. Ale na wesoło. Wyszło na jaw, że na temat leśnych ptaków obie niewiele wiedzą.

— Zuza, co ty gadasz, to na pewno sikorka, a nie żadna tam pliszka. Albo nie, to może być strzyżyk… a może to pustułka?

— A co ty za herezje opowiadasz? Pustułka… jeszcze czego. Pusto to ty masz w głowie. Jak to nie jest sikorka, to z pewnością musi to być dzierlatka…

— Cha, cha, cha…! Dzierlatki to przecież my, zapomniałaś? Ojciec mój nas tak zawsze nazywa.

— Ale to przede wszystkim nazwa ptaków, a twój tato zapożyczył sobie od nich nazwę. I nazywa nas ich imieniem dlatego, że my mamy tak jak i te ptaszki czuby na głowach, to znaczy my mamy końskie ogony, ale twój tato uważa, że my mamy czuby.

— Ale z nas czubki! My nic nie wiemy… Ciii, słyszysz ten śpiew? To na pewno słowik. Jestem stuprocentowo pewna, bo tylko słowiki potrafią tak ślicznie śpiewać.

— Aha, uważaj bo ci uwierzę. Ptasia znawczyni się znalazła. Nie zgrywaj się, że się znasz na ptakach lepiej niż ja. I nie popisuj się przede mną, bo mnie się wydaje, że my obie jesteśmy do kitu. Wymieniamy tylko znane nam nazwy ptaków… i tyle. I nawet nie wiemy, czy te ptaki, to są w ogóle leśne ptaki. Może to są całkiem inne ptaki…

— No a jakie mogą być, jak nie leśne?

— Czy ja wiem? Może… jakieś bagienne, albo wodne. A może górskie, albo na przykład miejskie, jak te nasze gołębie.

— Miejskie to my jesteśmy.

— Dobrze, że nie niebieskie… Cicho! Zamknij dziób dzierlatko miejska i nie zakłócaj tego wspaniałego śpiewu… Słyszysz? Ku-ku, ku-ku, ku-ku…! Kukułka, głowę dam!

— Też mi tam… to żadna trudność zgadnąć. Kukułka sama to mówi, że jest kukułką, żeby jej nie pomylić na przykład… z puchaczem.

— O rany! Puchacz to sowa i teraz jej na pewno nie usłyszysz, gdyż śpi. Bo to chyba pamiętasz z lekcji przyrody, że sowa jest ptakiem nocnym, co?

— To niby wiem… Kurczę pieczone, ale z nas tłuki, ze wszystkich ptasich śpiewów nasze uszy poprawnie wyselekcjonowały tylko kukułczy śpiew. Dużo, nie?

— Tak, przyznaję moja droga, nasza wiedza jest uboga. Skończmy pleść już dyrdymały, bo z nas pęka lasek cały. Cokolwiek byśmy na temat ptaków nie gadały, to to, i tak nie przyniesie nam żadnej chwały…

— Wow, ale masz rymowaną rację!

— I w ogóle i w szczególe mam rację. Nie ma wyjścia trzeba nam zaglądnąć do Internetu i zapoznać się z leśnymi ptaszętami i z ich kwileniem. Bo to wstyd i hańba, że jesteśmy takie ciemne jak tabaka w rogu.

— Co racja, to racja — przyznała Mira po chwili zadumy.

Mira musiała chwilę pomyśleć, bo przecież tak wspaniały i wzniosły zarazem temat ptaków, zszedł nagle za przyczyną Zuzy na śliski grunt komputera. Zuza była według Miry mniemania mistrzynią w bajtlowaniu. Dlatego nic dziwnego, że po głowie Miry w tempie iście komputerowym przeleciała niepokojąca bardzo myśl. Czy aby to nie był ze strony Zuzki jakiś sygnał, że zatęskniła już za tą złodziejską maszyną, kradnącą tyle drogocennego czasu. Ale gdy się głębiej zastanowiła, doszła do wniosku, że w dzisiejszych czasach tak całkiem bez komputera, to chyba się nie da już żyć. Że czasami ta maszyna to nawet się przydaje. Zwłaszcza dla poszerzenia horyzontów wiedzy i światopoglądu. Musiała więc przyznać przyjaciółce rację, że w tak konkretnym przypadku warto jest zaglądnąć w to okno na świat i na wiedzę. Ale co będzie, jak Zuzkę przy okazji poznawania ptasiego świata i ptasich treli, znów dopadnie nałóg cybernetyczny i z kretesem wsiąknie w komputer? Wtedy z pewnością nie da się od niego oderwać. I znów będzie ją zmuszała do tych przeklętych gier. Brrr… na tę myśl Mira dostała aż trzęsionki. — „Trudno” — pomyślała jeszcze. — „A kto powiedział, że będę miała łatwe zadanie ze sprawą pod kryptonimem Zuza-komp? Ja się będę męczyła po to, by ona też się męczyła. Będziemy męczyły się więc razem i… aż do skutku. Kiedy komputer stanie się dla niej rzeczą tylko przydatną, ale nie zniewalającą”.

— No pewnie, że racja — prychnęła Zuza. — Ale dlaczego przy przyznawaniu mi tej racji robisz taką przygłupawą minę?

— Wiesz co, Zuzka?! Ja mam przygłupawą minę? Wcale nie. Dumam tylko nad tym, że fajnie by było naszą wychowawczynię namówić na klasową wycieczkę do lasu. Wiesz, bo myślę, że kiedy ona już nas przepyta i odpyta i zamknie wreszcie drugie półrocze ocenami, to chyba powinna się zgodzić wyruszyć z klasą na łono natury. W końcu coś nam się należy na koniec roku szkolnego za tę całoroczną harówę, co nie?... No i wiesz, my mądralińskie dzierlatki, wcześniej sobie ściągniemy z Internetu wszystkie ptaszki zamieszkujące nasze tereny i zapoznamy się z ich ćwierkoleniem. No i damy czadu swoim popisem przed klasą, aż im gały wylezą na wierzch z podziwu. Co, dobry pomysł, nie?

— Pomysł jak pomysł, ale czy aż taki dobry? Latać po lesie z całą hałastrą klasową? Toż oni zakłócą wszystkie ptaszki.

— Nie, to nasza już w tym będzie głowa, by przygotować grunt i zamknąć im w odpowiednim momencie jadaczki.

— Dobra. Niech będzie. To poserfujemy sobie trochę po Internecie… No co się tak na mnie patrzysz z przerażeniem? Chyba o to ci chodziło, nie?

— O to, o to… i tylko o to! — Mira po krótkiej zadumie zapewniła przyjaciółkę i postanowiła nie martwić się na zapas.

W tym momencie Mirze musiało to wystarczyć, iż Zuza nic innego nie powiedziała, a tylko mówiła o serfowaniu po Internecie w celach naukowych. Mówiła, bo co myślała, to i tak Mira nie mogła wiedzieć. — „Ale może nie będzie aż tak źle” — pomyślała i uspokojona już podreptała za Zuzą po wąskiej ścieżynce leśnej.

Dziewczynkom tak bardzo podobało się w lesie, że nie bardzo chciało im się z lasu wychodzić. Ale z czasem poczuły silne ssanie w żołądku i usłyszały głośne burczenie w brzuchu. Nie zjadły przecież śniadania. A taka wędrówka po lesie szybko przypomina o czymś takim jak głód. Z głodu więc, postanowiły powoli wracać. Prowiant przecież został w plecakach, a plecaki leżały sobie spokojnie w bagażniku Polo.

Wychodziły już z lasu, kiedy Zuza, zwana czasami przez Mirę „Sokole Oko”, wypatrzyła na jego skraju kępki dorodnych czerwonych poziomek. Rzuciły się na nie jak wygłodniała sfora wilków i garściami zaczęły zbierać pierwsze tego roku poziomki.

— Zuzka, ty to masz oko. Ja to bym przelazła po poziomkach i bym ich nie zauważyła…Widzisz, co to znaczy natura? Nie dość, że przyjemnie spędza się z nią czas, to jeszcze zgłodniałych nakarmi… Nie mogę tego pojąć, jak mogłyśmy do tej pory gnuśnieć tylko w czterech ścianach i żadnej z nas nawet na myśl nie przyszło, by wyjechać za miasto na tak cudowne i przyjazne łono natury.

— To taka miejska choroba. Dopada większość mieszczuchów. A już na pewno większość naszych rówieśników. Nas też — powiedziała Zuza z buzią pełną poziomek. — No bo czy słyszałaś kiedyś, aby ktoś z naszej klasy opowiadał, że uwielbia wyjazdy za miasto i już nieraz biegał po lesie skoro świt? Nie… A widzisz?

— Dobrze powiedziałaś. To jest choroba. Aż choroba i… tylko choroba… Aż choroba: bo człowiek, żyjąc w mieście w blokowiskach wśród betonu i smogu ulicznego, cierpi. Choć często nie zdaje sobie nawet z tego sprawy. I tylko choroba: bo z większości chorób można wyjść. Ważne by znaleźć odpowiednie lekarstwo i chcieć się z niej wyleczyć. No i przede wszystkim trzeba wierzyć, że lekarstwo pomoże pozbyć się choróbska. Bo tylko wiara czyni cuda. Bez wiary, to lepiej się nawet nie brać za leczenie, gdyż efektów się nie uświadczy. A w przypadku tej naszej miejskiej choroby, najlepszym lekarstwem jest częsty kontakt z naturą. A więc, jeśli natura ma być lekarstwem, to wiadomo, nie ma innego wyjścia, tylko trzeba ruszyć te swoje cztery litery i wybyć za miasto. Tak jak my to dzisiaj zrobiłyśmy… Kochana babcia Michalina, to dzięki niej dochodzimy do takich mądrych wniosków. Szkoda, że tak późno! Ale, że lepiej późno niż wcale, to cieszmy się iż udało nam się to jeszcze w porę zrozumieć. No i będziemy się teraz starały zmieniać nasze dotychczasowe życie… A więc jak, ptaszyno moja kochana, zgadzasz się ze mną?

— Wow, ale mi wykład strzeliłaś! — Zuza zachichotała komicznie i włożyła do buzi następną porcyjkę zerwanych poziomek. — Jak ta pozamiejska natura będzie nas tak hojnie obdarzać, to czemu nie… Można by było się nawet zgodzić z tobą, mój ty ptasi móżdżku…

— Ja ci zaraz dam ptasi…! — zakwiliła pociesznie uszczęśliwiona Mira, gdyż wyczuła, że łono natury zaczyna się przyjaciółce coraz bardziej podobać. — Ja tu wysilam swoje szare komórki, by ci temat mądrze wyłuskać, nieomalże naukowo, a ty mnie tak nisko cenisz?

— Jak to nisko? Wysoko. Przecież ptaki wysoko latają.

— Wysoko latają, ale móżdżki malutkie mają.

— Ale ty to jesteś taki szczególny ptak. Jesteś niczym feniks. Symbol odradzającej się duszy i regeneracji ciała… i jeszcze tam czegoś, ale zapomniałam czego. Wyleciało mi z głowy co historyca na lekcji historii wkładała nam do naszych zakutych pał…

— Zmartwychwstania i odmładzania się w oczyszczającym ogniu — dodała zadowolona Mira.

— No, no, no, popatrz tylko, jak ta natura działa na nas wzniośle.

— Że od tej wzniosłości zaraz się aż w powietrze uniesiemy. Niczym dwie turkaweczki. Miejskie turkaweczki.

— A z pustymi żołądkami to nam łatwo pójdzie — zarechotała Zuza, rozchylając krzaczki poziomek w poszukiwaniu chociażby jeszcze jednej jedynej poziomeczki. I gdy już nie znalazła, dodała: — A właśnie, jeśli mowa o pustych żołądkach, to muszę powiedzieć, że ta nasza natura połaskotała mi tylko ścianki żołądka tym swoim darem. Bo teraz to dopiero jestem głodna. Zarządzam więc powrót do cywilizacji. A konkretnie do bagażnika samochodu babci Michaliny...



cdn.


  Spis treści zbioru
Komentarze (0)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
brak komentarzy
© 2010-2016 by Creative Media
×